Hanys na wielkiej imprezie: Tak się zdobywa uznanie... w Afryce

22.06.2016
Niezbyt często zdarza się, by trener z naszego regionu cieszył się uznaniem nie tylko w kraju, ale i za granicą. Pochodzącego z Zabrza Henryka Kasperczaka cenią nie tylko w Europie.
Norbert Barczyk/Press Focus
Mimo że Henryk Kasperczak urodził się w Zabrzu, to jednak nie było mu dane grać w największym klubie tego miasta - Górniku. Karierę rozpoczynał w Stali Zabrze, by w 1965 roku trafić do innej Stali - tej z Mielca. Grał w niej, z przerwą na służbę wojskową w Legii Warszawa, do 1978 roku. To w jej barwach święcił największe sukcesy w roli piłkarza. Dwa tytuły mistrza Polski to jednak tylko dodatek do tego, co osiągnął z reprezentacją.

W kadrze zadebiutował w 1973 roku i już w pierwszym spotkaniu, ze Stanami Zjednoczonymi, zdobył gola. W tym samym roku Polacy wywalczyli awans do mistrzostw świata w RFN, po słynnym meczu z Anglią na Wembley. Wspominając to wydarzenie najwięcej mówi się o Janie Tomaszewskim i Janie Domarskim, jednak Kasperczaka można śmiało nazwać cichym bohaterem remisowego pojedynku - to on przejął piłkę na własnej połowie i zagrał w kierunku Grzegorza Laty, który popisał się asystą przy chyba najpopularniejszym golu "Biało-czerwonych" w historii.

Na mundialu Kasperczak wziął udział w kolejnym wspominanym do dzisiaj wydarzeniu - "meczu na wodzie". Zanim jednak do niego doszło, Polacy szli jak burza - w pierwszej fazie grupowej ograli Argentynę (3:2), Haiti (7:0) i Włochy (2:1). W tym ostatnim pojedynku pomocnik Stali wypracował obie bramki. W kolejnej grupie "Biało-czerwoni" pokonali Szwecję i Jugosławię. O tym, czy podopieczni trenera Kazimierza Górskiego zagrają o pierwsze czy trzecie miejsce decydował bój z gospodarzami.
 

Pozbawieni swoich największych atutów Polacy przegrali i musieli zagrać o trzecie miejsce, z Brazylią, z którą do tego momentu Polska jeszcze nigdy nie wygrała. Po golu Grzegorza Laty (króla strzelców imprezy) na szyjach naszych reprezentantów zawisły... srebrne medale bowiem były to pierwsze mistrzostwa, na których rozdawano cztery komplety: złote, srebrne pozłacane, srebrne i brązowe. Krążek z tego samego kruszcu Kasperczak (ale już za drugą pozycję) - który był ważnym ogniwem drużyny - zdobył dwa lata później, na igrzyskach olimpijskich w Montrealu.

Jako że ze startu w igrzyskach zrezygnowały kraje afrykańskie, w fazie grupowej Polacy rozegrali tylko dwa mecze - z Kubą (0:0) i Iranem (3:2). W ćwierćfinale "Biało-czerwoni" efektownie rozprawili się z Koreą Północną (5:0). W półfinale poprzeczka była zawieszona znacznie wyżej - o miejsce w finale trzeba było walczyć z "Canarinhos". Podobnie jak na mundialu w RFN, Polska wygrała. Tym razem po dwóch golach Andrzeja Szarmacha, który zdobył tytuł króla strzelców. Polacy nie obronili złota z 1974 roku. W finale lepsza (3:1) okazała się reprezentacja NRD.




Był to ostatni medal Kasperczaka na dużej imprezie, ale... w "Biało-czerwonych" barwach. Po mistrzostwach świata w 1978 roku w Argentynie (gdzie również grał, ale Polacy odpadli w II rundzie) przeniósł się ze Stali do FC Metz. Grał tam tylko jeden sezon, ale z klubem się nie rozstał - umierający na raka trener Jean Snella namaścił go na swojego następcę. Szybko okazało się, że wybór okazał się słuszny, bo Kasperczak sprawdzał się w nowej roli. W Metz zdobył Puchar Francji (1984), a z Montpellier awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (1991). Po kilkunastu latach pracy we Francji, po zabrzanina zgłosiło się Wybrzeże Kości Słoniowej. Kasperczak zaczął zdobywać uznanie także w Afryce...

Już w swoim pierwszym dużym turnieju na "Czarnym Lądzie" (1994 rok) zdobył medal Pucharu Narodów Afryki - Wybrzeże Kości Słoniowej stanęło na najniższym stopniu podium.  - Wszyscy go tu bardzo dobrze wspominamy. To wielka osobowość, świetny trener - przyznał przed laty dla "Gazety Wyborczej" Jean-Baptiste Behi, reporter "Fraternite Matin", największego dziennika w tym kraju.

Jego praca spodobała się gospodarzom imprezy, Tunezyjczykom, którzy nie wyszli nawet z grupy. Po turnieju podpisali z Kasperczakiem kilkuletni kontrakt. Polak miał wręcz od podstaw budować tunezyjski futbol. Efekt? Po dwóch latach kraj ten pod jego wodzą został wicemistrzem Afryki (na lotnisku reprezentację witało kilkadziesiąt tysięcy ludzi) zagrał na igrzyskach olimpijskich w Atlancie (faza grupowa), a po kolejnych dwóch - zagrała po 20 latach przerwy na mistrzostwach świata, które odbywały się... we Francji.



Ten turniej jednak nie będzie zapisywany po stronie sukcesów Kasperczaka - został zdymisjonowany jeszcze w trakcie mundialu. Tunezja przegrała z Anglią (0:2) i Kolumbią (0:1). W trzecim spotkaniu - z Rumunią (1:1) - reprezentację poprowadził już ktoś inny. "Henri" wrócił do pracy klubowej, ale nie na długo - w 1999 roku trafił do Maroko, lecz tam furory nie zrobił. Kolejna przygoda z reprezentacją miała miejsce w latach 2001-2002 - poprowadził Malijczyków w Pucharze Narodów Afryki 2002.

- Pan Kasperczak jest u nas bohaterem narodowym. Znamy w Mali papieża Jana Pawła II, znamy Lecha Wałęsę. Jednak numerem jeden jest pan Kasperczak. On urzeczywistnił marzenia Malijczyków! - te słowa wypowiedział dla "Gazety Wyborczej" ówczesny minister obrony narodowej Mahamane Kalil Maiga. To tylko świadczy o tym, jak wielkim osiągnięciem było zajęcie przez ten zespół czwartego miejsca. Kasperczak dostał w podziękowaniu... ziemię w stolicy kraju.

Po tym sukcesie wrócił do kraju, ale nie na długo - po dwóch mistrzostwach Polski z Wisłą Kraków znów pojawił się w Afryce, w której pracuje z przerwami do dzisiaj - Senegal (2006-2008, faza grupowa PNA), po raz drugi Mali (2013-2015, faza grupowa PNA), a od lipca 2015 roku ponownie dowodzi Tunezyjczykami, choć chcieli go też włodarze z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Na początku tego roku Kasperczak trafił do szpitala, gdzie przeszedł ponad dwugodzinną operację, podczas której wyciągnięto mu z woreczka żółciowego 80 (!) kamieni. Miało to miejsce podczas zgrupowania przed Mistrzostwami Narodów Afryki. Z tego powodu Tunezję (która odpadła w ćwierćfinale) poprowadzili jego asystenci.

Po powrocie do zdrowia wrócił do pracy - na początku czerwca Tunezja pod jego wodzą wygrała 3:0 z Dżibuti, dzięki czemu w grupie eliminacyjnej do przyszłorocznego Pucharu Narodów Afryki ma 10 punktów. Tyle samo co Liberia, z którą "Orły" zmierzą się we wrześniu. Jeśli wygrają, "Henriego" czeka kolejna wielka impreza.
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również