BKS - Wrocław 3-2. Straciły pierwsze punkty u siebie, ale twierdzę obroniły!

25.11.2012
Było dziś w Bielsku-Białej bardzo dziwnie, bo przedostatnia drużyna OrlenLigi przyjechała do lidera jak po swoje. Wrocławianki wywiozły punkt, ale BKS pozostał niepokonany we własnej hali.
Impel Wrocław w tym sezonie spisuje się słabiutko i jedyne cztery punkty, jakie ma na koncie, zdobył po ciężkich, pięciosetowych walkach z sąsiadami z tabeli - AZS-em Białystok i Budowlanymi Łódź. Z czołówką ligi siatkarek jak dotychczas nie był w stanie nawiązać walki. I na podobny scenariusz wskazywały pierwsze piłki meczu w Bielsku-Białej. Wypełniona hala i "kocioł", jaki stwarzali bielscy kibice chyba paraliżowały drużynę z Dolnego Śląska, która na pierwszą przerwę techniczną schodziła przegrywając 4-8.

Potem jednak stało się coś dziwnego. BKS przestał kończyć ataki, ze słabą skutecznością zbijały piłki Helena Horka i Elisa Cella, a przyjezdne zaczęły dobrze się bronić. Z czasem, zawodniczki Wiesława Popika grały coraz słabiej, co tylko nakręcało siatkarki Impelu. Końcowy wynik pierwszego seta (25-19) dobrze oddaje, co się działo. Od pewnego momentu wrocławiankom zaczęło wychodzić wszystko, a BKS-owi nic.

Niespodziewane - aczkolwiek dla miejscowych kibiców nieprzyjemne - emocje zaczęły się pojawiać w drugim secie. Wtedy można było zacząć myśleć, że liderki OrlenLigi nie mają swojego dnia. Partia zaczęła się od pięciu z rzędu wygranych akcji wrocławianek. Później bielszczanki zaczęły punktować, ale wcale niewiele regularniej. Popłoch z linii zagrywki siała Makare Wilson. Gospodynie pokazały jednak klasę. Bez polotu i zachwycających akcji, ale rzetelną pracą, cierpliwym rozgrywaniem akcji i dobrymi obronami Agaty Sawickiej wyszły na prowadzenie 20-19. W emocjonującej końcówce nareszcie wrócił blok naszej drużyny, co pozwoliło oddalić wizję utraty punktów z jedną z najsłabszych drużyn ligi.

"No, teraz już z górki!" - można było pomyśleć. Ale wrocławiankom naprawdę należą się słowa uznania. Wiele zespołów podłamałoby się psychicznie, tymczasem przyjezdne cały czas walczyły choć o jeden punkt. Tym razem żadnej z drużyn nie udało się "odjechać", ale odsłona toczyła się punkt za punkt. W końcówce jednak wydawało się, że BKS nareszcie złapał właściwy rytm i zaczął grać swobodniej. Od stanu 19-19, zawodniczki Popika wygrały sześć kolejnych akcji. Nie potrafiły tego jednak przenieść czwartego seta i znów miały problemy... Tym razem poważne.

Wrocławianki w czwartej odsłonie były zdecydowanie lepsze. Skuteczniejsze, lepiej blokujące, lepiej broniące. Dostały za to "palec", jakim był jeden punkt zdobyty przy Rychlińskiego, co nie udało się wcześniej nawet wicemistrzyniom z Muszyny. Wrocławianki zechciały jednak całej "ręki". W tie-breaku nie obniżyły poziomu i stawiały bardzo ciężkie warunki. BKS zdołał jednak obronić swoją twierdzę. Jeśli nie można wygrać za trzy punkty, to trzeba to zrobić za dwa. Ale takich emocji w tym meczu mało kto się spodziewał...
autor: Michał Trela

Przeczytaj również