"Wisła nie jest klubem, który powinien obawiać się Podbeskidzia"

04.03.2013
- Wiślacy powinni szanować przeciwnika, ale to oni są Wisłą Kraków. Ostatni wynik w pucharze jeszcze doda im pewności. Myślę, że dadzą sobie radę z Podbeskidziem - mówi Łukasz Gorszkow, były obrońca obu klubów.
Dzisiaj w Krakowie Wisła zmierzy się z Podbeskidziem, zagrają więc pańskie dwie drużyny. Pana w ekstraklasie już jakiś czas nie ma, ale czy nadal śledzi pan ich losy?

Łukasz Gorszkow: - To nie jest tak, że skoro już nie gram, to przestaję śledzić ekstraklasę. Z tego się tak szybko nie wychodzi.

Chciałbym więc spytać, komu daje pan większe szanse na wygraną?

- Przed meczem generalnie każdy ma równe szanse. Niemniej jednak Wisła - po wygranej w Pucharze Polski z Jagiellonią - powinna być drużyną, do której powróci pewność siebie i myślę, że powinna sobie spokojnie poradzić, tym bardziej, żę gra u siebie. Jednak doping swoich kibiców wiele daje. Na meczu z Jagiellonią było czuć, że przyszło z powrotem wielu fanów, powrócił doping na stadion i myślę, że to fajna sprawa. Chociaż z tego, co pamiętam, Podbeskidziu zawsze się przy Reymonta dobrze grało, dlatego trzeba będzie uważać na szybkich zawodników z Bielska-Białej. Jestem jednak przekonany, że Wisła da radę.

No właśnie, Podbeskidzie oba dotychczasowe mecze przy Reymonta wygrywało po 1-0. Czy to może mieć jakiś psychologiczny wpływ?

- Zawsze to może mieć jakiś wpływ, bo o takich meczach się pamięta. Ale po to jest trener, żeby przeanalizować grę Podbeskidzia i wyeliminować mocne strony Podbeskidzia, dobrze bronić przy stałych fragmentach gry i myślę, że sztab szkoleniowy to robi. Wisła musi się jednak przede wszystkim skupić na swojej grze, bo to jest jednak klub, który nie powinien podchodzić do meczu z Podbeskidziem z jakimiś obawami. Powinni szanować przeciwnika lecz to oni są Wisłą Kraków. Poza tym, ostatni wynik w pucharze doda im pewności siebie. To może być całkiem przyzwoite widowisko.

Chciałbym teraz pana spytać o Podbeskidzie. Grał pan w zespole "Górali" w zupełnie innych czasach - I-ligowych, biednych. Spodziewał się pan wtedy, że ta drużyna - w sumie tak szybko - zawita do ekstraklasy?

- Ostatnie fazy mojego pobytu w Podbeskidziu już dawały przesłanki, że ten klub wychodzi na prostą. Powoli kończyły się olbrzymie zaległości finansowe i wszystko wracało na normalne tory. Jeszcze gdy ja byłem, niewiele brakowało, żebyśmy grali w barażach o ekstraklasę. To były sygnały, które pokazywały, że jeśli trener trafi z dwoma-trzema transferami, to może być awans. I to im się udało.

A jak pan wspomina pobyt w Podbeskidziu?

- Było ciężko jeśli chodzi o finanse. Jednak ja zawsze powtarzam, że my Polacy mamy taką specyfikę, że w sytuacjach kryzysowych potrafimy się zmobilizować i być skonsolidowani. Potrafimy wtedy tworzyć wspólnotę, zespół. I tak samo było wtedy. Jeśli chodzi o całą atmosferę, było naprawdę zupełnie fajnie. To chyba taka specyfika klubów, w których są jakieś problemy. Wtedy drużyna musi być zdana na siebie i walczyć o to, by ten klub mógł wyjść z długów. Dobra gra i zwycięstwa są magnesem dla ewentualnych sponsorów, co prowadzi do polepszenia sytuacji w klubie.

Obecnie Podbeskidzie jest już dla pana pewnym spadkowiczem, który ze względów regulaminowych musi zagrać jeszcze 14 meczów, czy - zwłaszcza po tym zwycięstwie z Jagiellonią - ma o co walczyć?

- Są na pewno podbudowani zaskakującym zwycięstwem u siebie, ale ta przepaść punktowa jest jednak dość spora i będzie bardzo trudno z niej wyjść. W sporcie nie można skazywać drużyny na pożarcie, póki piłka jest w grze. Takiemu zespołowi gra się o tyle łatwiej, że nie ma już żadnego obciążenia psychicznego. To nie jest sytuacja taka, że balansuje gdzieś na krawędzi i na każdy mecz wychodzi z dużą presją. Oni po prostu wychodzą na luzie i nie mają nic do stracenia. A do zyskania bardzo wiele.

A o Wisłę się pan nie obawia, że może się zaplątać w walkę o utrzymanie?

- Jest nisko. Mieszkam w Krakowie, Wisła była moim pierwszym ekstraklasowym klubem, naprawdę serce jest dość blisko tego zespołu. Ale mimo wszystko, nie martwię się. Gdzieś w końcu musi to zaskoczyć, nie może być tak, że ciągle tylko do tyłu. Wydaje mi się, że potencjał w tej drużynie istnieje. Czasami takie przełamanie, jak z Jagiellonią, powoduje, że zmienia się nastawienie psychiczne. Wracają kibice, co też mnie bardzo cieszyć.

Na koniec chciałbym jeszcze spytać o pana. Mimo 39 lat na karku, z tego, co widziałem, pan wciąż gra w piłkę. I to z sukcesami, bo Podgórze Kraków dobrze sobie radzi w krakowskiej okręgówce (trenerem tej drużyny jest Grzegorz Pater - przyp. MT).

- To prawda, aczkolwiek... już przestaję, ponieważ mam dość dużo innych zajęć związanych z moją pracą. Powolutku odchodzę od grania w piłkę. Trzeba sobie kiedyś powiedzieć dość. Zobaczymy, co będzie na wiosnę, ale póki co odkładam to trochę na bok.

Zamierza pan w jakiś sposób zostać przy piłce?

- Tak, jestem trenerem młodzieży w Puszczy Niepołomice. Prowadzę też szkółkę piłkarską i działam przy piłce młodzieżowej.

Mam jednak wrażenie, że w porównaniu do innych zawodników z pańskich czasów, dość cicho o panu. Rzadko widać pana w mediach, nie komentuje pan meczów...

- Nigdy nie szukałem jakiegoś specjalnego rozgłosu, bo zawsze starałem się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Nie pchałem się nigdy na piedestał. Nie mam parcia na szkło. Robię swoje, cieszy mnie praca z dziećmi. Nie mówię, że nie jest fajne bycie gdzieś w centrum uwagi, aczkolwiek póki co jestem na boku i nie zamierzam tego zmieniać. Niemniej jednak, wciąż mnie ciągnie do takiej trochę większej piłki... Gdzie adrenalina jest trochę wyższa, bo tu jestem nastawiony tylko na szkolenie. Ciągnie wilka do lasu.

Czyli rozumiem, że chciałby pan być w przyszłości trenerem w ligowej piłce?

- Wie pan, że kiedy jest mecz piłkarski, to mamy 40 milionów trenerów w każdej dyscyplinie. Znam swoje miejsce w szeregu i nie sięgam głową powyżej chmur. Krok po kroku.

Rozmawiał Michał Trela.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również