"Śląskie z nogą w głowie": Opowiastka o Chmielu lutującym w poprzeczkę
Zawsze w takich sytuacjach przemyka mi przez głowę: za jakiś czas wszyscy będą tego żałować. „Gdyby wtedy trafił mielibyśmy dwa punkty więcej...”. „Gdyby poszła dwa centymetry niżej, utrzymalibyśmy się w lidze”. Czasem nawet dokładnie udaje mi się te momenty zlokalizować już w chwili, kiedy się dzieją.
Parę lat temu Podbeskidzie Bielsko-Biała, jak co wiosnę, walczyło o awans do ekstraklasy. Rozgrywało szalony mecz z – wtedy jeszcze – Górnikiem Łęczna, z którym nigdy mu się nie wiodło. Przegrywało w końcówce 1-2, ale najpierw po podaniu życia Mariusza Sachy do siatki trafił Krzysztof Chrapek – wtedy jeszcze – piłkarz, a później. No, właśnie. Pięć minut przed końcem rzut karny Pawła Żmudzińskiego, który dziś jest trenerem gdzieś w Bolesławcu, obronił rewelacyjnie wtedy grający Jakub Wierzchowski. Podbeskidzie zremisowało 2-2, do awansu brakło dwóch punktów.
Te momenty, w których piłkarz lutuje z pięciu metrów w poprzeczkę, są straszne. Dokładnie wiesz, co się będzie mówić w czerwcu. Oczywiście masz nadzieję, że to nie będzie miało znaczenia. Ale zwykle jednak ma i mówi się „Gdyby, gdyby to nie było na niby”.
Współczuję Damianowi Chmielowi, bo łatwo go teraz mieszać z błotem, a pewnie trudno być w tym momencie Damianem Chmielem. Facet, który jako jeden z nielicznych naprawdę przez cały sezon stara się zatrzymać uciekającą z Bielska ekstraklasę, może zostać zapamiętany jako ten, który nie strzelił bramki w decydującym momencie.
PRZECZYTAJ CAŁY TEKST "PRZYPADEK" NA "ŚLĄSKIM Z NOGĄ W GŁOWIE"