WYWIAD. Mateusz Bąk: Sposób pożegnania mnie i Kaszowskiego jest chory
29.07.2011
Jak się czujesz w Bielsku?
- Już mam mieszkanko od tygodnia, więc jakoś powolutku się organizuje. Akurat teraz przez półtora tygodnia jest u mnie dziewczyna. Nie czuję się na pewno jak u siebie, bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Nie jest jednak źle. Górskie powietrze mi dobrze służy, jest tak samo fajne jak morskie. Oby przekładało się to na formę sportową.
W drużynę Podbeskidzia też dobrze się wpasowałeś?
- Nie było żadnego problemu z aklimatyzacją. W drużynach ekstraklasowych są dorośli ludzie, mamy podobne poczucie humoru. Znałem już Maćka Rogalskiego, z kilkoma chłopakami graliśmy przeciwko sobie.
Przeprowadzka na drugi koniec Polski oznacza dla ciebie wywrócenie dotychczasowego życia do góry nogami?
Nasze życie piłkarskie odbywa się w ten sposób, że zawsze gdzieś krążymy. Ja do któregoś roku życia mieszkałem tylko w Gdańsku, ale byłem też pół roku w Szczecinie, jak przechodziłem rehabilitację. Oprócz tego dwa miesiące w Krakowie, pół roku na Maderze, pół roku w Płocku, człowiek jest przyzwyczajony do tego, że się kręci.
Jak udało ci się przejść z ławki II-ligowego zespołu do beniaminka ekstraklasy?
- Chodzi chyba o wcześniejsze punkty w CV. Gdybym cały czas grał w II lidze to na pewno taki awans byłby ciężki. Miałem kontakt z trenerem Robertem Mioduszewskim, porozmawialiśmy, była prośba o sprawdzenie mnie, później zgoda. Oprócz tego trener pamiętał mnie z występów w ekstraklasie i w czasie tygodniowego pobytu przekonałem sztab szkoleniowy, że można mi zaufać.
Współpraca z trenerem Mioduszewskim układa się ponoć znakomicie.
- Pracowałem z kilkoma trenerami bramkarzy. Miałem okazję ćwiczyć z Andrzejem Woźniakiem, który teraz pomaga w Widzewie Łódź, i też go bardzo mocno chwalę. Mam dla niego wielki szacunek. W Portugalii pracowałem z Kimem, który kładł duży nacisk na ilość powtórzeń danych elementów w bramce, chwytów, i na pewno też człowiek z tego coś wyniósł. Trener Mioduszewski ma swoje spojrzenie na grę bramkarza, ale jest to spojrzenie aktualizowane z miesiąca na miesiąc, bo w tym elemencie cały czas coś się zmienia. To nie jest to samo, co było 10 lat temu, ani nawet 2 lata temu. Piłki są coraz szybsze, gra jest dla nas coraz trudniejsza i trzeba wszystko modyfikować. Trener Mioduszewski wytyka najmniejsze szczegóły, ale wiadomo, że z wielu detali buduje się całość. Przestawiam się i już jest coraz lepiej. Muszę się przyzwyczaić jeszcze do paru rzeczy. Trwa to trochę dłużej, ale nie wynika to z tego, że nie chcę, czy jest to aż takie trudne, lecz 28-letni człowiek ma już pewne nawyki ruchowe w podświadomości. To trzeba zmieniać. Podoba mi się to, że trener się „czepia” – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Przy takiej pracy nie jest za późno, by przy odpowiednim zdrowiu jeszcze 10 lat grać w piłkę. A teraz w wieku 28 lat stać się o wiele lepszym bramkarzem.

Podobno mama jest kibicem sportowym...
- Można powiedzieć, że „zwariowała” na starość. Tak jak kiedyś się nie interesowała, tak teraz i formuła, i siatkówka, piłka nożna. Kiedy rozmawiałem z nią wczoraj, to bulwersowała się sytuacją w Lechii Pawła Kapsy, która jest delikatnie podobna do mojej w tym klubie. Też nie może zrozumieć, dlaczego Pawła tak potraktowano. Interesuje się, zbiera wycinki. Rozmawiałem dziś z bratem, który ma urodziny, i powiedział mi, że matula do niego dzwoniła i przekazała informację, że już kupiła Skarb Kibica, w którym jestem.
Jak ocenia decyzję o przenosinach do Podbeskidzia?
- Jest zadowolona, bo to przecież ekstraklasa. Gdy jej powiedziałem, że podpiszę kontrakt na dwa lata, i dodałem, że jestem szczęśliwy, to jak każda matka – i ona była szczęśliwa.
Będzie przyjeżdżać na twoje mecze?
- Zaproszę ją na pewno. Teraz akurat jest w Krynicy Morskiej, ale myślę, że w jakiejś wolnej chwili, we wrześniu, w październiku zaproszę ją na jakiś czas, pomieszka u mnie, przyjdzie na mecz, a ja będą miał z tego jakieś profity, bo podejrzewam, że jak będę wracał do domu to zawsze będzie ciepły obiad.
Z Podbeskidziem grałeś dotychczas trzy razy i nigdy nie przegrałeś. Ta drużyna bardzo się zmieniła?
- Kiedyś grałem w Bielsku-Białej, pamiętam też jeden mecz w Gdańsku, gdy jeszcze Dariusz Kołodziej w ostatniej minucie uderzył bardzo groźnie z rzutu wolnego, ale udało mi się to obronić. Ostatnio nawet z nim to wspominałem. Drużyna na pewno się zmieniła. Za to, co chłopcy zrobili w zeszłym roku, naprawdę wielki szacunek. Nawet przy okazji środowej prezentacji oglądaliśmy w szatni film zmontowany z całego roku Podbeskidzia i wyglądało to naprawdę godnie. Jednak w piłce nożnej, jak i w życiu – jeżeli się stoi w miejscu to się cofa. To już jest przeszłość. Chłopaki się tym awansem już nacieszyli, mają to zapisane w CV i mogą nosić we własnej dumie, ale teraz czeka ich etap o wiele trudniejszy. Przeskok jest dosyć spory i rywalizacja z tymi zespołami co tydzień jest trudniejsza niż 5-6 meczów w Pucharze Polski. Wierzę w nasz zespół. Widać po tych chłopakach determinację i chęć, bo jest wielu takich, którzy jeszcze nie grali w ekstraklasie. Myślę, że zapiszą się w tej lidze dobrymi występami. Łatwiej jest wejść do ekstraklasy, więc początek powinien być dobry. Później przychodzi taki moment, nie wiem, czy po pół roku, czy po roku, że człowiek jakoś się przyzwyczaja i nabiera lekkiego dystansu. Myśli, że nie jest tak trudno, jak się wydawało i wtedy przychodzi kryzys. Wydaje mi się, że nie można składać jakichś górnolotnych deklaracji, po cichu trzeba robić swoje, ale podejrzewam, że odegramy fajną rolę, a w następnych sezonach jeszcze lepszą.

Wygląda na to, że rozpoczniesz sezon na ławce rezerwowych. Richard Zajac ma bardzo mocną pozycję i zapewnia, że miejsca w bramce nie odda. To dla ciebie kolega czy rywal?
- Przede wszystkim to kolega. Szanujemy się, pomagamy sobie nawzajem i podglądamy siebie na treningach. Mogę mówić za siebie – ja gdzieś go podglądam, mam nadzieję, że on jakieś dobre strony łapie ode mnie. Ale również jest to rywal, bo wiadomo, że każdemu z nas zależy na graniu. I przychodząc tutaj, z pełnym szacunkiem dla Ryśka, zdawałem sobie sprawę z kim przyjdzie mi walczyć, jaką on tu ma pozycję, jak szanują go kibice i jaką robotę tu zrobił, ale spokojnie. Ja też mam swoje ambicje i będę walczył. Już jestem 3-4 tygodnie i myślę, że teraz wejdę w optymalny rytm i będę pokazywał na treningach, że jestem gotowy w każdej chwili. Na pewno przyjdzie mi poczekać, a jak długo – zobaczymy. Życie pokaże.
Nie deprymuje, że na wspomnianej prezentacji, na twoich oczach, Rysiek odebrał nagrodę dla najlepszego piłkarza Podbeskidzia?
- To jeszcze bardziej mobilizuje. Analogiczna sytuacja była w Gdańsku, gdzie moja pozycja była do jakiegoś czasu niepodważalna. Przyszedł Paweł Kapsa, który w jakimś meczu w barwach KSZO Ostrowiec Świętokrzyski na Traugutta zrobił nieprzyjemny gest do kibiców, i zostało mu to zapamiętane. Na prezentacji było tak, że, nieskromnie powiem, zbierałem największe brawa, a Pawła przywitały gwizdy. Później się okazało, że Paweł trzymał język za zębami, pracował ciężko, zasuwał, dostał szansę, wykorzystał ją i teraz ma wielki szacunek u kibiców. Życie w piłce jest przewrotne. Trzeba mocno pracować, czekać na szansę, jak się ją dostanie to od niej dużo zależy, bo można mieć jedną na przestrzeni pół roku, roku i trzeba ją wykorzystać.
O Lechii i nieporozumieniach z trenerem Tomaszem Kafarskim możesz chyba porozmawiać z Maciejem Rogalskim...
- On spisywał się w Gdańsku dobrze, był jednym z autorów awansu do ekstraklasy, potem grał raz lepiej, raz gorzej, ale ja go oceniam, tak jak wszyscy, którzy byli w tamtym zespole, na plus. Asystował, strzelał bramki, spełniał się w ekstraklasie. Później przyszedł taki moment, że trener uznał, że jest mu niepotrzebny i wybrał kogoś innego. Maciek chyba nie ma żadnego żalu do Lechii. Nie robiono mu przeszkód, z tego co pamiętam, szybko wylądował w Podbeskidziu i znów zrobił awans.
Czyli wasza sytuacja nie jest podobna?
- No, nie...
Jesteś człowiekiem konfliktowym, kontrowersyjnym? Nie najlepsze relacje z trenerem Kafarskim, wcześniej z Dariuszem Kubickim, ostatnio z Mieczysławem Broniszewskim...
- Nie, ja miałem dobre relacje z trenerem Kafarskim, nie można mówić, że były złe. Przyszedł taki moment, w który... nie chcę się zagłębiać, ale zostaje to teraz źle odebrane. Akurat z nim nie miałem konfliktów. Jeżeli chodzi o Kubickiego – po prostu wróciłem po rehabilitacji po kontuzji więzadeł krzyżowych i kompletnie byłem mu niepotrzebny. Zerwałem „krzyżówki” jako kapitan zespołu walczącego o awans, a wróciłem jako... 39. zawodnik drużyny rezerw. Gdyby nie zmiana na trenera Jacka Zielińskiego, być może w ogóle bym nie zaistniał w ekstraklasie... W piłce również liczy się szczęście do ludzi, których spotykamy na swojej drodze. Popatrzmy na trenera Lenczyka – są zawodnicy, którzy udowodnili mu kiedyś przydatność i on w nich wierzy i ściąga ich do siebie, ufa im. Wreszcie - jeżeli chodzi o trenera Broniszewskiego – żadnego konfliktu nie mieliśmy, broń Boże. Prezes Krzysztof Dmoszyński ściągnął mnie do Płocka. Miałem pomóc, nie do końca pomogłem. Po 5-6 meczach średnich i to mocno średnich, doznałem kontuzji na miesiąc i po jej wyleczeniu bronił już bardzo dobrze młody Krzysztof Kamiński. Tam nie było żadnego konfliktu, normalnie rozmawialiśmy, podziękowaliśmy sobie.

Mówisz, że relacje z trenerem Kafarskim były dobre. Skąd więc się brało bieganie po plaży, zamiast normalnych treningów?
- To już było wtedy po relacjach. Wróciłem z Portugalii w czerwcu. Bez żadnego treningu zostałem przesunięty do drugiej drużyny, czy też do tej grupy skazańców, „Klubu Kokosa”, trenowaliśmy codziennie o godzinie 11-12 na sztucznej murawie. Od pierwszej rozmowy byłem poza drużyną, poza trenerem Kafarskim, żadnych kontaktów nie mieliśmy. To co działo się później, podejrzewam, że to nie była wina trenera. Raczej uczestniczył w tym klub, ludzie zarządzający, ciężko powiedzieć. Nie chcę już do tego wracać. Pobiegałem sobie w lesie przez pół roku, przeszedłem badania wydolnościowe w Podbeskidziu i miałem dobre wyniki. A zawsze mi tej wydolności brakowało, bo na bramce nie jest potrzebna. Fajnie, może dzięki temu jeszcze kiedyś przebiegnę maraton...
Miałeś swego czasu ofertę z Wisły Kraków i trener Kubicki, delikatnie mówiąc, cię do „Białej Gwiazdy” nie polecił...
- Coś takiego słyszałem. Nie mnie oceniać. Jakbym był na miejscu trenera Kubickiego, w momencie gdyby ktoś do mnie zadzwonił, prosząc o jakąś opinię dla chłopaka, to zawsze starałbym się go ocenić pozytywnie. Wiadomo, że nie można kłamać, ale wydaje mi się, że można było powiedzieć: „Spróbujcie!”. Co mogę zrobić, jeżeli ktoś powiedział, że się nie nadaję... Z drugiej strony, jak komuś naprawdę zależy, to taka opinia nie jest decydująca. Ja się dowiedziałem dopiero po pół roku, że coś takiego było.
Znasz Jarosława Kaszowskiego?
- Osobiście nie, ale znam jego historię.
Odrobinę podobna do Twojej, prawda? Pożegnanie z klubami, w których jesteście legendami nie wyglądało najlepiej...
- Ta sprawa dotyczy zarówno mnie, jak i Kaszowskiego, Bartosza Bosackiego z Lecha Poznań i innych. To jest chore... Tak mało kosztuje, żeby pożegnać się z klasą. I nikt nie wymaga żeby Bąk, Bosacki czy Kaszowski grali do końca życia w Lechii, Lechu czy Piaście za zasługi, za to, że byli tam długo, mają taką, a nie inną krew, czy oddają serce klubowi, albo są żywymi legendami. Nie, broń Boże. Liczy się tylko i wyłącznie forma sportowa. Reszta to tylko dodatek. Ale właśnie ten dodatek powoduje, że gdy już forma sportowa jest niedobra, albo trener nie widzi zawodnika, to trzeba się rozstać z klasą. To nie wymaga wiele wysiłku, żeby komuś podziękować na boisku, z okazji jakiegoś meczu, wręczyć symboliczne kwiaty. Jeżeli w Polsce ludziom w klubach tego brakuje, to nie świadczy o nas źle, ale o tych, którzy zarządzają tymi zespołami.
Dostałeś tylko list pożegnalny?
- Nie wiem nawet czy coś tam przyszło do domu, nie odbierałem poczty, ale... nawet jakby przyszło, to podejrzewam, że bym nie zajrzał.
Z trenerem Robertem Kasperczykiem współpraca dobrze się układa? Jaki to szkoleniowiec?
- Jest to szkoleniowiec młodego pokolenia. Tego, które idzie za nowoczesnym futbolem i takimi metodami treningowymi. To trener wymagający, ale mający wyczucie, potrafiący też być w połowie: starszym bratem, opiekunem, który ma duże poczucie humoru i dystans. Przez większość momentów, trzeba siedzieć cicho, mocno zapierniczać i robić swoje, ale są takie chwile, gdy jest kompletnie rozluźniona atmosfera, trener rzuci żartem i to się fajnie wszystko łączy. Jeżeli chodzi o metody treningowe – jak na razie mogę się wypowiadać w samych superlatywach.
Mecz z Lechią będzie szczególny?
- Na pewno! Może jeszcze nie ten w Bielsku, ale na nowym stadionie w Gdańsku. Zresztą tu też fajnie będzie zobaczyć chłopaków, z którymi jeszcze niedawno grałem, porywalizować z nimi i dać jakiegoś pstryczka w nos. A mecz w Gdańsku to odległa przyszłość, ale jeżeli będzie mi dane tam zagrać to będzie fantastycznie.

Kibiców z Gdańska uważasz za jednych z najgłośniejszych w Polsce. Bielscy nie mają tak dobrej opinii. To będzie dla ciebie przeskok?
- Ja jestem „Biało-zielony”, więc naturalne jest, że uważam, że kibice Lechii są najlepsi w Polsce i tacy będą. Jeżeli mam być całkowicie szczery, to były takie mecze, gdzie tego dopingu nie było, albo był słaby. Nie mówię tego po to, żeby ktoś na mnie puszczał gromy, ale realnie tak było. Czasem nie potrafili się zorganizować, były zawirowania w młynie, ale jednak większość meczów było takich, że stojący pięć metrów obok mnie obrońca nie słyszał mojego głosu, bo tyle wydawali decybeli. Teraz wielka robota przed działaczami, żeby ten 44-tysięczny stadion zapełnić, dla mnie to na razie niewyobrażalne, mam nadzieję, że się mylę.
Ten doping naprawdę tak was niesie, jest dla piłkarza niezbędny?
- Są takie momenty w meczu, że naprawdę niesie. Wystarczą dwie akcje pod rząd – jakiś strzał, bramkarz odbije, drugie uderzenie - poprzeczka. I wtedy jak cały stadion się poderwie, to za chwilę te 10-20 procent przez dany moment człowiek może więcej z siebie dać. I ogólnie gra się lepiej w piłkę i człowieka stać na więcej, gdy doping jest przez cały mecz, a nie, że jedzie się na jakiś stadion, gdzie jest 1000 osób, 200 siedzi i ogląda na sektorze VIP, 300 siedzi i ogląda, 300 w przedziale 13-16 lat krzyczy: „naprzód!”. Wtedy jest atmosfera pikniku. Szkoda, bo lepiej żeby było jak najwięcej klubów w Polsce, które mają wielu kibiców.
Miałeś jeszcze półroczną przygodę w portugalskim Maritimo Funchal. Jak wrażenia?
- Bardzo fajne. Inny rodzaj piłki nożnej, wyższy poziom. Szkoda, że tak krótko. Miałem okazję zobaczyć inne metody treningowe, odbywać dłuższe treningi. Każdy trwał dwie, albo dwie i pół godziny. Miałem okazję zmierzyć się z lepszymi piłkarzami. Wróciłem na tarczy, ale to, co mam w pamięci, zostanie.
Twoim wzorem piłkarskim jest Artur Boruc. Dlaczego?
- Kiedyś tak powiedziałem, jako dzieciak, albo wchodząc dopiero w piłkę. Wtedy miało się jakichś idoli. Nie mam nikogo takiego, żeby powiesić plakat w sypialni. To się szybko zmienia. W danym sezonie kto inny fajnie broni. Ostatnio nagle nawet Casillas miał słabszą formę. Artura mocno szanuję nie tylko za to jakim jest bramkarzem, a jest wybitnym, co nie raz udowodnił, ale za dystans do świata, do siebie. Za poczucie humoru.
Jest taki mit, że bramkarz musi być szalony. Ty jesteś?
- To tylko mit. Bramkarze z Szamotuł, jak Łukasz Fabiański, są bardzo spokojnymi ludźmi, są też tacy całkowicie, za przeproszeniem, je..., ale nie ma już teraz reguły. Jasne, że coś trzeba mieć w tej głowie. Tak jak Boruc mówi, że jak ja wytłumaczę kiedyś swojemu dziecku, że moja robota polega na tym, że idę i rzucam się w ciągu dnia 1000 razy w błoto i tak zarabiam na życie. Ale to jest pasja, miłość do piłki.
Jako jeden z nielicznych piłkarzy skończyłeś studia...
- Nie wiem, czy jeden z nielicznych, ale skończyłem AWF gdański, na kierunku Turystyka i Rekreacja, specjalizacja turystyka aktywna. Myślałem o jakichś studiach podyplomowych z dziennikarstwa lub z psychologii, ale na razie zostawiłem to na później.

Po zakończeniu kariery nie będziesz miał jednak problemu, co ze sobą zrobić?
- Mgr przed nazwiskiem to tylko moja wewnętrzna duma, nic więcej. Proszę sobie wyobrazić człowieka, który ma lat 37-38 i zaczyna szukać pracy, a doświadczenia nie ma żadnego. Wtedy liczy się na jakieś kontakty nawiązane przez lata, albo zostaje się przy piłce. Zobaczymy, może uda się tyle tych „śrubek” zaoszczędzić na koncie, że będzie człowiek swoim szefem. Nie wymagam za dużo, ale chciałbym, żeby kiedyś w polskiej piłce było tak, że nie będę musiał pracować dla kogoś, a będę mógł sam dla siebie.
Dalej aktualna jest deklaracja, że nigdy nie będziesz trenerem?
- Na pewno... Znaczy, z perspektywy lat, wydaje się, że trenerka bramkarzy robi się coraz bardziej fascynująca. Pierwszym trenerem na pewno nie będę. Nie pociąga mnie to. Bardziej widzę się gdzieś w strukturach klubu, czy od strony menedżerskiej. Kręci mnie jeżdżenie, rozmawianie z ludźmi, używanie telefonu komórkowego...
Pociąga cię też praca dziennikarza.
- To wynika z tego, że dobrze się czuję przed kamerą i kilka razy, nieskromnie mówiąc, od znajomych pracujących w telewizji słyszałem, że przychodzi mi to z łatwością. I może kiedyś to wykorzystam. Najpierw trzeba jednak rozegrać sporo meczów w ekstraklasie, by to nazwisko sobie wyrobić.
Ulubiona potrawa to sushi. Można się więc w przyszłości spodziewać transferu do klubu zagranicznego, np. do Japonii?
- Gdyby portfel pozwalał, człowiek codziennie jadłby sushi. Ale jest to drogie jedzonko. O transferze zagranicznym na razie nie myślę, a jeśli chodzi o podróże, to mam marzenie, które przy pomocy Claudio Pittbula, z Maritimo, a dziś z Vitorii Setubal, może uda się zrealizować i pojechać na miesiąc do Brazylii.
A jednak całkiem niedawno byłeś bliski transferu zagranicznego. Trener Kasperczyk mówił, że oczekujesz szybkiej decyzji, bowiem masz ofertę z innego klubu...
- To nie było podchodzenie Podbeskidzia, by wymusić decyzję. Tuż po ofercie z Bielska dostałem telefon z Cypru. Wybrałem Podbeskidzie, Cypr przeciągałem maksymalnie. Był taki moment, że myślałem już, że tam wyjadę. Po dłuższej rozmowie z trenerami Mioduszewskim i Kasperczykiem jednak zdecydowałem się dłużej zostać w Bielsku, ryzykując utratę tego Cypru. Nie wynikało to z tego, że Cypr był ważniejszy. Podbeskidzie było ważniejsze, ale bałem się, że otrzymam stąd negatywną odpowiedź, a tam temat upadnie. Mogłem skończyć z niczym. Troszkę musiałem pokombinować, udało się, odmówiłem im, co było nieeleganckie, ale po tym ostatnim roku musiałem myśleć odrobinę egoistycznie, przeprosiłem i mam nadzieję, że to wystarczyło.
Masz trudny okres w karierze, ale chyba nabrałeś do tych problemów dystansu, bo sporo już w życiu przeszedłeś – śmierć ojca, praca na poczcie i w agencji ochroniarskiej niemal przez całą dobę, wreszcie ostatnio katastrofalna powódź na Maderze...
- Tak mi się układa, że to jakaś wieczna sinusoida. Super 2-3 lata w Lechii, zerwanie krzyżówek, miesiąc dwa totalnie nieprzydatny trenerowi Kubickiemu, nagle odwrócenie o 180 stopni, dobre występy w ekstraklasie, oferta Wisły Kraków, kontuzja pachwiny, kilka miesięcy bez gry, występy w Lechii, wyjazd do Portugalii, powrót i rok totalnie stracony. Mam nadzieję, że teraz jest znowu krzywa wznosząca i mam nadzieję, że dół znów nie przyjdzie. Nie musi być zaj..., byleby było dobrze. Co do tego, co przeszedłem – Madera to wyspa wulkaniczna no i były tam bardzo mocne opady deszczu. Gdy woda zaczęła spadać w dół, strumyczkami, które zamieniły się w rwące potoki. W samym Funchal – stolicy wyspy - nie wyglądało to najgorzej – to znaczy samochody „tylko” pływały w porcie obok łódek, ale w górach działy się gorsze rzeczy. Domy na skarpach spadały, chatki podobnie. Tworzyły się urwiska, osuwiska. Podali, że zginęło 40 osób, ale wydaje mi się, że więcej, ale nie chcieli tego podawać z obawy o ruch turystyczny.
Mimo wszystko musisz być chyba zadowolony z tego, w którym miejscu jesteś. Nie chciałbyś chyba wrócić do tej ciężkiej pracy?
- Przez to jak pracowałem od 19 roku życia przez dwa-trzy lata bardzo ciężko nabrałem dystansu i szacunku do pieniędzy. W miarę jedzenia apetyt rośnie, człowiek się przyzwyczaja do tego, że jest dobrze, ale mam swoje priorytety i wartości i dzięki temu... nie chodzę np. „rzucić na czerwone”...
Rozmawiał Michał Trela
- Już mam mieszkanko od tygodnia, więc jakoś powolutku się organizuje. Akurat teraz przez półtora tygodnia jest u mnie dziewczyna. Nie czuję się na pewno jak u siebie, bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Nie jest jednak źle. Górskie powietrze mi dobrze służy, jest tak samo fajne jak morskie. Oby przekładało się to na formę sportową.
W drużynę Podbeskidzia też dobrze się wpasowałeś?
- Nie było żadnego problemu z aklimatyzacją. W drużynach ekstraklasowych są dorośli ludzie, mamy podobne poczucie humoru. Znałem już Maćka Rogalskiego, z kilkoma chłopakami graliśmy przeciwko sobie.
Przeprowadzka na drugi koniec Polski oznacza dla ciebie wywrócenie dotychczasowego życia do góry nogami?
Nasze życie piłkarskie odbywa się w ten sposób, że zawsze gdzieś krążymy. Ja do któregoś roku życia mieszkałem tylko w Gdańsku, ale byłem też pół roku w Szczecinie, jak przechodziłem rehabilitację. Oprócz tego dwa miesiące w Krakowie, pół roku na Maderze, pół roku w Płocku, człowiek jest przyzwyczajony do tego, że się kręci.
Jak udało ci się przejść z ławki II-ligowego zespołu do beniaminka ekstraklasy?
- Chodzi chyba o wcześniejsze punkty w CV. Gdybym cały czas grał w II lidze to na pewno taki awans byłby ciężki. Miałem kontakt z trenerem Robertem Mioduszewskim, porozmawialiśmy, była prośba o sprawdzenie mnie, później zgoda. Oprócz tego trener pamiętał mnie z występów w ekstraklasie i w czasie tygodniowego pobytu przekonałem sztab szkoleniowy, że można mi zaufać.
Współpraca z trenerem Mioduszewskim układa się ponoć znakomicie.
- Pracowałem z kilkoma trenerami bramkarzy. Miałem okazję ćwiczyć z Andrzejem Woźniakiem, który teraz pomaga w Widzewie Łódź, i też go bardzo mocno chwalę. Mam dla niego wielki szacunek. W Portugalii pracowałem z Kimem, który kładł duży nacisk na ilość powtórzeń danych elementów w bramce, chwytów, i na pewno też człowiek z tego coś wyniósł. Trener Mioduszewski ma swoje spojrzenie na grę bramkarza, ale jest to spojrzenie aktualizowane z miesiąca na miesiąc, bo w tym elemencie cały czas coś się zmienia. To nie jest to samo, co było 10 lat temu, ani nawet 2 lata temu. Piłki są coraz szybsze, gra jest dla nas coraz trudniejsza i trzeba wszystko modyfikować. Trener Mioduszewski wytyka najmniejsze szczegóły, ale wiadomo, że z wielu detali buduje się całość. Przestawiam się i już jest coraz lepiej. Muszę się przyzwyczaić jeszcze do paru rzeczy. Trwa to trochę dłużej, ale nie wynika to z tego, że nie chcę, czy jest to aż takie trudne, lecz 28-letni człowiek ma już pewne nawyki ruchowe w podświadomości. To trzeba zmieniać. Podoba mi się to, że trener się „czepia” – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Przy takiej pracy nie jest za późno, by przy odpowiednim zdrowiu jeszcze 10 lat grać w piłkę. A teraz w wieku 28 lat stać się o wiele lepszym bramkarzem.

Podobno mama jest kibicem sportowym...
- Można powiedzieć, że „zwariowała” na starość. Tak jak kiedyś się nie interesowała, tak teraz i formuła, i siatkówka, piłka nożna. Kiedy rozmawiałem z nią wczoraj, to bulwersowała się sytuacją w Lechii Pawła Kapsy, która jest delikatnie podobna do mojej w tym klubie. Też nie może zrozumieć, dlaczego Pawła tak potraktowano. Interesuje się, zbiera wycinki. Rozmawiałem dziś z bratem, który ma urodziny, i powiedział mi, że matula do niego dzwoniła i przekazała informację, że już kupiła Skarb Kibica, w którym jestem.
Jak ocenia decyzję o przenosinach do Podbeskidzia?
- Jest zadowolona, bo to przecież ekstraklasa. Gdy jej powiedziałem, że podpiszę kontrakt na dwa lata, i dodałem, że jestem szczęśliwy, to jak każda matka – i ona była szczęśliwa.
Będzie przyjeżdżać na twoje mecze?
- Zaproszę ją na pewno. Teraz akurat jest w Krynicy Morskiej, ale myślę, że w jakiejś wolnej chwili, we wrześniu, w październiku zaproszę ją na jakiś czas, pomieszka u mnie, przyjdzie na mecz, a ja będą miał z tego jakieś profity, bo podejrzewam, że jak będę wracał do domu to zawsze będzie ciepły obiad.
Z Podbeskidziem grałeś dotychczas trzy razy i nigdy nie przegrałeś. Ta drużyna bardzo się zmieniła?
- Kiedyś grałem w Bielsku-Białej, pamiętam też jeden mecz w Gdańsku, gdy jeszcze Dariusz Kołodziej w ostatniej minucie uderzył bardzo groźnie z rzutu wolnego, ale udało mi się to obronić. Ostatnio nawet z nim to wspominałem. Drużyna na pewno się zmieniła. Za to, co chłopcy zrobili w zeszłym roku, naprawdę wielki szacunek. Nawet przy okazji środowej prezentacji oglądaliśmy w szatni film zmontowany z całego roku Podbeskidzia i wyglądało to naprawdę godnie. Jednak w piłce nożnej, jak i w życiu – jeżeli się stoi w miejscu to się cofa. To już jest przeszłość. Chłopaki się tym awansem już nacieszyli, mają to zapisane w CV i mogą nosić we własnej dumie, ale teraz czeka ich etap o wiele trudniejszy. Przeskok jest dosyć spory i rywalizacja z tymi zespołami co tydzień jest trudniejsza niż 5-6 meczów w Pucharze Polski. Wierzę w nasz zespół. Widać po tych chłopakach determinację i chęć, bo jest wielu takich, którzy jeszcze nie grali w ekstraklasie. Myślę, że zapiszą się w tej lidze dobrymi występami. Łatwiej jest wejść do ekstraklasy, więc początek powinien być dobry. Później przychodzi taki moment, nie wiem, czy po pół roku, czy po roku, że człowiek jakoś się przyzwyczaja i nabiera lekkiego dystansu. Myśli, że nie jest tak trudno, jak się wydawało i wtedy przychodzi kryzys. Wydaje mi się, że nie można składać jakichś górnolotnych deklaracji, po cichu trzeba robić swoje, ale podejrzewam, że odegramy fajną rolę, a w następnych sezonach jeszcze lepszą.

Wygląda na to, że rozpoczniesz sezon na ławce rezerwowych. Richard Zajac ma bardzo mocną pozycję i zapewnia, że miejsca w bramce nie odda. To dla ciebie kolega czy rywal?
- Przede wszystkim to kolega. Szanujemy się, pomagamy sobie nawzajem i podglądamy siebie na treningach. Mogę mówić za siebie – ja gdzieś go podglądam, mam nadzieję, że on jakieś dobre strony łapie ode mnie. Ale również jest to rywal, bo wiadomo, że każdemu z nas zależy na graniu. I przychodząc tutaj, z pełnym szacunkiem dla Ryśka, zdawałem sobie sprawę z kim przyjdzie mi walczyć, jaką on tu ma pozycję, jak szanują go kibice i jaką robotę tu zrobił, ale spokojnie. Ja też mam swoje ambicje i będę walczył. Już jestem 3-4 tygodnie i myślę, że teraz wejdę w optymalny rytm i będę pokazywał na treningach, że jestem gotowy w każdej chwili. Na pewno przyjdzie mi poczekać, a jak długo – zobaczymy. Życie pokaże.
Nie deprymuje, że na wspomnianej prezentacji, na twoich oczach, Rysiek odebrał nagrodę dla najlepszego piłkarza Podbeskidzia?
- To jeszcze bardziej mobilizuje. Analogiczna sytuacja była w Gdańsku, gdzie moja pozycja była do jakiegoś czasu niepodważalna. Przyszedł Paweł Kapsa, który w jakimś meczu w barwach KSZO Ostrowiec Świętokrzyski na Traugutta zrobił nieprzyjemny gest do kibiców, i zostało mu to zapamiętane. Na prezentacji było tak, że, nieskromnie powiem, zbierałem największe brawa, a Pawła przywitały gwizdy. Później się okazało, że Paweł trzymał język za zębami, pracował ciężko, zasuwał, dostał szansę, wykorzystał ją i teraz ma wielki szacunek u kibiców. Życie w piłce jest przewrotne. Trzeba mocno pracować, czekać na szansę, jak się ją dostanie to od niej dużo zależy, bo można mieć jedną na przestrzeni pół roku, roku i trzeba ją wykorzystać.
O Lechii i nieporozumieniach z trenerem Tomaszem Kafarskim możesz chyba porozmawiać z Maciejem Rogalskim...
- On spisywał się w Gdańsku dobrze, był jednym z autorów awansu do ekstraklasy, potem grał raz lepiej, raz gorzej, ale ja go oceniam, tak jak wszyscy, którzy byli w tamtym zespole, na plus. Asystował, strzelał bramki, spełniał się w ekstraklasie. Później przyszedł taki moment, że trener uznał, że jest mu niepotrzebny i wybrał kogoś innego. Maciek chyba nie ma żadnego żalu do Lechii. Nie robiono mu przeszkód, z tego co pamiętam, szybko wylądował w Podbeskidziu i znów zrobił awans.
Czyli wasza sytuacja nie jest podobna?
- No, nie...
Jesteś człowiekiem konfliktowym, kontrowersyjnym? Nie najlepsze relacje z trenerem Kafarskim, wcześniej z Dariuszem Kubickim, ostatnio z Mieczysławem Broniszewskim...
- Nie, ja miałem dobre relacje z trenerem Kafarskim, nie można mówić, że były złe. Przyszedł taki moment, w który... nie chcę się zagłębiać, ale zostaje to teraz źle odebrane. Akurat z nim nie miałem konfliktów. Jeżeli chodzi o Kubickiego – po prostu wróciłem po rehabilitacji po kontuzji więzadeł krzyżowych i kompletnie byłem mu niepotrzebny. Zerwałem „krzyżówki” jako kapitan zespołu walczącego o awans, a wróciłem jako... 39. zawodnik drużyny rezerw. Gdyby nie zmiana na trenera Jacka Zielińskiego, być może w ogóle bym nie zaistniał w ekstraklasie... W piłce również liczy się szczęście do ludzi, których spotykamy na swojej drodze. Popatrzmy na trenera Lenczyka – są zawodnicy, którzy udowodnili mu kiedyś przydatność i on w nich wierzy i ściąga ich do siebie, ufa im. Wreszcie - jeżeli chodzi o trenera Broniszewskiego – żadnego konfliktu nie mieliśmy, broń Boże. Prezes Krzysztof Dmoszyński ściągnął mnie do Płocka. Miałem pomóc, nie do końca pomogłem. Po 5-6 meczach średnich i to mocno średnich, doznałem kontuzji na miesiąc i po jej wyleczeniu bronił już bardzo dobrze młody Krzysztof Kamiński. Tam nie było żadnego konfliktu, normalnie rozmawialiśmy, podziękowaliśmy sobie.

Mówisz, że relacje z trenerem Kafarskim były dobre. Skąd więc się brało bieganie po plaży, zamiast normalnych treningów?
- To już było wtedy po relacjach. Wróciłem z Portugalii w czerwcu. Bez żadnego treningu zostałem przesunięty do drugiej drużyny, czy też do tej grupy skazańców, „Klubu Kokosa”, trenowaliśmy codziennie o godzinie 11-12 na sztucznej murawie. Od pierwszej rozmowy byłem poza drużyną, poza trenerem Kafarskim, żadnych kontaktów nie mieliśmy. To co działo się później, podejrzewam, że to nie była wina trenera. Raczej uczestniczył w tym klub, ludzie zarządzający, ciężko powiedzieć. Nie chcę już do tego wracać. Pobiegałem sobie w lesie przez pół roku, przeszedłem badania wydolnościowe w Podbeskidziu i miałem dobre wyniki. A zawsze mi tej wydolności brakowało, bo na bramce nie jest potrzebna. Fajnie, może dzięki temu jeszcze kiedyś przebiegnę maraton...
Miałeś swego czasu ofertę z Wisły Kraków i trener Kubicki, delikatnie mówiąc, cię do „Białej Gwiazdy” nie polecił...
- Coś takiego słyszałem. Nie mnie oceniać. Jakbym był na miejscu trenera Kubickiego, w momencie gdyby ktoś do mnie zadzwonił, prosząc o jakąś opinię dla chłopaka, to zawsze starałbym się go ocenić pozytywnie. Wiadomo, że nie można kłamać, ale wydaje mi się, że można było powiedzieć: „Spróbujcie!”. Co mogę zrobić, jeżeli ktoś powiedział, że się nie nadaję... Z drugiej strony, jak komuś naprawdę zależy, to taka opinia nie jest decydująca. Ja się dowiedziałem dopiero po pół roku, że coś takiego było.
Znasz Jarosława Kaszowskiego?
- Osobiście nie, ale znam jego historię.
Odrobinę podobna do Twojej, prawda? Pożegnanie z klubami, w których jesteście legendami nie wyglądało najlepiej...
- Ta sprawa dotyczy zarówno mnie, jak i Kaszowskiego, Bartosza Bosackiego z Lecha Poznań i innych. To jest chore... Tak mało kosztuje, żeby pożegnać się z klasą. I nikt nie wymaga żeby Bąk, Bosacki czy Kaszowski grali do końca życia w Lechii, Lechu czy Piaście za zasługi, za to, że byli tam długo, mają taką, a nie inną krew, czy oddają serce klubowi, albo są żywymi legendami. Nie, broń Boże. Liczy się tylko i wyłącznie forma sportowa. Reszta to tylko dodatek. Ale właśnie ten dodatek powoduje, że gdy już forma sportowa jest niedobra, albo trener nie widzi zawodnika, to trzeba się rozstać z klasą. To nie wymaga wiele wysiłku, żeby komuś podziękować na boisku, z okazji jakiegoś meczu, wręczyć symboliczne kwiaty. Jeżeli w Polsce ludziom w klubach tego brakuje, to nie świadczy o nas źle, ale o tych, którzy zarządzają tymi zespołami.
Dostałeś tylko list pożegnalny?
- Nie wiem nawet czy coś tam przyszło do domu, nie odbierałem poczty, ale... nawet jakby przyszło, to podejrzewam, że bym nie zajrzał.
Z trenerem Robertem Kasperczykiem współpraca dobrze się układa? Jaki to szkoleniowiec?
- Jest to szkoleniowiec młodego pokolenia. Tego, które idzie za nowoczesnym futbolem i takimi metodami treningowymi. To trener wymagający, ale mający wyczucie, potrafiący też być w połowie: starszym bratem, opiekunem, który ma duże poczucie humoru i dystans. Przez większość momentów, trzeba siedzieć cicho, mocno zapierniczać i robić swoje, ale są takie chwile, gdy jest kompletnie rozluźniona atmosfera, trener rzuci żartem i to się fajnie wszystko łączy. Jeżeli chodzi o metody treningowe – jak na razie mogę się wypowiadać w samych superlatywach.
Mecz z Lechią będzie szczególny?
- Na pewno! Może jeszcze nie ten w Bielsku, ale na nowym stadionie w Gdańsku. Zresztą tu też fajnie będzie zobaczyć chłopaków, z którymi jeszcze niedawno grałem, porywalizować z nimi i dać jakiegoś pstryczka w nos. A mecz w Gdańsku to odległa przyszłość, ale jeżeli będzie mi dane tam zagrać to będzie fantastycznie.

Kibiców z Gdańska uważasz za jednych z najgłośniejszych w Polsce. Bielscy nie mają tak dobrej opinii. To będzie dla ciebie przeskok?
- Ja jestem „Biało-zielony”, więc naturalne jest, że uważam, że kibice Lechii są najlepsi w Polsce i tacy będą. Jeżeli mam być całkowicie szczery, to były takie mecze, gdzie tego dopingu nie było, albo był słaby. Nie mówię tego po to, żeby ktoś na mnie puszczał gromy, ale realnie tak było. Czasem nie potrafili się zorganizować, były zawirowania w młynie, ale jednak większość meczów było takich, że stojący pięć metrów obok mnie obrońca nie słyszał mojego głosu, bo tyle wydawali decybeli. Teraz wielka robota przed działaczami, żeby ten 44-tysięczny stadion zapełnić, dla mnie to na razie niewyobrażalne, mam nadzieję, że się mylę.
Ten doping naprawdę tak was niesie, jest dla piłkarza niezbędny?
- Są takie momenty w meczu, że naprawdę niesie. Wystarczą dwie akcje pod rząd – jakiś strzał, bramkarz odbije, drugie uderzenie - poprzeczka. I wtedy jak cały stadion się poderwie, to za chwilę te 10-20 procent przez dany moment człowiek może więcej z siebie dać. I ogólnie gra się lepiej w piłkę i człowieka stać na więcej, gdy doping jest przez cały mecz, a nie, że jedzie się na jakiś stadion, gdzie jest 1000 osób, 200 siedzi i ogląda na sektorze VIP, 300 siedzi i ogląda, 300 w przedziale 13-16 lat krzyczy: „naprzód!”. Wtedy jest atmosfera pikniku. Szkoda, bo lepiej żeby było jak najwięcej klubów w Polsce, które mają wielu kibiców.
Miałeś jeszcze półroczną przygodę w portugalskim Maritimo Funchal. Jak wrażenia?
- Bardzo fajne. Inny rodzaj piłki nożnej, wyższy poziom. Szkoda, że tak krótko. Miałem okazję zobaczyć inne metody treningowe, odbywać dłuższe treningi. Każdy trwał dwie, albo dwie i pół godziny. Miałem okazję zmierzyć się z lepszymi piłkarzami. Wróciłem na tarczy, ale to, co mam w pamięci, zostanie.
Twoim wzorem piłkarskim jest Artur Boruc. Dlaczego?
- Kiedyś tak powiedziałem, jako dzieciak, albo wchodząc dopiero w piłkę. Wtedy miało się jakichś idoli. Nie mam nikogo takiego, żeby powiesić plakat w sypialni. To się szybko zmienia. W danym sezonie kto inny fajnie broni. Ostatnio nagle nawet Casillas miał słabszą formę. Artura mocno szanuję nie tylko za to jakim jest bramkarzem, a jest wybitnym, co nie raz udowodnił, ale za dystans do świata, do siebie. Za poczucie humoru.
Jest taki mit, że bramkarz musi być szalony. Ty jesteś?
- To tylko mit. Bramkarze z Szamotuł, jak Łukasz Fabiański, są bardzo spokojnymi ludźmi, są też tacy całkowicie, za przeproszeniem, je..., ale nie ma już teraz reguły. Jasne, że coś trzeba mieć w tej głowie. Tak jak Boruc mówi, że jak ja wytłumaczę kiedyś swojemu dziecku, że moja robota polega na tym, że idę i rzucam się w ciągu dnia 1000 razy w błoto i tak zarabiam na życie. Ale to jest pasja, miłość do piłki.
Jako jeden z nielicznych piłkarzy skończyłeś studia...
- Nie wiem, czy jeden z nielicznych, ale skończyłem AWF gdański, na kierunku Turystyka i Rekreacja, specjalizacja turystyka aktywna. Myślałem o jakichś studiach podyplomowych z dziennikarstwa lub z psychologii, ale na razie zostawiłem to na później.

Po zakończeniu kariery nie będziesz miał jednak problemu, co ze sobą zrobić?
- Mgr przed nazwiskiem to tylko moja wewnętrzna duma, nic więcej. Proszę sobie wyobrazić człowieka, który ma lat 37-38 i zaczyna szukać pracy, a doświadczenia nie ma żadnego. Wtedy liczy się na jakieś kontakty nawiązane przez lata, albo zostaje się przy piłce. Zobaczymy, może uda się tyle tych „śrubek” zaoszczędzić na koncie, że będzie człowiek swoim szefem. Nie wymagam za dużo, ale chciałbym, żeby kiedyś w polskiej piłce było tak, że nie będę musiał pracować dla kogoś, a będę mógł sam dla siebie.
Dalej aktualna jest deklaracja, że nigdy nie będziesz trenerem?
- Na pewno... Znaczy, z perspektywy lat, wydaje się, że trenerka bramkarzy robi się coraz bardziej fascynująca. Pierwszym trenerem na pewno nie będę. Nie pociąga mnie to. Bardziej widzę się gdzieś w strukturach klubu, czy od strony menedżerskiej. Kręci mnie jeżdżenie, rozmawianie z ludźmi, używanie telefonu komórkowego...
Pociąga cię też praca dziennikarza.
- To wynika z tego, że dobrze się czuję przed kamerą i kilka razy, nieskromnie mówiąc, od znajomych pracujących w telewizji słyszałem, że przychodzi mi to z łatwością. I może kiedyś to wykorzystam. Najpierw trzeba jednak rozegrać sporo meczów w ekstraklasie, by to nazwisko sobie wyrobić.
Ulubiona potrawa to sushi. Można się więc w przyszłości spodziewać transferu do klubu zagranicznego, np. do Japonii?
- Gdyby portfel pozwalał, człowiek codziennie jadłby sushi. Ale jest to drogie jedzonko. O transferze zagranicznym na razie nie myślę, a jeśli chodzi o podróże, to mam marzenie, które przy pomocy Claudio Pittbula, z Maritimo, a dziś z Vitorii Setubal, może uda się zrealizować i pojechać na miesiąc do Brazylii.
A jednak całkiem niedawno byłeś bliski transferu zagranicznego. Trener Kasperczyk mówił, że oczekujesz szybkiej decyzji, bowiem masz ofertę z innego klubu...
- To nie było podchodzenie Podbeskidzia, by wymusić decyzję. Tuż po ofercie z Bielska dostałem telefon z Cypru. Wybrałem Podbeskidzie, Cypr przeciągałem maksymalnie. Był taki moment, że myślałem już, że tam wyjadę. Po dłuższej rozmowie z trenerami Mioduszewskim i Kasperczykiem jednak zdecydowałem się dłużej zostać w Bielsku, ryzykując utratę tego Cypru. Nie wynikało to z tego, że Cypr był ważniejszy. Podbeskidzie było ważniejsze, ale bałem się, że otrzymam stąd negatywną odpowiedź, a tam temat upadnie. Mogłem skończyć z niczym. Troszkę musiałem pokombinować, udało się, odmówiłem im, co było nieeleganckie, ale po tym ostatnim roku musiałem myśleć odrobinę egoistycznie, przeprosiłem i mam nadzieję, że to wystarczyło.
Masz trudny okres w karierze, ale chyba nabrałeś do tych problemów dystansu, bo sporo już w życiu przeszedłeś – śmierć ojca, praca na poczcie i w agencji ochroniarskiej niemal przez całą dobę, wreszcie ostatnio katastrofalna powódź na Maderze...
- Tak mi się układa, że to jakaś wieczna sinusoida. Super 2-3 lata w Lechii, zerwanie krzyżówek, miesiąc dwa totalnie nieprzydatny trenerowi Kubickiemu, nagle odwrócenie o 180 stopni, dobre występy w ekstraklasie, oferta Wisły Kraków, kontuzja pachwiny, kilka miesięcy bez gry, występy w Lechii, wyjazd do Portugalii, powrót i rok totalnie stracony. Mam nadzieję, że teraz jest znowu krzywa wznosząca i mam nadzieję, że dół znów nie przyjdzie. Nie musi być zaj..., byleby było dobrze. Co do tego, co przeszedłem – Madera to wyspa wulkaniczna no i były tam bardzo mocne opady deszczu. Gdy woda zaczęła spadać w dół, strumyczkami, które zamieniły się w rwące potoki. W samym Funchal – stolicy wyspy - nie wyglądało to najgorzej – to znaczy samochody „tylko” pływały w porcie obok łódek, ale w górach działy się gorsze rzeczy. Domy na skarpach spadały, chatki podobnie. Tworzyły się urwiska, osuwiska. Podali, że zginęło 40 osób, ale wydaje mi się, że więcej, ale nie chcieli tego podawać z obawy o ruch turystyczny.
Mimo wszystko musisz być chyba zadowolony z tego, w którym miejscu jesteś. Nie chciałbyś chyba wrócić do tej ciężkiej pracy?
- Przez to jak pracowałem od 19 roku życia przez dwa-trzy lata bardzo ciężko nabrałem dystansu i szacunku do pieniędzy. W miarę jedzenia apetyt rośnie, człowiek się przyzwyczaja do tego, że jest dobrze, ale mam swoje priorytety i wartości i dzięki temu... nie chodzę np. „rzucić na czerwone”...
Rozmawiał Michał Trela
Polecane
Ekstraklasa