Przy nich nie pograli sobie Ljuboja i Biton. Stoperzy "Górali" lubią wyzwania!

30.10.2011
W starciach z potęgami naszej ligi, obrona Podbeskidzia Bielsko-Biała wygląda nadzwyczaj solidnie. Bohaterami wczorajszego meczu z Wisłą Kraków byli stoperzy Juraj Danczik i Bartłomiej Konieczny.
Tym razem na pierwszy plan wybił się Słowak, który nie dość, że świetnie radził sobie w obronie, to jeszcze zdobył zwycięską bramkę. Koniecznemu też jednak wiele zarzucić nie można. On prawdziwy pokaz umiejętności miał jednak na Łazienkowskiej przeciwko Legii Warszawa, gdy wyłączył z gry Danijela Ljuboję. - Im lepsi piłkarze, tym człowiek jest bardziej zadowolony z tego, w jakim miejscu się znajduje. Gra przeciwko zawodnikom, którzy występują w Lidze Europy, to dodatkowa motywacja. Każdego przeciwnika trzeba szanować. To my powinniśmy do nich podchodzić z respektem. Inni mogą nas lekceważyć i jeśli będą to robić, będzie się to kończyło tak jak na Wiśle - mówi skromnie Konieczny.

Przeczytaj tekst: Zrobić z Juraja Jurka i do kadry go!

Podobnie swe zasługi stara się ukrywać Danczik. - Bardzo ciężko było wyłączyć z gry Davida Bitona. Analiza przed meczem była prosta - ten facet w każdym spotkaniu strzela bramki, nie tylko w lidze. Teraz nie strzelił, ale nie tylko ja go kryłem. Jestem bardzo zadowolony, że zagraliśmy na zero z tyłu. Chcemy wygrywać każdy mecz. W Pucharze Polski przeciwko Wiśle mieliśmy tylko taką małą przygodę i cieszę się, że teraz to powtórzyliśmy - mówi Słowak.

Dla 29-letniego środkowego obrońcy sobotni mecz był wyjątkowy, bo udało się strzelić pierwszą bramkę w ekstraklasie. - W starciu ze Śląskiem Wrocław miałem sytuację do zdobycia gola. Wtedy się nie udało, lecz wyciągnąłem wnioski i teraz już wpadło - kwituje Danczik.



Bartłomiej Konieczny nie chce się jednak zgodzić z tezą, że on i jego koledzy z defensywy mają patent na czołowych snajperów ligi. - Niby Ljuboja sobie nie pograł, a Biton nie strzelił bramki, ale mi się przypomina pucharowy mecz ze Śląskiem Wrocław, gdy gola zdobył Johan Voskamp. Ja po prostu cieszę się, że w Krakowie zagraliśmy na zero z tyłu. Boli, że mamy tak dużo straconych bramek, tyle, że lepiej stracić sześć w jednym meczu, niż w sześciu kolejnych po jednej - zauważa stoper bielszczan.

Konieczny potrafi jednak obiektywnie spojrzeć na krakowskie spotkanie. - Oszukiwałbym się, gdybym powiedział, że kontrolowaliśmy grę. Chcieliśmy tego, ale to się nie udało. Najważniejsze są jednak trzy punkty. Myślę, że zadecydowały o nich determinacja, pewność siebie i chęć zwycięstwa. Może się wydawać, że w następnym meczu z Wisłą... to my będziemy faworytem, jednak proszę mi wierzyć, każdy mecz z nią jest inny, ale łączy je to, że wszystkie są bardzo trudne - kończy Bartłomiej Konieczny.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również