Radosław Gilewicz: Podbeskidziu będzie dużo trudniej niż jesienią
19.04.2012
Kolejkę, jeśli chodzi o śląskie drużyny, rozpocznie wyjazdowy mecz Ruchu Chorzów z Polonią Warszawa. Jak ocenia pan szanse "Niebieskich" w starciu z bezpośrednim rywalem w walce o europejskie puchary?
Radosław Gilewicz: - Patrząc na drużynę Ruchu, nie można nie zauważyć, że ten zespół gra praktycznie co trzy dni. Może poza tym tygodniem, kiedy zawodnicy z Chorzowa mają troszeczkę oddechu, cały czas mają ciężkie dni. Trener ma tutaj twardy orzech do zgryzienia, żeby skupić się na tym najważniejszym...
Czyli na finale Pucharu Polski?
- Tak, wtorkowe spotkanie najprawdopodobniej będzie najważniejsze. Wiadomo, że każde spotkanie jest również bardzo istotne, ale jednak finał krajowego pucharu to coś szczególnego. Teoretycznie Ruch ma jeszcze szanse na mistrzostwo Polski, jednak kluczowa będzie przede wszystkim jak najlepsza dyspozycja na wtorkowy finał.
Trener Waldemar Fornalik zapowiedział, że w jutrzejszym starciu dokona kilku zmian. To wynik zmęczenia zawodników czy tego, że również ocenia finał jako spotkanie ważniejsze?
- Myślę, że jedno z drugim się wiąże. Niektórzy zawodnicy grają zdecydowanie więcej niż inni i być może potrzebują dłuższej regeneracji. W perspektywie jest ta ważna wtorkowa potyczka. A z drugiej strony, nie po to się dąży do posiadania ponad 20-osobowej kadry, żeby praktycznie cały czas grała ta sama czternastka zawodników. Wydaje mi się, że w tak długim i wyczerpującym sezonie, kiedy gra się co trzy dni, warto dać jednemu czy drugiemu piłkarzowi odpocząć. A na ich miejsce może wskoczyć ktoś, kto czeka na szansę. Widzimy, że Paweł Lisowski już ją wykorzystał, więc pora na następnych.
A jak pan ocenia Polonię Warszawa, w której notabene kończył pan karierę?
- Oceniam ją tak, jak... oceniałem ją cztery lata temu, gdy przyjechałem do tej drużyny. To wielka niewiadoma. Co spotkanie to jest wielki znak zapytania. Ten zespół gra bardzo, bardzo nierówno, co sezon. Nigdy nie wiadomo, czego można się po nich spodziewać. Co roku ta drużyna jest budowana i co roku ma takie same problemy. Chodzi o brak stabilizacji w składzie, presję prezesa, z którą nie wszyscy sobie radzą. To specyficzny klub, bo przecież wiadomo, że jeśli chodzi o umiejętności piłkarzy, jest to bardzo mocna drużyna. Ale co roku brakuje mi kolektywu. Za każdym razem na murawie jest jedenastu indywidualistów, którzy nie tworzą drużyny. Jest to bardzo widoczne. Te wahania formy są niezwykle duże, przez co dwa spotkania potrafią przekonująco wygrać, by trzecie i czwarte bezdyskusyjnie przegrać.

Norbert Barczyk/Pressfocus
W sobotę na boisko w Białymstoku wybiegnie Górnik Zabrze. Zawodnicy Adama Nawałki podtrzymają dobrą passę?
- Wydaje mi się, że nie stoją na straconej pozycji. Podejrzewam, że są w stanie wywieźć stamtąd nawet trzy punkty. Nie będzie o to łatwo, bo Jagiellonia ostatnio przegrała z GKS-em Bełchatów, więc będzie chciała troszkę się odbić. To spotkanie będzie miało spory smaczek - trenerem białostoczan jest były zawodnik zabrzan, który na pewno będzie chciał wygrać ze swoim dawnym zespołem. Myślę jednak, że Górnik - w dyspozycji, w jakiej się znajduje - nie ma się w ogóle czego bać. W trzech ostatnich spotkaniach nie stracił bramki, jeżeli poprawi jeszcze skuteczność, to wynik będzie dobry.
Jak po tych kilku miesiącach ocenia pan pracę, jaką Tomasz Hajto wykonał w Białymstoku, debiutując w roli trenera?
- Szczerze mówiąc, jest nieźle. Oczywiście, próbuje ustabilizować formę swojej drużyny, bo jednak po zwycięstwach zdarzają się takie niespodziewane porażki, jak choćby to spotkanie w Bełchatowie, gdzie nikt się nie spodziewał, że tak łatwo przegrają. Tomek jest na początku kariery trenerskiej, więc też się uczy. Każda decyzja to dla niego pewien eksperyment, bo brakuje mu doświadczenia. To, co się zdobyło na boisku, nie zawsze da się przełożyć na pracę szkoleniowca. To jest zupełnie coś innego. Trzeba dawać szanse młodym trenerom i wydaje mi się, że warto mu dać popracować z tą drużyną trochę dłużej. Nie chcę wchodzić w kompetencje właścicieli "Jagi", ale myślę, że dłuższa praca Hajty w Białymstoku ma sens, gdyż ta drużyna próbuje grać w piłkę.
Na koniec ekstraklasowej soboty, Podbeskidzie Bielsko-Biała podejmie Wisłę Kraków, na którą chyba akurat ma patent.
- Patent to mocne słowo. Można go mieć, jeżeli ostatnie cztery, czy pięć spotkań z danym rywalem się wygrało. Mecz wtedy zawsze dobrze się wykłada i ciężko czasem wytłumaczyć, skąd się to bierze. Z doświadczenia pamiętam takie drużyny, z którymi się grało fajnie i łatwo, a statystyki pokazywały, że zwycięstwa zawsze były. Podbeskidzie jesienią wygrało na wyjeździe, co nie jest łatwe na terenie mistrza Polski. Na pewno gracze "Górali" mają to w podświadomości, że można walczyć z nimi jak równy z równym.
Ale nie można zapominać o wyeliminowaniu Wisły w zeszłorocznym Pucharze Polski...
- To prawda, jak najbardziej, lecz będę się upierał, że o patencie będzie można mówić po kilku sezonach udowadniania swojej wyższości. Określiłbym to inaczej - Podbeskidziu dobrze się gra przeciwko Wiśle. Nie jest faworytem, może pokazać na co je stać. Aczkolwiek uważam, że to będzie inne spotkanie niż jesienne. Bielszczanom będzie się grało zdecydowanie trudniej, bo po ostatnim zwycięstwie Wisły trener będzie chciał potwierdzić dobrą dyspozycję swojej drużyny i kolejne spotkanie wygrać.
Obie drużyny są teraz sąsiadami w tabeli, co jest sytuacją niezwykłą, ale nawet ta rozbita Wisła ma chyba większy potencjał niż Podbeskidzie?
- Oczywiście, trzeba to powiedzieć. Wisła to drużyna z większym budżetem i lepszym potencjałem piłkarskim, a te atuty też nie są bez znaczenia. To jednak nie znaczy, że Podbeskidzie stoi na straconej pozycji. Nie zawsze faworyt wygrywa spotkanie. Wisła ratuje ten sezon, chce wygrać ostatnie mecze i po cichu liczy na europejskie puchary, więc nie może sobie pozwolić na stratę kolejnych punktów. Ale w tym widzę też szansę dla drużyny Roberta Kasperczyka, bo może ona zagrać bez jakiejkolwiek presji i kalkulacji, a wtedy jest zdecydowanie łatwiej. Jakbym miał typować, powiedziałbym, że szanse wynoszą 50 na 50...
Rozmawiał Michał Trela.
Radosław Gilewicz: - Patrząc na drużynę Ruchu, nie można nie zauważyć, że ten zespół gra praktycznie co trzy dni. Może poza tym tygodniem, kiedy zawodnicy z Chorzowa mają troszeczkę oddechu, cały czas mają ciężkie dni. Trener ma tutaj twardy orzech do zgryzienia, żeby skupić się na tym najważniejszym...
Czyli na finale Pucharu Polski?
- Tak, wtorkowe spotkanie najprawdopodobniej będzie najważniejsze. Wiadomo, że każde spotkanie jest również bardzo istotne, ale jednak finał krajowego pucharu to coś szczególnego. Teoretycznie Ruch ma jeszcze szanse na mistrzostwo Polski, jednak kluczowa będzie przede wszystkim jak najlepsza dyspozycja na wtorkowy finał.
Trener Waldemar Fornalik zapowiedział, że w jutrzejszym starciu dokona kilku zmian. To wynik zmęczenia zawodników czy tego, że również ocenia finał jako spotkanie ważniejsze?
- Myślę, że jedno z drugim się wiąże. Niektórzy zawodnicy grają zdecydowanie więcej niż inni i być może potrzebują dłuższej regeneracji. W perspektywie jest ta ważna wtorkowa potyczka. A z drugiej strony, nie po to się dąży do posiadania ponad 20-osobowej kadry, żeby praktycznie cały czas grała ta sama czternastka zawodników. Wydaje mi się, że w tak długim i wyczerpującym sezonie, kiedy gra się co trzy dni, warto dać jednemu czy drugiemu piłkarzowi odpocząć. A na ich miejsce może wskoczyć ktoś, kto czeka na szansę. Widzimy, że Paweł Lisowski już ją wykorzystał, więc pora na następnych.
A jak pan ocenia Polonię Warszawa, w której notabene kończył pan karierę?
- Oceniam ją tak, jak... oceniałem ją cztery lata temu, gdy przyjechałem do tej drużyny. To wielka niewiadoma. Co spotkanie to jest wielki znak zapytania. Ten zespół gra bardzo, bardzo nierówno, co sezon. Nigdy nie wiadomo, czego można się po nich spodziewać. Co roku ta drużyna jest budowana i co roku ma takie same problemy. Chodzi o brak stabilizacji w składzie, presję prezesa, z którą nie wszyscy sobie radzą. To specyficzny klub, bo przecież wiadomo, że jeśli chodzi o umiejętności piłkarzy, jest to bardzo mocna drużyna. Ale co roku brakuje mi kolektywu. Za każdym razem na murawie jest jedenastu indywidualistów, którzy nie tworzą drużyny. Jest to bardzo widoczne. Te wahania formy są niezwykle duże, przez co dwa spotkania potrafią przekonująco wygrać, by trzecie i czwarte bezdyskusyjnie przegrać.

Norbert Barczyk/Pressfocus
W sobotę na boisko w Białymstoku wybiegnie Górnik Zabrze. Zawodnicy Adama Nawałki podtrzymają dobrą passę?
- Wydaje mi się, że nie stoją na straconej pozycji. Podejrzewam, że są w stanie wywieźć stamtąd nawet trzy punkty. Nie będzie o to łatwo, bo Jagiellonia ostatnio przegrała z GKS-em Bełchatów, więc będzie chciała troszkę się odbić. To spotkanie będzie miało spory smaczek - trenerem białostoczan jest były zawodnik zabrzan, który na pewno będzie chciał wygrać ze swoim dawnym zespołem. Myślę jednak, że Górnik - w dyspozycji, w jakiej się znajduje - nie ma się w ogóle czego bać. W trzech ostatnich spotkaniach nie stracił bramki, jeżeli poprawi jeszcze skuteczność, to wynik będzie dobry.
Jak po tych kilku miesiącach ocenia pan pracę, jaką Tomasz Hajto wykonał w Białymstoku, debiutując w roli trenera?
- Szczerze mówiąc, jest nieźle. Oczywiście, próbuje ustabilizować formę swojej drużyny, bo jednak po zwycięstwach zdarzają się takie niespodziewane porażki, jak choćby to spotkanie w Bełchatowie, gdzie nikt się nie spodziewał, że tak łatwo przegrają. Tomek jest na początku kariery trenerskiej, więc też się uczy. Każda decyzja to dla niego pewien eksperyment, bo brakuje mu doświadczenia. To, co się zdobyło na boisku, nie zawsze da się przełożyć na pracę szkoleniowca. To jest zupełnie coś innego. Trzeba dawać szanse młodym trenerom i wydaje mi się, że warto mu dać popracować z tą drużyną trochę dłużej. Nie chcę wchodzić w kompetencje właścicieli "Jagi", ale myślę, że dłuższa praca Hajty w Białymstoku ma sens, gdyż ta drużyna próbuje grać w piłkę.
Na koniec ekstraklasowej soboty, Podbeskidzie Bielsko-Biała podejmie Wisłę Kraków, na którą chyba akurat ma patent.
- Patent to mocne słowo. Można go mieć, jeżeli ostatnie cztery, czy pięć spotkań z danym rywalem się wygrało. Mecz wtedy zawsze dobrze się wykłada i ciężko czasem wytłumaczyć, skąd się to bierze. Z doświadczenia pamiętam takie drużyny, z którymi się grało fajnie i łatwo, a statystyki pokazywały, że zwycięstwa zawsze były. Podbeskidzie jesienią wygrało na wyjeździe, co nie jest łatwe na terenie mistrza Polski. Na pewno gracze "Górali" mają to w podświadomości, że można walczyć z nimi jak równy z równym.
Ale nie można zapominać o wyeliminowaniu Wisły w zeszłorocznym Pucharze Polski...
- To prawda, jak najbardziej, lecz będę się upierał, że o patencie będzie można mówić po kilku sezonach udowadniania swojej wyższości. Określiłbym to inaczej - Podbeskidziu dobrze się gra przeciwko Wiśle. Nie jest faworytem, może pokazać na co je stać. Aczkolwiek uważam, że to będzie inne spotkanie niż jesienne. Bielszczanom będzie się grało zdecydowanie trudniej, bo po ostatnim zwycięstwie Wisły trener będzie chciał potwierdzić dobrą dyspozycję swojej drużyny i kolejne spotkanie wygrać.
Obie drużyny są teraz sąsiadami w tabeli, co jest sytuacją niezwykłą, ale nawet ta rozbita Wisła ma chyba większy potencjał niż Podbeskidzie?
- Oczywiście, trzeba to powiedzieć. Wisła to drużyna z większym budżetem i lepszym potencjałem piłkarskim, a te atuty też nie są bez znaczenia. To jednak nie znaczy, że Podbeskidzie stoi na straconej pozycji. Nie zawsze faworyt wygrywa spotkanie. Wisła ratuje ten sezon, chce wygrać ostatnie mecze i po cichu liczy na europejskie puchary, więc nie może sobie pozwolić na stratę kolejnych punktów. Ale w tym widzę też szansę dla drużyny Roberta Kasperczyka, bo może ona zagrać bez jakiejkolwiek presji i kalkulacji, a wtedy jest zdecydowanie łatwiej. Jakbym miał typować, powiedziałbym, że szanse wynoszą 50 na 50...
Rozmawiał Michał Trela.
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
07.08.2022
07.08.2022
Główka Paluszka metodą na wicemistrzów