TAK TO WIDZĘ: 30 minut calcio według Podbeskidzia

26.02.2014
Gra Podbeskidzia w konfrontacji z Jagiellonią rozłożona na "czynniki pierwsze", w odniesieniu do słynnego calcio i włoskiej Serie A. O tym w felietonie dziennikarza NC+ Filipa Surmy.
Przed piątkowym meczem Podbeskidzia Bielsko-Biała, w rozmowie z trenerem Leszkiem Ojrzyńskim, dowiedziałem się, że przeciwko Jagiellonii wystawi zespół w zupełnie innym niż dotychczas ustawieniu i postawi na trzech środkowych obrońców: Pietrasiak – Deja – Telichowski. Pomyślałem – odważna i... ryzykowna decyzja, biorąc pod uwagę, że zespół aktualnie jest na przedostatnim miejscu tabeli i walczy o utrzymanie. Zapewne o tym samym mogli pomyśleć kibice Podbeskidzia, kiedy zobaczyli, w jakim ustawieniu zespół wyszedł na murawę. Tonący brzytwy się chwyta?
 
W lidzie włoskiej – a ta z racji zawodu jest mi bliska – wiele zespołów gra właśnie w systemie z trójką środkowych obrońców. Wymienić tu można aktualnego mistrza Włoch – Juventus, ale także Inter, Fiorentinę, Torino, Genoę, Udinese, Livorno, Sassuolo i Bolognę. Zatem wybór trenera Leszka Ojrzyńskiego był trafny. Pytanie, czy ryzyko się opłaciło?

We Włoszech częste roszady w ustawieniu zespołów nikogo nie dziwią, a już na pewno nie martwią. Ciekawym przykładem jest zespół z Florencji, który gra trzema środkowymi obrońcami zazwyczaj tylko w meczach... u siebie. Trener Vincenzo Montella stawia na bardzo ofensywny wariant tego ustawienia z jednym defensywnym (Chilijczyk Pizzarro) i jednym bocznym pomocnikiem (Kolumbijczyk Cuadrado), który praktycznie jest skrzydłowym. Taki model gry ma dać drużynie więcej okazji w meczu przed własną publicznością. Z kolei na wyjazdach Fiorentina prezentuje się w obronie złożonej z czterech obrońców, by mocniej zaakcentować równowagę między ofensywą a defensywą. Pomimo częstych zmian systemów taktycznych (w Fiorentinie w tym sezonie doliczono się ich już pięć!), trener Montella jest ceniony we Włoszech jako szkoleniowiec nowoczesny, który nie przywiązuje się do jednego schematu.

Nie ulega jednak wątpliwości, że zmiana systemu gry z tygodnia na tydzień nie jest rzeczą banalną, zwłaszcza w sytuacji, kiedy dotyczy to zmiany liczby zawodników w najbardziej newralgicznej formacji, czyli w obronie. Osobiście uważam, że na poziomie seniorskim nie powinno stanowić problemu przestawienie się zawodników z jednego systemu w drugi. Rzeczywistość boiskowa nie zawsze jest jednak taka łatwa, a przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. Często zawodnicy nie potrafią odnajdywać się w nowych realiach, przyzwyczajeni do utartego schematu i swoich pozycji z rezerwą podchodzą do zmian. Wówczas trener nie chce mieszać w ustawieniu, w obawie, że obróci się to przeciwko niemu. Często też nie jest to tylko wina zawodników. To na trenerze ciąży obowiązek wyboru sposobu gry zespołu i konsekwentnego egzekwowania przyjętych założeń. To trener jest nauczycielem taktyki i to od jego sposobu przekazu w dużej mierze zależy, w jaki sposób zawodnicy będą wypełniać swoje zadania.

W spotkaniu w Białymstoku Podbeskidzie wytrzymało w tym systemie przez pierwsze 30 minut. Przez większość dwóch kwadransów bielszczanie nie byli w posiadaniu piłki i w efekcie ustawienie przybierało formę 1-5-4-1. Dwóch bocznych pomocników – Marek Sokołowski i Adu Kwame – którzy w momencie przejęcia piłki powinni pełnić funkcję skrzydłowych, a w momencie jej straty – obrońców, wcielali się raczej w te drugie role.

O bocznych pomocnikach w tym ustawieniu mówi się „wahadłowi”. Powinni oni bowiem chodzić (czytaj: biegać) na całej długości boiska, jak wahadło zegara stacjonarnego: lewo – prawo, czyli na boisku przód – tył. W zespole „Górali” to, czego brakowało mi ze strony bocznych pomocników, to właśnie wyjścia do przodu. Nie pomagali im w tym też partnerzy, którzy po przejęciu piłki powinni dłużej się przy niej utrzymać, by dać możliwość swoim „wahadłom” na przesunięcie się do przodu.

Tym samym dla drużyny Podbeskidzia najtrudniejszym było przechodzenie z fazy bronienia do fazy atakowania. Po stracie bramki na 1:1, której przyczyną było złe ustawienie w linii obrony, trener Ojrzyński wycofał się ze swojego pomysłu. „Górale” wrócili do sprawdzonego układu z czwórką obrońców.

Trudno w tym momencie ganić trenera Ojrzyńskiego za złą decyzję przed samym meczem. Wręcz przeciwnie, warto zauważyć odwagę w działaniu, próbę zaskoczenia przeciwnika i chęć wprowadzenia czegoś nowego. Na poziomie seniorskim jedynym recenzentem jest wynik. A ten dla Podbeskidzia okazał się w tym meczu korzystny.


Filip Surma
dziennikarz NC+
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również