W Warszawie hanys, na Śląsku gorol. Małolat grubo po czterdziestce

13.04.2020

- Jeśli coś kochasz, rób to na maksa. Życie piłkarza to jest chwila. Mam przed oczami czas, w którym jako nastolatek wchodziłem do szatni Polonii Warszawa. Był w niej o 10 lat starszy ode mnie Janusz Gałuszka. Śmiałem się, mówiłem: "Janek, jaki ty już jesteś stary". Odpowiadał: "Pamiętaj, w piłce wszystko mija w oka mgnieniu, ani się obejrzysz i sam to poczujesz". Miał rację. Ale grałem długo jak mogłem, bo to po prostu kochałem - opowiada 46-letni Piotr Rocki, który niespełna dwa lata temu definitywnie zawiesił buty na kołku i próbuje sił w trenerskim fachu.

Rafał Rusek/PressFocus

Łukasz Michalski: Co trudniej rzucić - papierosy, czy grę w piłkę?
Piotr Rocki:
Fajki próbowałem rzucić raz, wytrwałem pół roku. Ale później pojawiły się jakieś stresy i wróciłem do tego. A z piłką... było bardzo trudno. Przez całą karierę nie miałem problemów z kontuzjami, ale w końcu wysiadło biodro, później pachwina. Trudno było się pogodzić z tym, że trzeba zejść ze sceny. Tym bardziej, że nawet paląc te papierosy kondycyjnie wytrzymywałem do samego końca. Kochałem grać. Trudno było się pogodzić, że to już koniec. Dużo dał mi kurs trenerski, który pomaga zabić w sobie piłkarza.

Udało ci się tego piłkarza zabić na dobre?
Był taki moment w szatni Ruchu Radzionków, gdy byłem już grającym członkiem sztabu i poczułem, że czas przejść na drugą stronę. Z jednej strony nie przeszkadzać chłopakom, z drugiej samemu czuć się komfortowo. Nigdy nie "sprzedawałem" trenerowi tajemnic szatni, ale moją rolą zaczęło być przekazywanie mu wskazówek i spostrzeżeń na temat zawodników. Jak widziałem, że są zajechani, któryś ma kłopoty w domu, czy jakiś problem ze zdrowiem, zaczynałem myśleć o tym by ułatwić im wyjście na trening w stu procentach do niego przygotowanymi.

Grałeś do 44 roku życia, z sezonu na sezon przedłużając karierę o kolejne 12 miesięcy. Miałeś pomysł na to, co dalej?
Chciałem grać jak najdłużej, ale biodro siadło doszczętnie i będzie wymagało w przyszłości operacji. Klub, prezes i trener wyciągnęli do mnie rękę i pozwolili płynnie przejść do nowej roli. Szukaliśmy na to pomysłu. Najpierw miałem być ambasadorem klubu, później pomóc w budowaniu jego wizerunku, zresztą do końca starałem się w miarę możliwości szukać sponsorów dla "Cidrów".

I z tego co pamiętam, nie planowałeś zostawać trenerem?
To fakt, ale bardzo mnie ta praca wciągnęła, stała się prawdziwym hobby. Najpierw moja rola ograniczała się do prowadzenia i planowania rozgrzewek, później doszło do tego opracowywanie stałych fragmentów. Zapisałem się na kurs, zdobyłem uprawnienia UEFA A. Pomału przeszedłem na drugą stronę barykady i zacząłem myśleć w inny sposób. Chcę służyć doświadczeniem zdobytym przez piłkarską drogę, zawsze lubiłem podpowiadać młodym graczom.

Jak ci się pracowało w roli asystenta z młodszym od siebie szkoleniowcem, Kamilem Rakoczym?
Dla mnie to wspaniały człowiek. W sztabie współpraca bardzo się zazębiła, nikt nie wychodził ze swojego szeregu. Widziałem, że Kamil Rakoczy zaczął do mnie podchodzić inaczej odkąd zacząłem kurs UEFA A. Liczył się z moim zdaniem, ja też mocno go szanuję. I z miesiąca na miesiąc miałem w swojej pracy coraz więcej swobody. Wspólna praca daje coś, czego nie da się wyczytać z książek. Zaufał mi, dzięki niemu poczułem, że jest przede mną jakaś nowa droga i coś do zdobycia. Choć już widzę, że zawód trenera to nie jest łatwy kawałek chleba.

Najpierw musiał jednak posadzić cię na ławce, bo to za jego kadencji pomału kończyłeś z graniem. Odstawianie gościa z takim CV jak twoje wymagało odwagi, czy nie utrudniałeś mu tego zadania?
Nie miałem z tym problemu. Zresztą z żadnym szkoleniowcem na tym tle nie popadałem w konflikt. Moim zadaniem zawsze było dawać sygnał że jestem przygotowany i trener może na mnie liczyć. A to był okres, w którym sam zaczynałem czuć że większą pomoc stanowię na ławce. Podporządkowałem się. On był kapitanem i szefem, nie musiał mi się tłumaczyć ze swoich decyzji. Młodzież pracą na treningu też zasługiwała na to, by dostawać nagrodę w postaci minut na boisku. Na tym polega piłka nożna - jesteśmy drużyną, jest nas w niej przeszło dwudziestu i jednostka musi się podporządkować. W szatni owszem, jest jakaś hierarchia. Ale na boisku ma grać ten, który jest w najwyższej dyspozycji. Poza tym od dawna dawało mi satysfakcję patrzenie jak rozwijają się młodzi zawodnicy, którym mogłem dawać przykład. Miło usłyszeć od nich: "miałeś Roki rację".

Młodzi mówili do ciebie tato.
Albo dziadek! Zawsze ceniłem u młodych zawodników charakter, zaangażowanie, ambicję. Interesowało mnie jakie przed sobą stawiają cele. Takim zawodnikom trzeba pomóc. Mi też kiedyś ktoś pomagał jak wchodziłem do dorosłej piłki. Darek Dźwigała, Janek Gałuszka, czy Józef Dankowski, albo Darek Dziekanowski... To byli ludzie, którzy widzieli, że jeśli ktoś bardzo chce, to trzeba dać mu szanse. A ja w tą rolę wchodziłem już w Grodzisku, gdy do składu wchodzili Radek Majewski czy Tomek Zahorski. Jak widzisz, że taki zawodnik zostaje po treningu, słucha, to z przyjemnością podajesz mu rękę i pchasz go dalej.

Zanim odebrałeś swoją trenerską licencję podjąłeś się pierwszej, samodzielnej pracy. Podjąłeś się poprowadzenia witających się ze spadkiem z III ligi "Cidrów", choć misja od początku wyglądała na taką, która nie ma szans powodzenia.
Nikt nie chciał się wtedy tego podjąć, a ja bardzo byłem z Ruchem związany. To prawda, że nie było praktycznie czego ratować. Mnóstwo kontuzji, odejście trenera Rakoczego, było widać, że światło już zgasło. Utrzymanie byłoby prawdziwym "cudem nad Radzionkowem". Może po cichu liczyłem na ten cud? Traktuję to dziś jako doświadczenie, naukę pokory. Takie pierwsze przetarcie z zawodem. 

Przez dwie dekady nie schodziłeś poniżej drugiego szczebla rozgrywek, zdecydowaną większość tego czasu spędzając w klubach ekstraklasowych. Chciało ci się na koniec "kopać po czole" w IV lidze i ryzykować rozmienianie na drobne swojego nazwiska?

Był taki moment, że się nad tym zastanawiałem. Ale ja lubię, jak wokół mnie jest głośno. Kiedyś, gdy znalazłem się w Legii Warszawa Janek Urban powiedział słowa, które mocno utkwiły mi w pamięci: "Pamiętaj, jeśli cię wyzywają, wykrzykują coś pod twoim adresem, to znaczy że cię szanują i się ciebie boją". To było przed meczem o Superpuchar Polski z Wisłą Kraków. Kibice głośno wyrażali wtedy swoje pretensje i oczekiwali przeprosin za to, że kiedyś pokazałem odwróconą "eLkę". Spiąłem się, kilka minut przed końcem zdobyłem decydującą o zdobyciu trofeum bramkę, a tamte słowa bardzo na mnie podziałały.

Jak to się ma do IV ligi?
Bo w niej, często wśród garstki kibiców, byłem jedynym rozpoznawalnym zawodnikiem. Uwaga skupiała się na mojej grze. "Dziadek, daj sobie już spokój", "Ty łysy chu**, czas na emeryturę". Ja tylko czekałem na taki moment. Strasznie mnie to nakręcało. Strzeliłem bramkę, rzuciłem okiem na gościa, który coś wykrzykiwał i miałem cholerną satysfakcję, gdy bił mi brawo. Dopóki granie sprawiało mi przyjemność, po prostu wychodziłem i pokazywałem to, co umiem robić najlepiej. A potem można było uciszyć jednego czy drugiego. Po to się gra w piłkę, kibic idzie na mecz zobaczyć jakieś show.

A to coś, co zawsze lubiłeś dawać.
Właśnie. Czy to ekstraklasa, czy jakiś niższy poziom, trzeba czuć zasady które tym wszystkim rządzą. Zresztą po roku grania w IV lidze te reakcje też już się zmieniały. Częściej czułem szacunek i słyszałem "dzień dobry, co słychać panie Piotrze", rzadziej jakieś chamskie zaczepki. Bo nikt nie mógł mi zarzucić, że odpuszczam. Im więcej było w moim kierunku jobów, tym mocniej koncentrowałem się na graniu, udowadniając swoją wartość. A ludzie doceniali, że zapier*** na pełnych obrotach i bawię się tym, co najbardziej w życiu kocham. Najważniejsze, to po końcowym gwizdku móc spojrzeć sobie w lustro i powiedzieć: "dałeś z siebie wszystko".

Pozostając przy epitetach - bardziej się obrażasz gdy mówią do ciebie hanys, czy gorol?
Dobre pytanie. Faktycznie jest tak, że w Warszawie mówią na mnie hanys, a gdy wracam do Zabrza gorol. Ja jestem już chyba taki krojcok. Wychowałem się i zaczynałem w Warszawie, ale prawie połowę życia spędziłem na Śląsku. Ten sam dylemat mam gdy ktoś pyta za kim jestem. Bo w sercu jest Legia, ale na co dzień kibicuję Górnikowi. Ten klub bardzo mi pomógł, dużo się tu nauczyłem jako zawodnik i jako człowiek. Odpowiada mi śląska mentalność.

Rodowód masz jednak warszawski. Jak ci się wraca w swoje rejony?
Na Bródnie cały czas funkcjonuje moja osiedlowa ksywka "Małolat". Nie dość że w swojej ekipie zawsze byłem jednym z najmłodszych, to i najmniejszy. Trzymałem się ze starszymi chłopakami, w piłkę też kopałem z takimi którzy urodzili się te 3-4 lata przede mną. I do teraz jak wracam na stare śmieci nikt nie mówi do mnie "Roki", tylko zawsze to nieśmiertelne "Małolat".

Bródno to dzielnica, z której pochodzi Wojciech Kowalczyk. Mieliście okazję razem pograć?
Wspólnie zaczynaliśmy w Polonezie Warszawa. "Kowal" jest dwa lata starszy, ale ja szybko przeskoczyłem z trampkarzy do juniorów, w których był wówczas Wojtek. Mimo wieku grałem z jego rocznikiem. Kiedy Polonez się rozwiązywał razem poszliśmy na testy do Legii. Wtedy trener Wójcik był ze mną szczery. Powiedział, że na grę w jego zespole nie mam szans. To była "gruba" Legia, z Leszkiem Piszem, Darkiem Wdowczykiem, czy Maćkiem Śliwowskim. Trafiłem na chwilę do Marcovii Marki, miałem znakomitą rundę w której zdobyłem chyba z 15 bramek i dostałem propozycję z Polonii Warszawa.

W sercu była jednak Legia?
Ja nawet grając w Polonii chodziłem na Żyletę. Na Bródnie jest tylko Legia, jak się tam wychowałeś nie masz innego wyjścia, musisz być Legionistą.

Jako ekstraklasowy piłkarz Polonii chodziłeś na Żyletę?
Do dzisiaj jak Legia przyjeżdża na Śląsk to idę na sektor gości, spotkać się ze starszyzna i znajomymi. Wtedy też nie musiałem się z tym kryć. Ludzie wiedzieli jak jest. Ja nie byłem kibicem, który siada gdzieś na uboczu, tylko lubiłem być tam, gdzie coś się dzieje. Znałem "Bosmana", znałem "Ślepego", czyli ludzi którzy wtedy trzymali trybuny w ryzach. Nikt nie miał do mnie pretensji ani po jednej ani po drugiej stronie barykady. Ale potrzebowałem 20 lat by spełnić dziecięce marzenie i w końcu przy Łazienkowskiej - jeszcze przy starych trybunach - zagrać jako piłkarz mojego klubu. Szkoda, że nie udało się wcześniej, bo za trenera Dragomira Okuki byłem już prawie dogadany. Nie wyszło i brakuje mi tego mistrzostwa Polski w karierze. Przy drugim podejściu zabrakło do tego osiągnięcia niewiele, zdecydowała jednobramkowa porażka w Krakowie i - co tu kryć - czuję niedosyt.

Pewnie z tego kibicowskiego zacięcia wynika fakt, że wiesz jak podejść do fanów. Umiesz ich sprowokować, lub mieć po swojej stronie?
Na to jest prosta recepta. Charakter i oddanie. Ja wychodzę z założenia, że jak trafiam do jakiegoś klubu to bronię jego barw i godnie je reprezentuję. Z kibicem trzeba rozmawiać, czasem zakląć pod nosem, kiedy indziej wstrząsnąć drużyną gdy ta zapomina dla kogo gra. Bo kibic potrafi się odwdzięczyć, podnieść na duchu, zmotywować do walki, do dawania z siebie maksimum. Młodszym graczom też to powtarzam. Bez względu na to czy grasz dla 500 osób, dla 5 tysięcy, czy wychodzisz przed 30-tysięczną publikę musisz być sobą, mieć swój charakter i swoje zdanie.

Charakter wykuwałeś na warszawskiej Pradze. Jak wyglądało twoje dorastanie w tej owianej sławą dzielnicy?
Nie miałem łatwego życia. Musiałem dawać sobie radę, sam dbałem o siebie. Mama chodziła do pracy, ojciec rozstał się z nią gdy miałem rok. Wychowywała mnie przede wszystkim babcia, bo dziadek umarł bardzo wcześnie. Później coraz więcej czasu spędzałem z wujkiem, miał ksywę "Serdel". To on pierwszy raz zaciągnął mnie do piłkarskiej szatni Świtu Warszawa i zobaczyłem jak to wszystko od środka wygląda. Ten smród, brudne koszulki, radość po meczu, piwko, atmosfera i śmiech. Zaraziłem się piłką. Od tego czasu się z nią nie rozstawałem. Jak chodziłem do szkoły, to w worku zamiast butów na zmianę nosiłem piłkę. W klasie tylko patrzyłem za okno czy ktoś tam nie gra, czy kogoś nie brakuje do składu. A jak brakowało, ktoś machnął że potrzeba jednego, to robiłem wszystko by dać pretekst nauczycielce do wyrzucenia mnie z klasy do pani dyrektor, tyle że ja skręcałem w stronę boiska i tyle mnie widzieli.

Miałeś na siebie inny pomysł niż piłka?
Nie, naprawdę. Nauczyciele od małego wiedzieli, że ja nie wysiedzę w klasie. Oni nawet korzystali z mojej szybkości i posyłali mnie w czasie lekcji po drobne zakupy. Zwinny byłem, więc jakieś urodzinowe ciastka czy "zlecenie" na okazjonalny upominek ogarniałem w ciągu kilku minut. Gaz, hop przez siatkę, po kwiatki do kwiaciarni i z powrotem. Ale jak później stawałem do zawodów na 60 czy 100 metrów to nie było na mnie mocnych. Siłowo też dawałem radę ze starszymi, zwłaszcza że pierwszym sportem który zacząłem trenować  w Polonezie były zapasy i dżudo. Śmiali się ze mnie, wołali "zapaśnik Stali Kraśnik". Na jednym z pierwszych treningów miałem starcie z kolegą, który zdobył właśnie mistrzostwo Warszawy w zapasach i nie znając nawet zasad tego sportu tak go złapałem, a potem rzuciłem, że odniosłem zwycięstwo. W ramach rozgrzewki graliśmy jednak w piłkę, i któregoś dnia trener Rucki spojrzał na mnie mówiąc: "chłopie, nie marnuj tutaj czasu, idź na boisko". Tam bardziej mi się podobało. Choć były to czasy, gdy trener raczej rzucał piłkę i mówił: "grajcie", a nie organizował jakieś skomplikowane zajęcia. Ja przychodziłem godzinę czy dwie przed treningiem i sam sobie żonglowałem, kopałem, z podwórka też niechętnie wracałem jak mama lub babcia wołały na obiad.

Przełom lat 80-tych i 90-tych ludziom spoza Warszawy kojarzy się z gangami, które opanowały poszczególne dzielnice. Niepokorny "Małolat" miał styczność z gangsterskim półświatkiem?
Nie byłem grzecznym chłopcem i miałem szacunek na swojej dzielnicy. Było sporo osiedlowych gangów i grup.  Każda miała "swój" teren. Chodziłem do dziewczyny z Pruszkowa, a na Pradze rządził "Wołomin", to trzeba było postawić "flaszkę" odpowiednim osobom, żeby mieć spokój. Wszyscy się znali, na Legię jeździliśmy tramwajami w swoich grupach. Jako małolaci zrobiliśmy sobie na murze cmentarza bródnowskiego wpis. Posługiwałem się już tą piłkarską ksywą "Roki", byli ze mną "Krzypek" i "Grzegorz. Cmentarz jest już wyremontowany, ale tych sprajów jakoś nie zamazali i do dziś jadąc do domu widzę ten napis.

Był moment, w którym to wszystko mogło pójść w złą stronę?
Tak, kiedy już grałem w Polonii. Spadliśmy z Ekstraklasy, po dwóch latach z powrotem wywalczyliśmy awans. Pojawił się zastrzyk gotówki, kupiłem pierwszy dobry samochód. To był pontiac le mans, w takiej amerykańskiej wersji. Było trochę lansu, w głowie sporo sody. W tym momencie na ziemię ściągnęli mnie przyjaciele i koledzy. Dużą rolę w moim życiu odegrał Darek Dźwigała, z którym zaprzyjaźniłem się w Polonii. Razem szliśmy do Hetmana Zamość, razem szliśmy do Górnika, trenowaliśmy w parze 7 lat. Ale najpierw pomógł mi Andrzej "Florek". Powiedział mi: "Idź chłopaku w Polskę, bo tu się za chwilę stracisz". Ja miałem przed nim duży respekt. Był kimś, kto mógł mocno w życiu pomóc. W Warszawie mógłbym spaść na dno. "Florkowi" dużo zawdzięczam, wspierał mnie. Później był ze mnie dumny, gdy mieszkałem już na Śląsku wiózł mnie nawet do mojego ślubu swoim mercedesem 500. Do dziś zostały różne kontakty. Raz w roku spotykamy się na mistrzostwach Warszawy na Grochowie, taka tradycja, którą też organizował Andrzej. Bardzo cenię kontakt z przyjaciółmi, przyjaźń i bliskich ludzi trzeba szanować. Zrobiłeś coś źle? Pochyl głowę, przyznaj się, nie rób tego więcej. I tym samym kierowałem się później na boisku.

W 1997 roku trafiłeś na Śląsk. Specyficzna szatnia Górnika dla warszawiaka z Pragi była trudna?
Najpierw propozycję z Górnika dostał Darek Dźwigała. Wcześniej dobrze szło nam u trenera Bronisława Waligóry w Hetmanie Zamość, grającym w ówczesnej II lidze. Ja też się wyróżniałem, dziś powiedzielibyśmy że grałem na "dziesiątce". Miałem sporo goli i asyst, więc kiedy Darek trafił już do Zabrza wspomniał, że warto przyjrzeć się również mnie. Po krótkim czasie do mnie też zadzwonił telefon, wykorzystałem swoją szansę i dostałem miejsce w Górniku. A to były wspaniałe lata z fantastycznymi ludźmi, do dziś się razem trzymamy. "Wiśnia", Piotrek Gierczak, Kamil Kosowski - była ekipa w tej szatni. Były takie pary: Darek Koseła i Rafał Kocyba kontra Darek Dźwigała i Piotrek Rocki. Czyli dwóch hanysów na dwóch warszawiaków. Rywalizowaliśmy i na boisku, i przy stole bilardowym, ale mocno się skumplowaliśmy. Mieszkaliśmy w jednej dzielnicy, na Zaborzu. Razem jeździliśmy na treningi, razem spędzaliśmy czas po nich. I w Górniku i w Odrze był świetny klimat, wyjątkowy. Po każdym treningu szliśmy razem na obiad, kawę, czy piwko. Prawdziwa paczka, grono ludzi które mocno zapadło mi w pamięć. Spotykaliśmy się z żonami, mocno się razem trzymaliśmy. Michał Probierz, Mietek Agafon, Darek Klytta, "Hajtowy", na koniec wrócił Janek Urban. 

Jak odnalazłem się w śląskiej szatni? Ciężko było, lubili mnie "wypuścić". W karczmie u Słonia kazali zamówić 8 "maleństw", a okazało się że na stół wjechały litrowe piwa. Na wkupne trzeba było nauczyć się kilku słówek w śląskiej gwarze. Najlepiej pamiętam "gulik" i "kuklok". Ale jako warszawiacy razem z Darkiem szybko się wkomponowaliśmy w ten zespół. Przecież Darek pozostaje jedynym warszawiakiem, który w Górniku założył kapitańską opaskę! Kibice nigdy się przeciw nam nie buntowali, widzieli że pracą i zaangażowaniem walczymy o swoje.

Na Śląsku poznałeś kilka charakterystycznych postaci. Górnikiem rządził na przykład Stanisław Płoskoń. 
Człowiek, który był wybuchowy, ale zawsze potrafił zachować klasę. Jeśli coś się z nim ustaliło, zawsze dotrzymał słowa. Kojarzy mi się z nim fajna historia. Płoskoń, jak komuś urodziło się dziecko, dawał jakieś dodatkowe pieniądze na "pępkowe". No to chodziliśmy do niego z "Wiśnią", zawsze mówiliśmy że jakieś nowe "bobo" przyszło na świat. I tak rodziło się co chwile (śmiech). Był porywczy. Potrafił wejść do szatni, zjechać wszystkich niesamowicie. Ale umiał też motywować. Znał się na piłce. Kiedy przegraliśmy jakiś ważny mecz, na przykład z Legią, umiał wypłacić premie meczowe za to, że zagraliśmy dobrze, doceniał nasze podejście. Za to zdarzało się też, że po wygranym meczu gra mu się nie podobała i wtedy grubo z nami jechał. 

Spędziłeś przy Roosevelta cztery sezony, grając regularnie, ale najczęściej zaczynając mecze na ławce.
I to właśnie najlepiej pamiętam z tych czasów. Zostałem dżokerem.Jak na boisku działo się źle, drużynie nie szło, to w okolicach 60-70 minuty stadion skandował "Roki, Roki". Wiedzieli, że wejdzie wojownik, który coś może zdziałać, zerwać się na skrzydle rozkręcić drużynę. I na wspomnienie momentów, w których publiczność przy Roosevelta skandowała moje nazwisko, wciąż kręci mi się łezka w oku. A do tego "Oszust" robił hałas tym swoim dzwonkiem.

Oszust?
"Egon", "Stasiu", my go nazywaliśmy "Oszust".

Dlaczego?
Dostał taką ksywkę, bo "Stasiu" jednym wiadrem umiał umyć dwadzieścia aut. A mówił że na każdy samochód brał wiadro świeżo napełnione. "Oszust" to oczywiście pseudonim żartobliwy, to jest fantastyczny człowiek. Zawsze wojował na Górniku. Zawsze był, zawsze pomagał i wspierał. Wszystko umiał załatwić. A salę u góry u pana Bolka Niesyto i Stanisława Oślizło traktowałem jak świątynię. Człowiek widział te wszystkie puchary, trofea, pamiątki to aż serce drżało. 

Jaki był powód, dla którego nigdy nie miałeś swojego menadżera?
Bo lubiłem samemu rozmawiać z prezesami. Chciałem wiedzieć jakie są ich oczekiwania, powiedzieć uczciwie co ja jestem w stanie dać od siebie. Nie chciałem, by robił to za mnie kto inny, bez mojego uczestnictwa przy decydujących rozmowach, poznać danych ludzi osobiście. Sam negocjowałem warunki kontraktowe, nie interesowało mnie przy tym ile zarabiają w klubie inni. Znałem po prostu swoją wartość i walczyłem o to, co sobie założyłem. I zawsze byłem zadowolony. Wychodziłem z założenia, że lepiej jeść małą łyżeczką, ale częściej. Postawą umiałem wywalczyć sobie podwyżkę, czy jakąś nagrodę. O finanse nigdy nie marudziłem i jakoś nigdy nie musiałem się prosić.

Z drugiej strony może gdybyś miał menadżera, to w takiej Legii faktycznie wylądowałbyś wcześniej?
Ale ja większość kariery spędziłem w czasach, gdy w tym środowisku i tak każdy znał każdego. Trenerzy, czy prezesi robili rozeznanie w szatniach, pytali piłkarzy o to czy znają jednego bądź drugiego zawodnika i czy ich zdaniem oni przydadzą się drużynie. Tak było na przykład w Odrze. Zbudowaliśmy szatnię piłkarskich bandziorów. Ta drużyna składała się z ludzi, którzy coś wcześniej narozrabiali, albo chcieli się odbudować po kontuzjach czy słabszym okresie. I z tego wypływali na szerokie wody Grzesiu Rasiak, Michał Chałbiński, Marek Saganowski, Łukasz Sosin i wielu innych. Odra to była odskocznia do tego, by stawać się mocniejszym i znaleźć miejsce w lepszym klubie.

Wyniki dla klubu też potrafiliście zrobić.
To była prawdziwa paka, jeden za drugiego szedł w ogień. Wierzyliśmy w swoje umiejętności, w zespół. Tam był taki cement w szatni, że z niej nic nie wychodziło. Ludzie, którzy w niej byli w życiu przeszli sporo , a Wodzisław był miejscem, w którym mogli sobie wszystko ułożyć i wyjść na ludzi.

Grałeś w lidze dwie dekady, a ludzie najmocniej kojarzą cię z pamiętnych cieszynek. To dobrze?
Stałem się twarzą tej całej akcji. Lubiłem planować kolejne pomysły, przedstawić je szatni, przekonać ją do tego, że będzie fajnie. Dlaczego miałbym się tego wstydzić? Przyjeżdżał mistrz Polski, a my malujemy się na czerwono, wychodzimy jak na wojnę i go ogrywamy. Graliśmy przeciwko zawodnikom, którzy zarabiali 5 czy 10 razy więcej od nas i nie byliśmy gorsi, a dodawaliśmy lidze kolorytu. Znaliśmy swoją wartość, swego czasu Rysiu Wieczorek mianował nas rycerzami jesieni, zajmując pierwsze miejsce na półmetku ligi. Sam byłem wtedy nawet blisko kadry.

Kadry Jerzego Engela?
Tak. "Sibol" pojechał na Mistrzostwa Świata, a ja dostałem sygnał, że po Mundialu też dostanę swoją szansę. Niestety zmienił się selekcjoner, zmieniła się koncepcja i debiutu w reprezentacji nie mam. Później też miałem super okres. Strzeliłem w trakcie jednej rundy 7 goli, dołożyłem przeszło 10 asyst, ale powołanie nie przyszło. Czyli do mistrzostwa Polski, którego mi brakuje dokładam występ w reprezentacji, o którym też marzyłem. 

Brakuje też jednego występu do tego, by zasiąść w prestiżowym klubie "300".
Można żałować, bo pewnie gdzieś zaważyła jakaś niepotrzebna żółta kartka przez którą trzeba było pauzować, albo drobny uraz. Szkoda, że nie ma w bilansie tej trójki z przodu. 

Cztery razy zmieniałeś Odrę na Groclin i odwrotnie. Dlaczego tak krążyłeś między Wodzisławiem a Grodziskiem?
Za pierwszym razem nie spełniłem w Dyskobolii pokładanych we mnie oczekiwań. Nie czułem się tam zresztą wtedy dobrze. Zacząłem trenować w hali, z Clearexem Chorzów zdobyłem nawet mistrzostwo i Puchar Polski. Pomógł mi wtedy świętej pamięci trener Jerzy Wyrobek. Zaprosił do Odry Wodzisław, dogadałem się później z dyrektorem Edwardem Sochą i... zaczęło się fajne granie w Ekstraklasie. Pomału, pomału stawałem się coraz mocniejszy, czułem się bardzo mocny w szatni, wiedziałem że jestem jednym z liderów. Za dobrą grę zostałem doceniony i... sprzedano mnie do Grodziska. Po dwóch latach sytuacja się powtórzyła - znowu grałem mniej niż bym chciał. Rozegrałem świetny sezon, chyba najlepszy w karierze, zadzwonił prezes Drzymała i powiedział, że nic go nie interesuje - mam wracać do Grodziska i koniec. Wtedy wreszcie i tam poczułem się jednym z liderów, osobą która bierze na siebie grę.

W Wodzisławiu z ławki prowadził was m.in. Franciszek Smuda. Kolejna postać, wokół której krążą legendy i milion anegdot. Jak go wspominasz?
Dla mnie to wielki człowiek pod każdym względem. Kiedy pierwszy raz wszedł do szatni w Wodzisławiu i się przedstawił, każdy patrzył na niego jak w obrazek. Jego pierwsze pytanie brzmiało: kto pali? Wiedzieliśmy z Marcinem Malinowskim, że jesteśmy zawodnikami, którzy pchają ten wózek. Podnieśliśmy ręce, trener oznajmił że szanuje i docenia fakt, że się przyznaliśmy. "Nie palcie mi w szatni i w pokoju na obozie" - zakomunikował. Poza tym mieliśmy spokój i mogliśmy palić na luzie, a ci którzy go oszukali mieli później przechlapane. Bez względu na nazwisko, przyłapani na papierosku byli u Smudy skończeni. Widziałem różne kompilacje jego specyficznych wypowiedzi. Sam kilka pamiętam. Kiedyś prezes szukał oszczędności, wymyślił więc, że w grudniu zrobimy "wagę". Kto w styczniu, po urlopach, przyniesie zbyt wiele kilogramów, za każdy z nich zapłaci tysiąc złotych kary. Trener Smuda po Nowym Roku zaprosił prezesa do szatni, ale nie pokazał mu kartki z wynikami ważenia. "Prezesie, trzeba będzie zrobić dopłaty. Zawodnicy schudli" - wymyślił Smuda, na co ten odwrócił się na pięcie. Ten trener zawsze był z zespołem i się za nim wstawiał. Chociaż do Łukasza Masłowskiego mówił: "Masło, jak ty wyglądasz? Ty musisz schuść!". Miał te swoje powiedzonka. Jacek Magiera ma cały zeszyt z zanotowanymi tekstami Smudy. Tylko był tak dobrym trenerem, że w Wodzisławiu o ile się pośmialiśmy, to nie wytykaliśmy takich spraw. Sam miał do siebie dystans, nie obrażał się. Miał w szatni bardzo duży posłuch i szacunek, na treningach aż się paliło od roboty. Potrafił rozmawiać indywidualnie, zmotywować zawodnika. Poza tym szanowaliśmy w Odrze, że jako człowiek pochodzący z tego regionu chciał ratować Odrę przed spadkiem i podjął rękawicę.

Innym ekscentrykiem dla którego grałeś jest senator Stanisław Kogut, wówczas prezes I-ligowego Kolejarza Stróże. 
Dobrze wspominam ten okres. Do Stróż trafiłem z GKS-u Tychy, gdzie stanąłem murem za trenerem Piotrem Mandryszem. Zrobił tam świetną robotę, a i ja miałem za sobą dobry sezon. Mandrysz wiedział jak przygotować mnie pod względem motorycznym, wykorzystać moje możliwości, traktował mnie trochę jak swoją prawą rękę na boisku. Grałem od dechy do dechy, dużo dałem drużynie. Umiał dobrać mniej znanych graczy, którzy wcześniej kopali się po głowach i zrobić z nich piłkarzy powoływanych do młodzieżówki. Miał trenerskiego nosa. Kiedy okazało się, że jego umowa w Tychach nie będzie przedłużona, stanąłem za nim murem i zdecydowałem, że również nie podpiszę nowego kontraktu. 

Odebrałem telefon ze Stróż. Wiedziałem, że pojawia się tam sporo ciekawych zawodników, z którymi grałem już w karierze. Dogadaliśmy się z senatorem na stacji benzynowej pod Krakowem, trwało to może ze dwie minuty. 

Był głośny tylko na trybunach, czy również na co dzień?
Zawsze był głośny! Lubił wpaść do szatni, obojętne czy po wygranej, czy przegranej. Najważniejsza była dla nie gra. Czy się znał, czy nie, miało być ładnie. Piłeczka miała chodzić jak po sznurku, miała być wrzutka, potem ładna bramka. Zdarzało się, że po naprawdę dobrym, wysoko wygranym meczu przychodził i narzekał że wyglądaliśmy słabo, a kiedy indziej po porażce 0:1 i fatalnym występie chwalił za zaangażowanie i walkę. No i potrafił puścić "wiązankę". Robiła się wtedy cisza, tak było nawet na trybunach. W Stróżach każdy się go bał, ale każdy miał do niego szacunek. Był wybuchowy, ale przy tym charakterny i bardzo słowny. Jeśli coś z nim ustaliłeś i podaliście sobie rękę, to nie trzeba było mieć tego nawet na papierze. Zawsze dotrzymywał umowy.

Wędrując po Śląsku trafiłeś również do Podbeskidzia. To nie był udany epizod. Dlaczego nie chciałeś zdradzać kulisów tamtego rozstania, gdy już trafiłeś do Radzionkowa?
Byłem wtedy po Legii Warszawa. Miałem wstępną ofertę z Jagiellonii. Byłem po rozmowie z trenerem Probierzem, wszystko dogadane, ale coś w tym wszystkim namieszał menadżer, z którym podpisałem wtedy umowę i sprawa upadła. Jestem pewny, że gdybym negocjował sam, dogadałbym się bez problemu i ekstraklasowy licznik podkręciłbym w Białymstoku. Rozmawiałem też na temat powrotu do Górnika Zabrze, który wcześniej zatrudniał starszych zawodników, jak Tomek Hajto czy Jurek Brzęczek. Później stwierdzono przy Roosevelta, że trzeba odejść od tej polityki i odmładzać drużynę. Tak trafiłem do Bielska-Białej, do trenera Marcina Brosza. Mieli wobec mnie nie wiadomo jakie oczekiwania. Myśleli, że będę brał piłkę, ogrywał wszystkich i strzelał bramki. A I liga to inne granie niż na najwyższym szczeblu. Zaczęło się między nami psuć, sadzano mnie na ławce, traciłem motywację i chęć do grania. Nie podobały mi się zasady wprowadzane do zespołu przez trenera Brosza, z którym grałem przecież w Górniku. Uważam, że to bardzo dobry trener, ale pod względem życiowym kilka rzeczy mnie wówczas zabolało. Powiedziałem na forum szatni co czuję i myślę, oskarżano mnie, że buntuję drużynę. Podziękowaliśmy sobie i odszedłem do Radzionkowa. Widzieliśmy się od tego czasu z Marcinem, podaliśmy sobie rękę, ale relacje nie były już między nami tak dobre, jak w czasach wspólnej gry w Górniku. 

Słynąłeś z temperamentu, ale paradoksalnie boisko przed czasem za czerwoną kartkę opuszczałeś bardzo rzadko.
Paliło się zwłaszcza w meczach derbowych. Pamiętam na przykład starcia z "Andrutem" (Arturem Andruszczakiem, przyp. red) na boku boiska. Byliśmy takie dwa chamy, zabijaki, jeździliśmy "na szpadzie" tak, że jeden drugiemu mógł zrobić krzywdę. Chodziło jednak o widowisko i podkręcenie atmosfery dla kibiców, tak, by żyli meczem i widzieli, że na boisku "słaba kość pęka". Zrobiłem kilka głupot, potem sypały się kary finansowe. Z czasem zmądrzałem. Pojawiło się boiskowe cwaniactwo. Jakieś wejście w zawodnika, odepchnięcie, nadepnięcie. Sporo z tego repertuaru nauczyłem się od Michała Probierza: jak uszczypnąć, jak i kiedy coś komuś powiedzieć, by wybić go z rytmu. Mówili o mnie "mały, szybki, niewywrotny". Trzymałem się mocno na nogach, zapierałem się nawet z zawodnikiem o wzroście 190cm, ale pojedynków nie przegrywałem.

Zdobyłeś trenerską licencję UEFA A, ale za sobą masz dopiero pierwsze kroki w zawodzie. Planując karierę szkoleniowca, a grając pod wodzą młodszych od siebie trenerów nie miałeś wcześniej poczucia, że ucieka ci czas?
Pewnie trochę tak jest. Mogłem wcześniej zacząć kurs, zawiesić buty na kołku po 40-tych urodzinach, ale w sumie... nie ciągnęło mnie wtedy do tej pracy. Chciałem grać jak najdłużej, grałbym do dziś gdyby nie to biodro. Nie mogłem sobie odmówić tego, co kochałem całe życie. Trening wciąż był dla mnie przyjemnością, szatnia miejscem, w którym mogę pogadać z kolegami na każdy temat. Czasem się pośmiać, czasem podjąć poważne sprawy.

Do drużyny trafiali jednak gracze młodsi od twoich synów?
Ale każdego traktowałem tak samo. Dostawali ode mnie "zjebkę" za mówienie "Panie Piotrze". Mówiłem: "Słuchaj, jedziemy na jednym wózku i jesteśmy kolegami z drużyny".

Sam u progu kariery o takim traktowaniu przez starszyznę mogłeś tylko pomarzyć?
Wchodziło się do szatni "na palcach", trzeba było rozeznać kto gdzie się przebiera, żeby przypadkiem nie zająć niewłaściwego miejsca. Hierarchia była ustalona. Zawsze było trzech, czterech zawodników, którym wystarczyło tylko spojrzeć w oczy i już było się "posranym". Ale dzięki temu dało się też poznać charakter młodego. Albo łapał wspólny język, zasuwał na treningu, pomagał innym, albo pękał. Do dziś uważam, że ocenianie przydatności zawodnika po jednym sparingu jest bez sensu. Trzeba takiego poobserwować przez tydzień w szatni, sprawdzić jak będzie funkcjonował w zespole. 

Gdzie wieszasz sobie poprzeczkę w roli trenera?
Zrobiłem kurs, ale to dopiero fundament i podstawa, na której mogę budować. Trzeba się uczyć i poświęcić tej pracy sporo czasu. Mam swoje doświadczenie wyniesione z życia piłkarskiego, mogę je przełożyć na pracę z zespołem. Lubię dzielić się wskazówkami. Jest mnóstwo aspektów, które mnie w tym wszystkim interesują. Jestem ambitny, wiem do czego chcę dążyć ale też wiem, ze przede mną jeszcze daleka droga. Dziś wiem ile szacunku należy się trenerom, którzy coś w tej robocie osiągnęli, którzy trafili do ekstraklasowej piłki. Czapki z głów przed nimi, bo mam coraz większą świadomość tego jak kręta to droga. Teraz, przez epidemię, mam czas na to, by myśleć nad swoją przyszłością. Również w kwestii zdrowia. Piłkarzowi - czy to dorosłemu, czy juniorowi - czasem trzeba coś pokazać, a ja dziś utykam i nie jestem w stanie dawać przykładu prawidłowo. Diagnozy były różne, ostatecznie  w czerwcu czeka mnie operacja.

Jakie wskazówki dasz młodym piłkarzom?
Przyjdź na trening wcześniej, pokaż, że chcesz. Koncentruj się na piłce, dbaj o siebie, słuchaj wskazówek od starszych graczy. Zaangażowanie jest podstawą, piłkę trzeba kochać. Życie piłkarza to jest chwila. Mam przed oczami czas, w którym jako nastolatek wchodziłem do szatni Polonii Warszawa. Był w niej o 10 lat starszy ode mnie Janusz Gałuszka. Śmiałem się, mówiłem: "Janek, jaki ty już jesteś stary". Odpowiadał: "Pamiętaj, w piłce wszystko mija w oka mgnieniu, ani się obejrzysz i sam to poczujesz". Miał rację. Ale grałem długo jak mogłem, bo to po prostu kochałem. Przeżyłem piękne chwile, poznałem wspaniałych ludzi. Bywało różnie, ale chciałem być sobą i dążyć do wytyczonego celu. Popełniałem błędy, czasem nie umiałem się do nich przyznać, ale nigdy się nie poddawałem.

autor: Łukasz Michalski

Przeczytaj również