WYWIAD. Jerzy Wolas: Za Podbeskidzie dałbym się pokroić
06.09.2011
Panie prezesie, najbliższe trzy miesiące nie będą dla pana łatwe...
- Oj, nie będą. Zdaję sobie z tego sprawę. Niedobrze się stało, że tak się wszystko potoczyło. Jeżeli mamy szukać jakichś pozytywów tej sytuacji, to tylko fakt, że udało się załatwić to wewnątrz klubu i w miarę szybko. Ja się nie cieszę z takiego obrotu sytuacji, moja rodzina się nie cieszy. Nie wiem, czy ktokolwiek się cieszy.
Dlaczego więc zdecydował się pan podjąć tego trudnego zadania?
- To wygląda na jakiś paradoks, że ja dwa lata temu prosiłem Janusza Okrzesika, żeby to wziął na siebie, a teraz ja jestem jego następcą. Kto by pomyślał, że Wolas się drugi raz "wpieprzy w to samo gówno..."? Może zatęsknił za władzą? Ci co mnie znają, wiedzą, że to do mnie niepodobne. Cóż począć, ja bym się za ten klub dał pokroić. Innych kandydatów na ten moment nie było. Może są i tacy, którzy by chcieli, ale takich, którzy by mogli, nie było. Nie chcę się chwalić, ale jakieś doświadczenie mam - prowadzę od wielu lat firmę, a klub to też taka firma. Poza tym, już byłem prezesem.
Na razie jest pan pełniącym obowiązki prezesa. Czy jednak jest szansa, żeby pozostał nim pan na stałe?
- Nie ma takiej opcji. Jestem prezesem maksymalnie na trzy miesiące. Maksymalnie. Tak mówi prawo. Jeżeli znajdzie się odpowiedni kandydat za tydzień, dwa, czy trzy tygodnie, to wtedy będę krócej. Nie zostawię przecież firmy. Teraz jednak trzeba wyrwać czas dla klubu. Od jutra biorę się do roboty...
A tej jest sporo. Wciąż nierozstrzygnięta pozostaje sprawa zamknięcia stadionu, drużyna nie gra najlepiej...
- Tak, dzieje się bardzo dużo. I wszystko tak nagle, niespodziewanie. Wiedziałem, że prezes Okrzesik nosi się z zamiarem odejścia, ale myślałem, że to wytrzyma, przetrwa. Nie można ukrywać, że strona sportowa też jest problemem. Pracowałem dotychczas przy Podbeskidziu z ramienia Rady Nadzorczej. Przestałem więc bywać w klubie na co dzień i nie zajmowałem się sprawami sportowymi. Będę musiał w nie wejść z powrotem. Cieszę się tylko, że okienko transferowe jest już zamknięte, wszystkie sprawy zakończone. Przynajmniej mamy jasność w tym, kim gramy.

Trener Robert Kasperczyk może spać spokojnie?
- Nic się nie zmieniło. Czasem zdarza mi się być pochopnym, ale bardzo rzadko. Kiedy byłem prezesem za pierwszym razem, wykazywałem się cierpliwością do trenerów. Pewnie w drużynie trzeba trochę zmian, lecz ja nie jestem człowiekiem, który przychodzi do szkoleniowca z kartką ze składem. Kręcimy się w kręgu 25 nazwisk i tyle. Można zadać pytanie, czy te ruchy, które zostały wykonane, były dobre, ale nie mi to oceniać. Nie byłem przy tych rozmowach, nie wiem na ile trener Kasperczyk oceniał moc tej drużyny, która wywalczyła awans. Teraz mogą być tacy, którzy się mądrzą, że trzeba było odstawić pięciu graczy, kupić dwóch innych, ale takich mądrych zawsze jest wielu po meczu. Sam to przeżyłem. Jak wygrywaliśmy, to miałem... czarne ramiona od poklepywania. A gdy przegrywaliśmy, siedziałem sam na trybunie i się zastanawiałem, co robić.
Jakie są przed panem cele?
- Żeby przez ten czas tego klubu nie "zapuścić". Nie będę składał żadnych deklaracji. Mnie cieszy sytuacja finansowa, to, że mamy zbilansowany budżet, jak w mało którym klubie. Płacimy tyle, ile możemy, ale piłkarze dostają pieniądze z dokładnością do... pół sekundy. Nie zawsze tak było... Kiedy przychodziłem do Podbeskidzia, to piłkarze, trenerzy i cała administracja nie mieli płaconych pensji od czterech miesięcy. Nie dopuszczę do sytuacji żeby ten klub pogrążyć. Zresztą, Rada Nadzorcza i tak by mi na to nie pozwoliła.
Prezes Okrzesik mówił, że być może jego osoba przeszkadzała w relacjach klubu z miastem. A jak układają się one w pańskim przypadku?
- Byłem prezesem trzy i pół roku i u prezydenta Jacka Krywulta byłem może raz... Janusz Okrzesik był radnym przez wiele lat, więc wiadomo, że ja mam trochę inne relacje. Trzeba powiedzieć jasno - niektórzy mówią, że Wolas spłacił trzy i pół miliona długu w Podbeskidziu. Jak miałby to zrobić? Gdyby nie prezydent, nie udałoby się wyjść na zero. Ja byłem tylko w grupie ludzi, która pracowała na to, żeby było lepiej. Miałem dobre relacje z miastem...
Rozmawiał Michał Trela
- Oj, nie będą. Zdaję sobie z tego sprawę. Niedobrze się stało, że tak się wszystko potoczyło. Jeżeli mamy szukać jakichś pozytywów tej sytuacji, to tylko fakt, że udało się załatwić to wewnątrz klubu i w miarę szybko. Ja się nie cieszę z takiego obrotu sytuacji, moja rodzina się nie cieszy. Nie wiem, czy ktokolwiek się cieszy.
Dlaczego więc zdecydował się pan podjąć tego trudnego zadania?
- To wygląda na jakiś paradoks, że ja dwa lata temu prosiłem Janusza Okrzesika, żeby to wziął na siebie, a teraz ja jestem jego następcą. Kto by pomyślał, że Wolas się drugi raz "wpieprzy w to samo gówno..."? Może zatęsknił za władzą? Ci co mnie znają, wiedzą, że to do mnie niepodobne. Cóż począć, ja bym się za ten klub dał pokroić. Innych kandydatów na ten moment nie było. Może są i tacy, którzy by chcieli, ale takich, którzy by mogli, nie było. Nie chcę się chwalić, ale jakieś doświadczenie mam - prowadzę od wielu lat firmę, a klub to też taka firma. Poza tym, już byłem prezesem.
Na razie jest pan pełniącym obowiązki prezesa. Czy jednak jest szansa, żeby pozostał nim pan na stałe?
- Nie ma takiej opcji. Jestem prezesem maksymalnie na trzy miesiące. Maksymalnie. Tak mówi prawo. Jeżeli znajdzie się odpowiedni kandydat za tydzień, dwa, czy trzy tygodnie, to wtedy będę krócej. Nie zostawię przecież firmy. Teraz jednak trzeba wyrwać czas dla klubu. Od jutra biorę się do roboty...
A tej jest sporo. Wciąż nierozstrzygnięta pozostaje sprawa zamknięcia stadionu, drużyna nie gra najlepiej...
- Tak, dzieje się bardzo dużo. I wszystko tak nagle, niespodziewanie. Wiedziałem, że prezes Okrzesik nosi się z zamiarem odejścia, ale myślałem, że to wytrzyma, przetrwa. Nie można ukrywać, że strona sportowa też jest problemem. Pracowałem dotychczas przy Podbeskidziu z ramienia Rady Nadzorczej. Przestałem więc bywać w klubie na co dzień i nie zajmowałem się sprawami sportowymi. Będę musiał w nie wejść z powrotem. Cieszę się tylko, że okienko transferowe jest już zamknięte, wszystkie sprawy zakończone. Przynajmniej mamy jasność w tym, kim gramy.

Trener Robert Kasperczyk może spać spokojnie?
- Nic się nie zmieniło. Czasem zdarza mi się być pochopnym, ale bardzo rzadko. Kiedy byłem prezesem za pierwszym razem, wykazywałem się cierpliwością do trenerów. Pewnie w drużynie trzeba trochę zmian, lecz ja nie jestem człowiekiem, który przychodzi do szkoleniowca z kartką ze składem. Kręcimy się w kręgu 25 nazwisk i tyle. Można zadać pytanie, czy te ruchy, które zostały wykonane, były dobre, ale nie mi to oceniać. Nie byłem przy tych rozmowach, nie wiem na ile trener Kasperczyk oceniał moc tej drużyny, która wywalczyła awans. Teraz mogą być tacy, którzy się mądrzą, że trzeba było odstawić pięciu graczy, kupić dwóch innych, ale takich mądrych zawsze jest wielu po meczu. Sam to przeżyłem. Jak wygrywaliśmy, to miałem... czarne ramiona od poklepywania. A gdy przegrywaliśmy, siedziałem sam na trybunie i się zastanawiałem, co robić.
Jakie są przed panem cele?
- Żeby przez ten czas tego klubu nie "zapuścić". Nie będę składał żadnych deklaracji. Mnie cieszy sytuacja finansowa, to, że mamy zbilansowany budżet, jak w mało którym klubie. Płacimy tyle, ile możemy, ale piłkarze dostają pieniądze z dokładnością do... pół sekundy. Nie zawsze tak było... Kiedy przychodziłem do Podbeskidzia, to piłkarze, trenerzy i cała administracja nie mieli płaconych pensji od czterech miesięcy. Nie dopuszczę do sytuacji żeby ten klub pogrążyć. Zresztą, Rada Nadzorcza i tak by mi na to nie pozwoliła.
Prezes Okrzesik mówił, że być może jego osoba przeszkadzała w relacjach klubu z miastem. A jak układają się one w pańskim przypadku?
- Byłem prezesem trzy i pół roku i u prezydenta Jacka Krywulta byłem może raz... Janusz Okrzesik był radnym przez wiele lat, więc wiadomo, że ja mam trochę inne relacje. Trzeba powiedzieć jasno - niektórzy mówią, że Wolas spłacił trzy i pół miliona długu w Podbeskidziu. Jak miałby to zrobić? Gdyby nie prezydent, nie udałoby się wyjść na zero. Ja byłem tylko w grupie ludzi, która pracowała na to, żeby było lepiej. Miałem dobre relacje z miastem...
Rozmawiał Michał Trela
Polecane
Ekstraklasa