Tychy - Kupczyk 5-3. Podnieśli się nawet po trzecim ciosie

27.09.2009
W pojedynku z Kupczykiem Kraków GKS trzykrotnie leżał na deskach. Tyszanie potrafili jednak się podnieść i to oni zadali ostateczny cios.
- Jeżeli wychodzi się trzy razy na prowadzenie i trwoni przewagę, to nie da się wygrać - wściekał się Krzysztof Filipczak, piłkarz Kupczyka. Irytacja zawodnika gości była jak najbardziej uzasadniona. Mecz dla przyjezdnych nie mógł się lepiej rozpocząć. Już pierwsza akcja przyniosła im prowadzenie. - A w kolejnych minutach mogliśmy zdobyć jeszcze ze trzy bramki - zauważył popularny "Filip”. - Ale jak się nie wykorzystuje, to musi się zemścić - rozkładał ręce.

Tak też się stało. Myszor ładnym strzałem doprowadził do wyrównania. Odpowiedź była natychmiastowa, ale tyszanie ponownie się podnieśli. Gdy Filipczak, w niecodzienny sposób (głową), wpakował piłkę po raz trzeci do siatki gospodarzy, wydawało się, że jest po meczu. Nic bardziej mylnego. Skutecznie zakończony rajd Myszora oraz sprytnie rozegrany rzut wolny Harazima wyprowadził GKS na prowadzenie. Krakowianie zdecydowali się wycofać bramkarza i szukali swojej szansy w przewadze. Dobił ich jednak Myszor, kompletując tym samym hat-tricka.

To nie był koniec nerwów miejscowych. Trener Morkis cały czas powtarzał: "panowie pamiętajcie Grembach". - W Zgierzu roztrwoniliśmy przewagę i skończyło się podziałem punktów - Piotr Myszor, zawodnik tyszan, tłumaczył o co chodziło szkoleniowcowi. - Dziś było ciężko. Chcieliśmy jednak pokazać się przed naszą publicznością z jak najlepszej strony. Wierzyliśmy, że się uda i dopięliśmy swego - dodał z radością bohater spotkania.
autor: Mariusz Polak

Przeczytaj również