Rekord - GKS 5-3. Kluczowa wygrana bielszczan. Ale tyszanie walczyli...
05.01.2013
W drugiej kolejce rozgrywek, Rekord Bielsko-Biała wychłostał GKS w Tychach 12-3. Wtedy ciężko było przypuszczać, że przed rewanżowym spotkaniem oba zespoły będą... niemal sąsiadami w tabeli. Przed pierwszą tegoroczną kolejką tyszanie tracili do bielszczan tylko cztery punkty, więc potyczka nabrała jeszcze większego znaczenia, zwłaszcza, że obie drużyny walczą o awans do play-offów.
Goście przystąpili do meczu wzmocnieni - wracającym do GKS-u - Michałem Słoniną, kapitanem reprezentacji Polski. Na niewiele się to jednak początkowo zdało, bowiem Rekord już od pierwszych minut sprawił, że trudne dla tyszan spotkanie, stało się jeszcze trudniejsze. Bielszczanie, którzy zwykle wolno się rozkręcają, w ciągu 11 minut zdobyli... cztery gole. Strzelanie rozpoczął Piotr Szymura, który najpierw wślizgiem odebrał piłkę rywalowi, a potem samotnie popędził na bramkę i trafił od słupka. Chwilę później na 2-0 podwyższył niezawodny Paweł Machura, po dobrym wykonaniu wrzutu z autu Jana Janovsky'ego.
Trener Grzegorz Morkis poprosił o czas, ale jego zawodnicy ewidentnie do Cygańskiego Lasu "nie dojechali". Nie potrafili podać do najbliższego rywala, popełniali proste błędy, sfrustrowani zaczęli faulować. Bielszczanie to wykorzystywali i nogami Szymury oraz Machury zapewnili sobie cztery gole przewagi. To było dla nich idealne 20 minut. Tyszanie tymczasem musieli się poważnie obawiać powtórki z kompromitującej porażki z Rekordem jesienią.
W przerwie jednak GKS się otrząsnął. To przecież nie jest słaba drużyna i tak fatalna gra nie jest dla niej codziennością. Dlatego goście szybko zaczęli odrabiać straty. Tuż po przerwie do siatki trafił Piotr Myszor, a następnie z bliska piłkę do bramki wbił Rafał Harazim. Walka o trzy punkty rozgorzała więc na nowo. Zwłaszcza, że bielszczanie grali już dużo słabiej i grunt zaczął się im palić pod nogami. Bramka, do której w drugiej połowie wszedł Krystian Brzenk, była co rusz ostrzeliwana.
Dawno nie było w hali Rekordu aż takich emocji i takiej walki, jak w ostatnich 10 minutach meczu. Tyszanie gnietli, bielszczanie kontrowali, ale nikt nie potrafił zmienić wyniku. Na sześć minut przed końcem z przedłużonego rzutu karnego spudłował Adam Wolak. Jak to zwykle w takich sytuacjach była - jeśli cudowne sytuacje nie kończą się bramkami, trzeba spróbować... "szmaty". Kamil Włodarek, zawodnik GKS-u Tychy, na niespełna pięć minut przed końcem strzelił fatalnie, piłka turlała się i kwiczała, ale... nikt jej nie zauważył i nieniepokojona przez nikogo wtoczyła się do bramki. GKS-odrobił już trzy czwarte straty. Chciał się rzucić do przodu, ale... 30 sekund później nadział się na kontrę. Bielszczanie wreszcie zagrali skutecznie i piękną podcinką do siatki trafił świetnie grający Czech Jan Janovsky.
Trener Morkis wycofał bramkarza i spróbował jeszcze odwrócić losy meczu. To się nie udało. Tyszan można chwalić za walkę do końca, ale to bielszczanie mogą być w pełni zadowoleni. Mają już siedem punktów nad miejscem zagrożonym grą o utrzymanie. Po niemrawej pierwszej części sezonu dobre i to.
Goście przystąpili do meczu wzmocnieni - wracającym do GKS-u - Michałem Słoniną, kapitanem reprezentacji Polski. Na niewiele się to jednak początkowo zdało, bowiem Rekord już od pierwszych minut sprawił, że trudne dla tyszan spotkanie, stało się jeszcze trudniejsze. Bielszczanie, którzy zwykle wolno się rozkręcają, w ciągu 11 minut zdobyli... cztery gole. Strzelanie rozpoczął Piotr Szymura, który najpierw wślizgiem odebrał piłkę rywalowi, a potem samotnie popędził na bramkę i trafił od słupka. Chwilę później na 2-0 podwyższył niezawodny Paweł Machura, po dobrym wykonaniu wrzutu z autu Jana Janovsky'ego.
Trener Grzegorz Morkis poprosił o czas, ale jego zawodnicy ewidentnie do Cygańskiego Lasu "nie dojechali". Nie potrafili podać do najbliższego rywala, popełniali proste błędy, sfrustrowani zaczęli faulować. Bielszczanie to wykorzystywali i nogami Szymury oraz Machury zapewnili sobie cztery gole przewagi. To było dla nich idealne 20 minut. Tyszanie tymczasem musieli się poważnie obawiać powtórki z kompromitującej porażki z Rekordem jesienią.
W przerwie jednak GKS się otrząsnął. To przecież nie jest słaba drużyna i tak fatalna gra nie jest dla niej codziennością. Dlatego goście szybko zaczęli odrabiać straty. Tuż po przerwie do siatki trafił Piotr Myszor, a następnie z bliska piłkę do bramki wbił Rafał Harazim. Walka o trzy punkty rozgorzała więc na nowo. Zwłaszcza, że bielszczanie grali już dużo słabiej i grunt zaczął się im palić pod nogami. Bramka, do której w drugiej połowie wszedł Krystian Brzenk, była co rusz ostrzeliwana.
Dawno nie było w hali Rekordu aż takich emocji i takiej walki, jak w ostatnich 10 minutach meczu. Tyszanie gnietli, bielszczanie kontrowali, ale nikt nie potrafił zmienić wyniku. Na sześć minut przed końcem z przedłużonego rzutu karnego spudłował Adam Wolak. Jak to zwykle w takich sytuacjach była - jeśli cudowne sytuacje nie kończą się bramkami, trzeba spróbować... "szmaty". Kamil Włodarek, zawodnik GKS-u Tychy, na niespełna pięć minut przed końcem strzelił fatalnie, piłka turlała się i kwiczała, ale... nikt jej nie zauważył i nieniepokojona przez nikogo wtoczyła się do bramki. GKS-odrobił już trzy czwarte straty. Chciał się rzucić do przodu, ale... 30 sekund później nadział się na kontrę. Bielszczanie wreszcie zagrali skutecznie i piękną podcinką do siatki trafił świetnie grający Czech Jan Janovsky.
Trener Morkis wycofał bramkarza i spróbował jeszcze odwrócić losy meczu. To się nie udało. Tyszan można chwalić za walkę do końca, ale to bielszczanie mogą być w pełni zadowoleni. Mają już siedem punktów nad miejscem zagrożonym grą o utrzymanie. Po niemrawej pierwszej części sezonu dobre i to.
Polecane
Futsal
Przeczytaj również
05.08.2022
05.08.2022
Bez gola, bez błysku, bez punktów