"Śląskie z nogą w głowie": Kluczowy, słowacki brzdąc
„W uznaniu szczególnych zasług zawodnika dla klubu, TS Podbeskidzie S.A. Zgodziło się rozwiązać za porozumieniem stron kontrakt Sebastiana Ziajki”. To był hit numer jeden. Aż dziw, że Borussia Dortmund nie poszła za przykładem Podbeskidzia i nie rozwiązała kontraktu z Mario Goetzem w uznaniu jego zasług, zamiast go sprzedawać za 37 milionów euro. Podbeskidzie do krezusów nie należy i polityka transferowa na pewno sytuacji finansowej nie ułatwia.
Nie jest to zarzut personalny do prezesa Boreckiego. Ani do prezesa Glogazy. Ani do żadnego prezesa z osobna, raczej do wszystkich razem wziętych. Choć w każdym sezonie Podbeskidzie Bielsko-Biała promuje przynajmniej jedną postać, którą ktoś chciałby kupić, ostatni znaczący gotówkowy transfer z Podbeskidzia miał miejsce latem 2009 roku, kiedy Krzysztof Chrapek odchodził za rekordowe pieniądze do Lecha Poznań. Wcześniej sporo bielszczanie zyskali także za Mariusza Sachę sprzedanego do Cracovii. To były lekcje po Dariuszu Kołodzieju, którego Podbeskidzie oddało Górnikowi Zabrze, by rok później go za niemałe pieniądze (wprawdzie sponsora) odkupić.
Teraz lekcja chyba poszła na marne. Za Sylwestra Patejuka Podbeskidzie nie dostało nic, choć coś na pewno mogłoby dostać. Teraz całkiem możliwe, że tak samo stanie się z Robertem Demjanem. Bielszczanie działają jak organizacja charytatywna.
Wielokrotnie wysłuchiwałem argumentów prezesa Boreckiego w tej sprawie i w pewnej mierze je rozumiem. Dobrze, że w styczniu pomyślał o przedłużeniu umowy, bo rok wcześniej – gdy Patejuk narzekał w „Przeglądzie Sportowym”, że nikt z Bielska nie zaproponował mu kontraktu – Jerzy Wolas, pracujący wówczas w klubie zareagował: „A to się gwiazda znalazła! Zagrał dopiero kilka dobrych meczów”. Kilka miesięcy później, gdy Patejuka już nie było, Wolas narzekał na Glogazę, że nie zaczął negocjacji z „Sylwą” wcześniej. Jasne, to należało do kompetencji Glogazy, ale już ja wiem, że pan Wolas początkiem 2012 roku się z nim zgadzał, dopiero potem przestał.
Myślenie o przedłużeniu umowy na pół roku przed jej końcem jest jednak i tak dość spóźnionym terminem. Wiadomo, że inne realia, ale popatrzmy na Borussię Dortmund. Rozmowy z Lewandowskim toczą się już od wielu miesięcy, mimo że jego kontrakt upływa latem 2014 roku. Każdy bowiem doskonale wie, że jeśli Borussia nie sprzeda go tego lata, to na nim zbyt dobrze nie zarobi, bo w następnym okienku już się nie będzie musiał oglądać na obecnego pracodawcę i będzie mógł podpisać umowę z kim tylko zechce. A Podbeskidzie negocjacje z Demjanem rozpoczęło – jak na ten klub – rekordowo szybko, ale i tak już w czasie, gdy Słowak mógł mieć podpisany kontrakt z innym zespołem.
Z Demjanem trzeba było zacząć negocjować latem zeszłego roku. I to nie tylko dlatego, żeby go zachować na przyszły sezon, ale też dlatego, żeby można go było tego lata sprzedać, a nie płakać za tym, że odejdzie za darmo.
W tym klubie notorycznie, niezależnie od prezesa, brakuje strategii na lata. „W oparciu o tego piłkarza budujemy drużynę, ten może odejść, ale jak zostanie, to też fajnie, tego trzeba wyrzucić”. Nie, tu wszystko jest „jak wyjdzie”.
PRZECZYTAJ CAŁY TEKST: KLUCZOWY, SŁOWACKI BRZDĄC NA "ŚLĄSKIM Z NOGĄ W GŁOWIE"
Demjan jest np. zawodnikiem, o którego ja bym oparł ofensywę zespołu na kilka najbliższych sezonów. I to nie dlatego, że mam takie widzi mi się, tylko dlatego, że widzę jak jest. Każda piłka idzie na niego. Adresatem każdego podania do przodu jest Demjan. Odejście Patejuka było przykre, bo był szybki, dobrze bił stałe fragmenty gry, miał ciąg na bramkę i mocny strzał z lewej nogi, ale odejście Demjana będzie oznaczało CAŁKOWITĄ rewolucję w sposobie gry. I to nie dlatego, że akurat strzela dużo goli i notuje dużo asyst, bo rok temu statystyki miał dużo gorsze, a i tak przód opierał się głównie na nim.