Sasal: Mieliśmy z prezesem Boreckim inną wizję zespołu
05.12.2013
Marcin Sasal debiutował na ławce trenerskiej Podbeskidzia w meczu z Zagłębiem Lubin. Podbeskidzie, które było w fatalnej formie i nie potrafiło wygrać żadnego spotkania, nagle zwyciężyło z "Miedziowymi". Podziałała "nowa miotła" i zawodnicy uwierzyli, że współpraca z nowym szkoleniowcem może przynieść dobry efekt.
- Mieliśmy w tym meczu trochę szczęścia, błąd Gliwy i dobry pomysł na rozwiązanie rzutu wolnego Lirana Cohena. Mecz był wyrównany i obie drużyny już wcześniej mogły rozstrzygnąć to spotkanie. To w Lubinie zaciął się pistolet Irkowi Jeleniowi i to tak do końca. Miał kilka dogodnych sytuacji, ale nic nie wykorzystał. Ja byłem szczęśliwy nie tylko z wyniku, ale widziałem, że coś się w tym zespole ruszyło. Podbeskidzie było wtedy w wielki kryzysie. Piłkarze wyglądali fatalnie fizycznie i było widać, że tylko w pierwszej połowie zespół wiosłował, a w 60. minucie nie było już nas na boisku. Trudno było w ciągu miesiąca coś zmienić. Na szczęście z Zagłębiem wygraliśmy, pierwszy mecz, bo brak zwycięstwa przez prawie całą rundę to rekord Europy - mówi Sasal.
42- letni szkoleniowiec od początku mówił, że w przerwie zimowej Podbeskidzie będzie musiało się solidnie wzmocnić. Sasal chciał do Bielska-Białej ściągnąć zawodników z doświadczeniem, jednak prezes Borecki miał inny pomysł na drużynę i postanowił rozstać się z Marcinem Sasalem.
- Pan Borecki wiedział przed świętami, że zostanie prezesem Podbeskidzia. Ja pojechałem do Warszawy na komisję licencjacką, wróciłem i siedziałem całe święta w Bielsku. Można było to wcześniej załatwić skoro nie było nam po drodze. Mieliśmy zupełnie inną wizję zespołu. Ja nie pozwolę sobie, żeby prezes, albo ktokolwiek inny, bez porozumienia z trenerem decydował o transferach. Ja mogę dyskutować dlaczego ten zawodnik, a nie ten. Natomiast nie będę akceptował żadnej listy z nazwiskami, żadnego składu, bo to nie był mój pomysł. Nie będę później za to odpowiadał. My musieliśmy zbudować zespół na europejskie puchary, żeby się utrzymać. A prezes ściągnął Barana, Cetkovica, Gusica, który nie zagrał żadnego meczu. I ja miałem tym Gusicem i zawodnikiem z drugiej ligi z Kluczborka utrzymać ligę? Ja nie wymyślałem zawodników za miliardy euro, bo wiedziałem jaki jest budżet klubu. Wszyscy piłkarze, którzy mieli przyjść byli w zasięgu i myślę, że można było tym zespołem powalczyć, ale to już jest historia i nie ma co do tego wracać - ucina były trener Podbeskidzia.
"Górale" pokazali jednak, że bez zawodników proponowanych przez Sasala, da się utrzymać w ekstraklasie. Zespół doskonale przepracował okres przygotowawczy z trenerem Kubickim, ale to Czesław Michniewicz prowadził Podbeskidzie w najważniejszych momentach.
- W polskiej piłce różne cuda się zdarzały. Wtedy każda bramka decydowała, o tym czy Podbeskidzie zostanie w lidze, czy nie. Ja się tylko dziwię, że w tym sezonie Podbeskidzie znów przespało okienko transferowe. Odszedł Demjan i nie udało się znaleźć bramkostrzelnego napastnika. Próbował Pawela, a to jest zawodnik typowo na "10". Próbował Malinowski, który robi dużo wiatru, ale napastnik musi strzelać gole. Takie jest miejsce w tabeli, jaki jest potencjał ofensywny. Nie da się grać na zero z tyłu, bo wystarczy jeden błąd i jest po zawodach - zaznacza Sasal.
Zarówno Marcin Sasal jak i Leszek Ojrzyński przejmowali Podbeskidzie w momencie kiedy "Górale" byli na samym dnie ligowej tabeli. Ojrzyński pokazał, że potrafi świetnie zmotywować swoich zawodników, zwłaszcza przed własną publicznością. Podbeskidzie pod jego wodzą nie przegrało w Bielsku-Białej i opuściło ostatnie miejsce w tabeli.
- Podbeskidzie to nie jest zespół jakoś rewelacyjnie złożony, brakuje wzmocnień i widać, że po odejściu Demjana nie ma klasycznego napastnika. Ale trener Ojrzyński robi dobrą robotę, bo sztuką jest stworzyć coś w ciężkich warunkach. Ale ja zawsze mówiłem, że to jest zespół z charakterem. Jest tam paru fajnych piłkarzy, którzy ciągną zespół, mają charakter do walki i tutaj się wiele nie zmieniło. Jest Łatka, "Sokół", "Pietras" i Zajac - to oni tworzą człon zespołu - uważa Marcin Sasal.
- Mieliśmy w tym meczu trochę szczęścia, błąd Gliwy i dobry pomysł na rozwiązanie rzutu wolnego Lirana Cohena. Mecz był wyrównany i obie drużyny już wcześniej mogły rozstrzygnąć to spotkanie. To w Lubinie zaciął się pistolet Irkowi Jeleniowi i to tak do końca. Miał kilka dogodnych sytuacji, ale nic nie wykorzystał. Ja byłem szczęśliwy nie tylko z wyniku, ale widziałem, że coś się w tym zespole ruszyło. Podbeskidzie było wtedy w wielki kryzysie. Piłkarze wyglądali fatalnie fizycznie i było widać, że tylko w pierwszej połowie zespół wiosłował, a w 60. minucie nie było już nas na boisku. Trudno było w ciągu miesiąca coś zmienić. Na szczęście z Zagłębiem wygraliśmy, pierwszy mecz, bo brak zwycięstwa przez prawie całą rundę to rekord Europy - mówi Sasal.
42- letni szkoleniowiec od początku mówił, że w przerwie zimowej Podbeskidzie będzie musiało się solidnie wzmocnić. Sasal chciał do Bielska-Białej ściągnąć zawodników z doświadczeniem, jednak prezes Borecki miał inny pomysł na drużynę i postanowił rozstać się z Marcinem Sasalem.
- Pan Borecki wiedział przed świętami, że zostanie prezesem Podbeskidzia. Ja pojechałem do Warszawy na komisję licencjacką, wróciłem i siedziałem całe święta w Bielsku. Można było to wcześniej załatwić skoro nie było nam po drodze. Mieliśmy zupełnie inną wizję zespołu. Ja nie pozwolę sobie, żeby prezes, albo ktokolwiek inny, bez porozumienia z trenerem decydował o transferach. Ja mogę dyskutować dlaczego ten zawodnik, a nie ten. Natomiast nie będę akceptował żadnej listy z nazwiskami, żadnego składu, bo to nie był mój pomysł. Nie będę później za to odpowiadał. My musieliśmy zbudować zespół na europejskie puchary, żeby się utrzymać. A prezes ściągnął Barana, Cetkovica, Gusica, który nie zagrał żadnego meczu. I ja miałem tym Gusicem i zawodnikiem z drugiej ligi z Kluczborka utrzymać ligę? Ja nie wymyślałem zawodników za miliardy euro, bo wiedziałem jaki jest budżet klubu. Wszyscy piłkarze, którzy mieli przyjść byli w zasięgu i myślę, że można było tym zespołem powalczyć, ale to już jest historia i nie ma co do tego wracać - ucina były trener Podbeskidzia.
"Górale" pokazali jednak, że bez zawodników proponowanych przez Sasala, da się utrzymać w ekstraklasie. Zespół doskonale przepracował okres przygotowawczy z trenerem Kubickim, ale to Czesław Michniewicz prowadził Podbeskidzie w najważniejszych momentach.
- W polskiej piłce różne cuda się zdarzały. Wtedy każda bramka decydowała, o tym czy Podbeskidzie zostanie w lidze, czy nie. Ja się tylko dziwię, że w tym sezonie Podbeskidzie znów przespało okienko transferowe. Odszedł Demjan i nie udało się znaleźć bramkostrzelnego napastnika. Próbował Pawela, a to jest zawodnik typowo na "10". Próbował Malinowski, który robi dużo wiatru, ale napastnik musi strzelać gole. Takie jest miejsce w tabeli, jaki jest potencjał ofensywny. Nie da się grać na zero z tyłu, bo wystarczy jeden błąd i jest po zawodach - zaznacza Sasal.
Zarówno Marcin Sasal jak i Leszek Ojrzyński przejmowali Podbeskidzie w momencie kiedy "Górale" byli na samym dnie ligowej tabeli. Ojrzyński pokazał, że potrafi świetnie zmotywować swoich zawodników, zwłaszcza przed własną publicznością. Podbeskidzie pod jego wodzą nie przegrało w Bielsku-Białej i opuściło ostatnie miejsce w tabeli.
- Podbeskidzie to nie jest zespół jakoś rewelacyjnie złożony, brakuje wzmocnień i widać, że po odejściu Demjana nie ma klasycznego napastnika. Ale trener Ojrzyński robi dobrą robotę, bo sztuką jest stworzyć coś w ciężkich warunkach. Ale ja zawsze mówiłem, że to jest zespół z charakterem. Jest tam paru fajnych piłkarzy, którzy ciągną zespół, mają charakter do walki i tutaj się wiele nie zmieniło. Jest Łatka, "Sokół", "Pietras" i Zajac - to oni tworzą człon zespołu - uważa Marcin Sasal.
Polecane
Ekstraklasa