Remis, jak porażka

05.10.2009
Ktoś, kto oglądał jedynie pierwszą część meczu pomiędzy Rekordem Bielsko-Biała i GKS-em Jachym Tychy pewnie przeciera oczy ze zdumienia widząc końcowy rezultat niedzielnych zawodów.
Goście prowadzili bowiem już 4-0 i nic nie zapowiadało, żeby na Podbeskidziu miała stać się im jakakolwiek "krzywda". Dlatego ostateczny podział punktów (mecz zakończył się wynikiem 5-5 - przyp. red.) można traktować jako stratę dwóch "oczek" przez tyszan, aniżeli zysk ze zdobycia jednego. - Do tej pory nie dochodzi do mnie to, co stało się w Bielsku. Zbyt szybko chyba uwierzyliśmy w zwycięstwo - kręci z niedowierzaniem głową Rafał Krzyśka, bramkarz GKS-u.

- Zaważyło zbyt duże rozluźnienie w naszych szeregach. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że prowadzimy jeszcze 5-4 na kilka sekund przed końcem i tracimy gola tuż przed ostatnią syreną? - zastanawia się Krzyśka. - Uważam, że strzelając pięć bramek na wyjeździe, powinno się zgarniać komplet punktów  - dodaje golkiper tyszan.

A Rekord? Dzięki ambitnej grze do końca awansował na fotel lidera ekstraklasy. Wszystko na skutek pauzy Hurtapu Łęczyca. Mistrz Polski w miniony weekend na parkietach rodzimej ligi nie występował z powodu walki w europejskich pucharach.
autor: Krzysztof Dębowski

Przeczytaj również