Prezes Podbeskidzia: Temat fuzji upadł i chyba nigdy nie wróci (wywiad)
16.07.2013
Panie prezesie, proszę na początek powiedzieć czy już zdołaliście się wzmocnić tak, jak planowaliście przed rozpoczęciem okienka transferowego?
Wojciech Borecki, prezes Podbeskidzia Bielsko-Biała: - 21 zawodników już jest potwierdzonych do gry, ale w perspektywie mamy rundę, która ma być zdecydowanie inna niż poprzednie - trzeba będzie jesienią rozegrać aż 21 meczów. To jest poważne wyzwanie i wiele niewiadomych. Tak naprawdę nikt nie wie, ponieważ nie ma takiego doświadczenia, ilu zawodników powinno być w kadrze. Jednego jesteśmy pewni - powinno być więcej zawodników, ale nie wiemy dokładnie o ile. Ja dalej podtrzymuję, że reorganizacja rozgrywek była nie do końca przemyślana. Kluby nie są do niej przygotowane. Jest to spory problem finansowy dla klubów takich jak nasz. Wymaga zakontraktowania większej ilości zawodników. Jesteśmy w trakcie budowy stadionu, więc do dnia meczu, na którym takie kluby jak Legia czy Lech zarabiają, my dokładamy. To dla nas kolejny wydatek. Trzeba też rozegrać więcej meczów wyjazdowych. Taka reforma to poważne wyzwanie pod wieloma względami. Dopiero po roku będziemy mogli się optymalnie przygotować pod taki sposób grania. Jeśli oczywiście ten system zostanie utrzymany.
Prowadzi pan obecnie negocjacje z Szymankiem, Żegleniem i Urbanem. Nie licząc Żeglenia, mówimy o zawodnikach dość jednak wiekowych.
- W tym roku i tak mamy wyjątkową kadrę, bo jest sporo młodzieżowców z realnymi szansami na grę w pierwszej jedenastce. Musi być przecież mieszanka rutyny z młodością. W tym kierunku idziemy. Sprawy skomplikowały nam kontuzje Zajaca i Chmiela, więc szukamy nowych rozwiązań. Jesteśmy przygotowani na rozszerzenie kadry, a przecież trzeba pamiętać, że ruszają też III-ligowe rezerwy. To też będzie szansa dla zawodników. Trener będzie mógł ich dostrzec i z tygodnia na tydzień będą mogli wskoczyć do pierwszego zespołu.
Wobec powstania rezerw i zwiększonych kosztów utrzymania pierwszej drużyny, jesteście zmuszeni mocno ograniczyć wydatki na poszczególnych zawodników?
- Kiedy przychodziłem do Podbeskidzia, zastałem wiele zbyt wysokich kontraktów. Rozwiązałem bodaj umowy z 12 zawodnikami i jakiegoś uszczerbku na jakości wykonywanej pracy nie było. Czasami nadmierna ilość graczy powodowała, że ktoś się nie łapał do kadry meczowej, lądował na trybunach, co prowokowało niezadowolenie i kolejne problemy w szatni. Wydaje mi się, że wtedy stworzyliśmy zawężoną grupę ludzi, którzy wiedzieli o co grają i efekt na wiosnę był bardzo widoczny. Tym tropem chciałbym dalej podążać. Latem, jeśli chodzi o zawodników, którym kończyły się kontrakty, podniosłem pensje tylko dwóm! W pozostałych przypadkach gracze zgodzili się na obniżenie kontraktów, urealniając to pod kątem czy grają czy też nie. Tym sposobem, po moich wiosennych ruchach, zaoszczędziliśmy prawie 200 tysięcy miesięcznie. W tej chwili też nie chciałbym przekraczać barier, które będą obowiązywały w Podbeskidziu. Nie jesteśmy klubem, który płaci kokosy, ale chciałbym, żebyśmy byli klubem, który płaci rzetelnie.
A w tej chwili tak jest?
- Wypłatę czerwcową zawodnicy dostali z wyprzedzeniem.Lipcową dostali na czas. Pensje wpływają więc na czas, a chyba nie ma zbyt wiele takich klubów w Polsce.
Jak przy tym wszystkim wygląda sytuacja ze sponsorami? Przy awansie do ekstraklasy było czterech głównych, teraz zostało dwóch, a i Murapolowi chyba kończy się umowa...
- Umowa z Murapolem się nie kończy. Jesteśmy z nim związani jeszcze przez rok. To, że chwilowo płatności nie wpływają na konto klubu w sposób regularny, jest inną sprawą. Sytuacja na rynku jest gorsza niż była i jeśli nawet mamy umowy i ktoś nam zalega z płatnościami, to ja uprzejmie i po cichutku o tym przypominam, ale liczę na to, że firmy, które nam zalegają, w najbliższym czasie zrealizują swoje zobowiązania. To są wszystko przejściowe problemy. Umowa obowiązuje Murapol jeszcze przez rok i sądzę, że panowie z tej firmy mają tego świadomość.
Macie też nowego sponsora technicznego. Dlaczego zamieniliście Adidasa na nieznaną Masitę?
- Jest to nowa firma. Szykuję się do oficjalnej prezentacji tej firmy i kuźni, która została naszym sponsorem. Spotkamy się w hotelu Vienna, gdzie nastąpi oficjalne podpisanie tych umów. Masita to sponsor techniczny z prawdziwego zdarzenia. Jeśli wcześniej mówiło się o sponsorze technicznym, a ja potem znajduję w klubie faktury przekraczające 200 tysięcy złotych na zakup sprzętu, to się trochę dziwiłem jaki to sponsor? Dziś mamy zagwarantowane trzy lata takie, że do sprzętu nie dołożę ani złotówki. Jest to firma holenderska, która wchodzi na nasz rynek. Z tego co mi wiadomo, w ich strojach będzie grał również Zawisza Bydgoszcz.
Czy jako klub miejski nie powinniście byli rozpisać przetargu na dostawcę sprzętu?
- Ja mam wszelkie dokumenty, żeby pokazać, że rozmawialiśmy jeszcze z czterema innymi firmami produkującymi sprzęt sportowy. Wybraliśmy najlepszą ofertę. Żadna nie była pod względem finansowym lepsza od oferty Masity. Każda inna zawierała opcję, że musimy zakupić jakiś sprzęt, żeby dostać 40 czy 70% rabatu. Ale zawsze go trzeba kupić. Natomiast w przypadku Masity dostaniemy sprzęt za 130 tysięcy netto w pierwszym roku. W drugim i trzecim roku też mamy takie dostawy, że... nie wiem czy będziemy w stanie je wykorzystać. Ja więc zrobiłem taki "przetarg". Nie wiem czy zebranie ofert, w przypadku kiedy klub nie wykłada ani złotówki ma jakiś sens, ale ja jestem nawet na to przygotowany. Pod względem jakościowym sprzęt był testowany przez zawodników. Sam fakt, że na tę firmę zdecydował się też Zawisza utwierdza mnie w przekonaniu, że to dobre rozwiązanie. A pod względem finansowym - świetne!
Oderwijmy się trochę od codziennych spraw. Temat fuzji z BKS-em, który pan w czerwcu wywołał, dalej istnieje?
- Moje intencje były jak najlepsze. Ale jeśli historia i naleciałości są aż takie, to nie będę próbował kijem zawracać Wisły. Nie ma sensu tego ruszać, jeśli obie strony nie są do tego przekonane. Temat więc chyba bezpowrotnie upadł, skoro ta próba wywołała tyle kontrowersji. Ktoś wcześniej ten temat fuzji zaczynał. Ja - słysząc o tym, co się dzieje w mieście - przypomniałem sobie, że - jeszcze w czasach gdy byłem trenerem - taki temat się pojawiał, więc dla dobra sprawy chciałem to przeforsować. Ale były to tylko moje pobożne życzenia. Jeśli jest to nierealne, to trzeba temat odesłać ad acta. Myślę, że nikt już nigdy do niego nie powróci. Musimy się zorganizować na nowo. Piłka nożna jest dla kibiców, ale nie dla chuligańskich wybryków. My - jako kluby - musimy promować kibicowskie, właściwe zachowania. Jak obserwuje publiczność na meczach BKS-u, to jestem miło zaskoczony jak fajnie to wygląda. Niech więc tak pozostanie, tylko nie łączmy tego z chuligaństwem. Dostałem wskazówkę, żeby nie liczyć na co innego, tylko skupić się na poprawie dopingu we własnym gronie. Niedawno zawiązało się stowarzyszenie kibicowskie "Druga strona", z którego przedstawicielami miałem okazję się spotkać tydzień temu. Mają jak najlepsze intencje i ja mogę każdej takiej inicjatywie tylko i wyłącznie przyklasnąć. Niech to jednak będzie kibicowanie w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie chuligaństwo, bo na tym wszyscy tracą. Podsumowując temat fuzji - nic na siłę. Nikt nie będzie chciał już raczej do tego wrócić.
Można się było tego spodziewać, więc nie obawia się pan, że najbardziej na sprawie fuzji stracił właśnie pan?
- Nigdy nikt wszystkich nie usatysfakcjonował. Być może moje plany były zbyt wielkie. Ja mam czyste sumienie, bo moje intencje były jak najlepsze. To się skończyło na etapie dyskusji i rozmów. Różne kontrowersyjne decyzje już zresztą podejmowałem. Pamiętam co się działo, kiedy zatrudniałem Górkiewicza czy pozbywałem się kogoś. Jedni byli za, drudzy byli przeciw. Przed takimi wyborami stoję. Chciałem porządku i unormowania sytuacji, ale nie udało się.
Chciałbym powrócić do sprawy pożegnania Demjana. Na stronie nie było żadnej wzmianki, klub go oficjalnie nie pożegnał. Gdy o tym napisaliśmy, zorganizowali się kibice, którzy urządzili mu pożegnanie w Karczmie Rogatej i klub dopiero wtedy zareagował. Dlaczego?
- Mnie tu nie było, kiedy Demjan przyjechał i chciał się pożegnać. Ja ze swojej strony pokazałem ludzkie podejście. Z menedżerami Demjana rozstałem się w bardzo niesympatycznych okolicznościach, ale mimo to na drugi dzień pojechałem do Dankowic, spotkałem się z Demjanem i - wbrew temu co ustaliłem z menedżerami - dałem mu zgodę, żeby nie wypełniał do końca kontraktu z Podbeskidziem i spokojnie przygotował się do wyjazdu do Belgii. Podziękowałem mu już wtedy za wkład, bo byłem święcie przekonany, że podpisze kontrakt z Beveren. Nie miałem nadziei, że Demjan pojedzie i nic z tego nie wyjdzie.
On jednak, już będąc w Belgii, chciał wrócić do Podbeskidzia. Menedżerowie kontaktowali się z panem i dzwonili też do ludzi, którzy niegdyś w klubie pracowali, by wpłynęli na pana...
- Nieprawda. Dementuję to. Podobno kontrakt był już przygotowany. Absolutnie nikt do mnie nie telefonował. Zresztą rozstaliśmy się z menedżerami w naprawdę złych stosunkach. Zapowiedziałem, że z żadnym z tych panów już nigdy nie będę prowadził rozmów menedżerskich i zaznaczyłem, że wydam im bardzo negatywną opinię jeśli chodzi o prezesów innych klubów ekstraklasowych. Nikt się nie próbował ze mną kontaktować. Wrócę do pana poprzedniego pytania - przed zawodnikami zapowiedziałem mu, że dostanie wszystkie pieniądze za czerwiec. Mam czyste sumienie. Wymieniliśmy też między sobą ciepłe uwagi. On składał deklaracje, że jeszcze nic pewnego, ale wiedziałem, że Demjana już z nami nie będzie. Zachowaliśmy się tak, jak sytuacja tego wymagała.
Zabronił pan jednak żegnać Demjana na stronie oficjalnej.
- Pierwsze słyszę.
Nawet rzecznik prasowy nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego nie pożegnano zawodnika jak każdego innego, ale nie chodziło o zwykłe przeoczenie. Pożegnanie pojawiło się na stronie już po tym jak Demjan został pożegnany przez kibiców i po naszej interwencji.
- Ale w którym momencie to było? Już po powrocie Demjana z Belgii?
Tak.
- Nie, nie, absolutnie. Mnie tu w ogóle nie było w tym czasie. Wziąłem parę dni urlopu i to był powód... Ja osobiście czuję, że zachowałem się w porządku. Mimo że panowie menedżerowie naprawdę mnie zirytowali. Mieli wielkie oczekiwania finansowe, a ja zadałem pytanie: co oni zrobili, żeby Demjan grał w Podbeskidziu? Oni nie zrobili nic! Robili wszystko, żeby Robert grał wszędzie, ale nie w Podbeskidziu. Ten pomysł z Belgią nawet nie był ich, tylko zaprzyjaźnionego menedżera. Oni rozsyłali oferty do wszystkich klubów ekstraklasy z propozycją pozyskania Demjana. Ba, nawet wymuszali: "Jak tyle nie dajecie, to powiedzcie chociaż ile mu możecie dać". Wie pan, to było żenujące. Wiem, ile komu mogę zaoferować. Demjan był przez nas szczególnie wyróżniony. To była oferta przekraczająca wszystkie standardy, ale czułem, że wszyscy pozostali zawodnicy ją zaaprobują, bo wszyscy wiedzieli, że to postać nietuzinkowa i zrobił dla nas bardzo wiele. Czasami ktoś usłyszy, że inny więcej zarabia i rodzą się kontrowersje. W przypadku Roberta, czułem, że mam za sobą wszystkich zawodników.
Do pożegnania więc doszło, a czy było ono bardziej publiczne czy nie... Jak Demjan wrócił z Belgii, to nikogo nie uprzedził, że jeszcze tu przyjedzie. Gdybym był na miejscu, to na pewno zachowalibyśmy się inaczej. Jak zawodnicy wyjechali na zgrupowanie i przedłużyliśmy kontrakty z piłkarzami, to wyjechałem po prostu na kilka dni na urlop.
Zimą zastał pan jednak w klubie gotowy kontrakt dla Demjana i wstrzymał pan jego podpisanie.
- Bzdura. Pierwsza moja rozmowa w styczniu, to była próba przedłużenia umowy z Demjanem. Kolejne opowieści...
Tak twierdzi sam Robert.
- Słucham?
Od Roberta wiem, że dla niego i dla Zajaca były przygotowane umowy przez prezesa Marka Glogazę.
- Ja dementuję. Ani dla Ryśka ani dla Demjana nie było żadnych umów. Pierwsze rozmowy podjąłem z Demjanem, później z Pawelą. Jeśli Fabian mówi, że rozmawiał, ale nie padły żadne konkrety, to mówi prawdę. Owszem, to nie były żadne konkrety. To była próba nawiązania dyskusji o pozostaniu w Podbeskidziu. Od Demjana usłyszałem, że poczekamy czy zostaniemy w ekstraklasie. Tak też działali jego menedżerowie. Mamy chyba pełną świadomość, że gdyby Podbeskidzie spadło, to cudów nie ma - oni by chcieli grać w ekstraklasie. Zresztą, nie mogłem im zaproponować podwyżki, bo jakbyśmy spadli, to byśmy mieli mniej a nie więcej pieniędzy. Mogłem zaproponować tylko tyle samo. Ale nie byli zainteresowani. A w momencie, gdy tu przychodziłem, jakie ja miałem argumenty? Mieliśmy sześć punktów. Mówić, żeby podpisali na półtora roku mogłem Telichowskiemu czy innym zawodnikom, bo wiedziałem, że jeszcze mamy rok szansy na powrót do elity. Pawela też czekał do samego końca z podpisaniem umowy. Nie mam jakiegoś kaca moralnego. O, zresztą widzi pan. Teraz jest podobnie.
W przypadku kogo?
- Damianowi Chmielowi kontrakt wygasa za rok. Proszę spytać - już dwukrotnie rozmawiałem z Damianem, raz z jego menedżerem. Dostał ode mnie konkretną ofertę przedłużenia na półtora roku, ale ja na chwilę obecną nie wiem nic. Chciałem wykorzystać ten czas, który pozostał do pierwszego meczu, żeby przyspieszyć temat, ale rozmawiałem z nimi miesiąc temu i dalej odpowiedzi nie mam. Będę nalegał, żeby to sfinalizować. Do ostatniej chwili też się zastanawialiśmy na temat Dei - płacić czy nie płacić. Dziś się cieszę, że podjęliśmy taką decyzję, bo Kluczbork już szukał mu klubu, licząc na to, że my do dwudziestego nie damy pisemnego potwierdzenia, że jesteśmy zainteresowani jego pozyskaniem. Wysłaliśmy dwudziestego i powiedziałem: "Chwila. Proszę sprawdzić maila w tym dniu, mamy potwierdzenie, mail przeszedł i informacja poszła".
Jestem po prostu po długiej rozmowie z Demjanem i odnoszę wrażenie, że on z Bielska najzwyczajniej w świecie nie chciał odchodzić. Do Belgii też nie.
- Ja mam ogromne przekonanie, że Robert chciał zostać. Rozmawiałem z nim na stadionie i rozmowa wyglądała tak:
"- Robert, co jeszcze mogę zrobić, żebyś ty został w Bielsku.
- To i to.
Namyśliłem się chwilę i mówię: - Dobra, masz to.
- OK, więc ja zostaję w Bielsku.
- Robert, zastanów się na spokojnie, niech opadną emocje. Pogadaj z żoną, a ja o 20 jeszcze do ciebie zadzwonię."
Dzwonię punkt 20:00. Robert mówi: "Tak, jestem zdecydowany. Zostaję w Bielsku". I nagle po 22 dostaje telefon od jednego z menedżerów i słyszę, że Robert nie zostaje, Robert jedzie do Belgii. Na drugi dzień jadę na stadion, biorę Roberta na stronę i pytam co jest, a on mi mówi, że jednak jedzie do Belgii. Wszyscy doskonale wiemy, że on był przekonany, żeby zostać, ale tak nim obracano i manipulowano, że się zdecydował na co innego. Bardzo chciał, ale wybrał inaczej. Ja nikogo nie przymuszę.
Tego lata miał pan jeszcze spięcie z menedżerami Adriana Basty. Czesław Michniewicz skomentował to: menedżerowie - Podbeskidzie 2-0.
- Nie ukrywam, że tak. Dalej jestem zbulwersowany poczynaniami niektórych menedżerów. Z Bastą byłem już dogadany i namawiałem go, żeby przyjechał tu sam, bo bez przekonania mówił o umocowaniu prawnym między nim a menedżerami. Skoro tak, to powiedziałem mu, żeby przyjechał sam i się dogadamy, a ja z menedżerami ewentualnie się jakoś dogadam. Ustaliliśmy wszystko. A potem przyjechali menedżerowie i zaczął się problem. Wymyślili, że podpisze kontrakt za dwa lata, a oni wezmą z góry opłatę menedżerską za ten okres. Jednorazowo!
A po roku zgłosiliby chęć transferu i skasowaliby kolejną opłatę.
- Dokładnie. Takich rozwiązań nie ma. Albo ktoś ma słabe doświadczenie menedżerskie, albo słabą wiedzę, ale nigdy się tak nie robi. Jak ktoś podpisuje na dwa lata, to opłata menedżerska też jest rozłożona na dwa lata. Z Bastą rozmawialiśmy pięć minut, a z menedżerami kilka godzin. Nie mogłem przystać na ich propozycje. To są zbyt duże kwoty wypłacane w dziwnych przypadkach. Zapewniali mnie, że najważniejsze dla nich jest dobro zawodnika, a okazało się, że nie. Trener Michniewicz widział Bastę w pierwszej jedenastce, miałby szansę grać w ekstraklasie, a w końcu - pewnie za większą prowizją menedżerską - wylądował w I lidze. Nie zawsze sprawy zawodnicze są na pierwszym miejscu. To samo było zresztą z Demjanem. Wykrzyczeli mi jego menedżerowie, że gdybym im zapłacił, to on by został. Za jaką robotę? Ja mimo to zaproponowałem im kwotę i to taką, przy której miałbym wielkiego kaca moralnego, ale akurat w przypadku Demjana jakoś to przełknąłem. Ale to i tak było mało.
Chciałbym jeszcze spytać o inne aspekty działania w klubu. Czy istnieje w Podbeskidziu dział marketingu?
- Tak jest. Magda Hankus jest jego kierownikiem. Od tego tygodnia mamy nowego pracownika - pana Marka Adamczyka. Wspólnie z Magdą będzie się zajmował sprawami marketingu i kontaktów ze sponsorami. Każdy będzie miał swoje kompetencje, bo jest w tej działce dużo do zrobienia. To potrzeba chwili.
A skąd się wzięła zmiana rzecznika prasowego?
- Pan Horowski zrezygnował na własną prośbę, bo to była dla niego dodatkowa praca. Pracował w "Kronice Beskidzkiej" i zajmował sobie wszystkie weekendy, będąc w Podbeskidziu. Nie radził sobie z pogodzeniem tego. Miał cały tydzień bez wyjątku zajęty i rodzina mu się zbuntowała. Innych powodów nie ma. W tej chwili jest...
Marcin Zarębski.
- Tak. Ma wszelkie kompetencje. Przez trzy miesiące będziemy obserwować jak pracuje jako rzecznik.
Pan jest zadowolony z tego jak działa klubowa strona internetowa?
- W każdym temacie jest coś do poprawienia. Strona też ma swoje wady i będziemy nad tym pracować. Jesteśmy na takim etapie, że są rzeczy ważne, ale są też ważniejsze. W klubie, moim zdaniem, potrzeba zdecydowanie więcej osób. W tej chwili jest sieć technicznych uzależnień, problemy natury logistycznej, siadają nam sieci, czasami słyszę, że ktoś stanie na tarasie z komputerem i jest w stanie bez żadnych zabezpieczeń odczytać poufne maile. Pewne rzeczy musimy poprawić, ale nie możemy przyspieszyć biegu wydarzeń.
Rozmawiał Michał Trela.
Wojciech Borecki, prezes Podbeskidzia Bielsko-Biała: - 21 zawodników już jest potwierdzonych do gry, ale w perspektywie mamy rundę, która ma być zdecydowanie inna niż poprzednie - trzeba będzie jesienią rozegrać aż 21 meczów. To jest poważne wyzwanie i wiele niewiadomych. Tak naprawdę nikt nie wie, ponieważ nie ma takiego doświadczenia, ilu zawodników powinno być w kadrze. Jednego jesteśmy pewni - powinno być więcej zawodników, ale nie wiemy dokładnie o ile. Ja dalej podtrzymuję, że reorganizacja rozgrywek była nie do końca przemyślana. Kluby nie są do niej przygotowane. Jest to spory problem finansowy dla klubów takich jak nasz. Wymaga zakontraktowania większej ilości zawodników. Jesteśmy w trakcie budowy stadionu, więc do dnia meczu, na którym takie kluby jak Legia czy Lech zarabiają, my dokładamy. To dla nas kolejny wydatek. Trzeba też rozegrać więcej meczów wyjazdowych. Taka reforma to poważne wyzwanie pod wieloma względami. Dopiero po roku będziemy mogli się optymalnie przygotować pod taki sposób grania. Jeśli oczywiście ten system zostanie utrzymany.
Prowadzi pan obecnie negocjacje z Szymankiem, Żegleniem i Urbanem. Nie licząc Żeglenia, mówimy o zawodnikach dość jednak wiekowych.
- W tym roku i tak mamy wyjątkową kadrę, bo jest sporo młodzieżowców z realnymi szansami na grę w pierwszej jedenastce. Musi być przecież mieszanka rutyny z młodością. W tym kierunku idziemy. Sprawy skomplikowały nam kontuzje Zajaca i Chmiela, więc szukamy nowych rozwiązań. Jesteśmy przygotowani na rozszerzenie kadry, a przecież trzeba pamiętać, że ruszają też III-ligowe rezerwy. To też będzie szansa dla zawodników. Trener będzie mógł ich dostrzec i z tygodnia na tydzień będą mogli wskoczyć do pierwszego zespołu.
Wobec powstania rezerw i zwiększonych kosztów utrzymania pierwszej drużyny, jesteście zmuszeni mocno ograniczyć wydatki na poszczególnych zawodników?
- Kiedy przychodziłem do Podbeskidzia, zastałem wiele zbyt wysokich kontraktów. Rozwiązałem bodaj umowy z 12 zawodnikami i jakiegoś uszczerbku na jakości wykonywanej pracy nie było. Czasami nadmierna ilość graczy powodowała, że ktoś się nie łapał do kadry meczowej, lądował na trybunach, co prowokowało niezadowolenie i kolejne problemy w szatni. Wydaje mi się, że wtedy stworzyliśmy zawężoną grupę ludzi, którzy wiedzieli o co grają i efekt na wiosnę był bardzo widoczny. Tym tropem chciałbym dalej podążać. Latem, jeśli chodzi o zawodników, którym kończyły się kontrakty, podniosłem pensje tylko dwóm! W pozostałych przypadkach gracze zgodzili się na obniżenie kontraktów, urealniając to pod kątem czy grają czy też nie. Tym sposobem, po moich wiosennych ruchach, zaoszczędziliśmy prawie 200 tysięcy miesięcznie. W tej chwili też nie chciałbym przekraczać barier, które będą obowiązywały w Podbeskidziu. Nie jesteśmy klubem, który płaci kokosy, ale chciałbym, żebyśmy byli klubem, który płaci rzetelnie.
A w tej chwili tak jest?
- Wypłatę czerwcową zawodnicy dostali z wyprzedzeniem.Lipcową dostali na czas. Pensje wpływają więc na czas, a chyba nie ma zbyt wiele takich klubów w Polsce.
Jak przy tym wszystkim wygląda sytuacja ze sponsorami? Przy awansie do ekstraklasy było czterech głównych, teraz zostało dwóch, a i Murapolowi chyba kończy się umowa...
- Umowa z Murapolem się nie kończy. Jesteśmy z nim związani jeszcze przez rok. To, że chwilowo płatności nie wpływają na konto klubu w sposób regularny, jest inną sprawą. Sytuacja na rynku jest gorsza niż była i jeśli nawet mamy umowy i ktoś nam zalega z płatnościami, to ja uprzejmie i po cichutku o tym przypominam, ale liczę na to, że firmy, które nam zalegają, w najbliższym czasie zrealizują swoje zobowiązania. To są wszystko przejściowe problemy. Umowa obowiązuje Murapol jeszcze przez rok i sądzę, że panowie z tej firmy mają tego świadomość.
Macie też nowego sponsora technicznego. Dlaczego zamieniliście Adidasa na nieznaną Masitę?
- Jest to nowa firma. Szykuję się do oficjalnej prezentacji tej firmy i kuźni, która została naszym sponsorem. Spotkamy się w hotelu Vienna, gdzie nastąpi oficjalne podpisanie tych umów. Masita to sponsor techniczny z prawdziwego zdarzenia. Jeśli wcześniej mówiło się o sponsorze technicznym, a ja potem znajduję w klubie faktury przekraczające 200 tysięcy złotych na zakup sprzętu, to się trochę dziwiłem jaki to sponsor? Dziś mamy zagwarantowane trzy lata takie, że do sprzętu nie dołożę ani złotówki. Jest to firma holenderska, która wchodzi na nasz rynek. Z tego co mi wiadomo, w ich strojach będzie grał również Zawisza Bydgoszcz.
Czy jako klub miejski nie powinniście byli rozpisać przetargu na dostawcę sprzętu?
- Ja mam wszelkie dokumenty, żeby pokazać, że rozmawialiśmy jeszcze z czterema innymi firmami produkującymi sprzęt sportowy. Wybraliśmy najlepszą ofertę. Żadna nie była pod względem finansowym lepsza od oferty Masity. Każda inna zawierała opcję, że musimy zakupić jakiś sprzęt, żeby dostać 40 czy 70% rabatu. Ale zawsze go trzeba kupić. Natomiast w przypadku Masity dostaniemy sprzęt za 130 tysięcy netto w pierwszym roku. W drugim i trzecim roku też mamy takie dostawy, że... nie wiem czy będziemy w stanie je wykorzystać. Ja więc zrobiłem taki "przetarg". Nie wiem czy zebranie ofert, w przypadku kiedy klub nie wykłada ani złotówki ma jakiś sens, ale ja jestem nawet na to przygotowany. Pod względem jakościowym sprzęt był testowany przez zawodników. Sam fakt, że na tę firmę zdecydował się też Zawisza utwierdza mnie w przekonaniu, że to dobre rozwiązanie. A pod względem finansowym - świetne!
Oderwijmy się trochę od codziennych spraw. Temat fuzji z BKS-em, który pan w czerwcu wywołał, dalej istnieje?
- Moje intencje były jak najlepsze. Ale jeśli historia i naleciałości są aż takie, to nie będę próbował kijem zawracać Wisły. Nie ma sensu tego ruszać, jeśli obie strony nie są do tego przekonane. Temat więc chyba bezpowrotnie upadł, skoro ta próba wywołała tyle kontrowersji. Ktoś wcześniej ten temat fuzji zaczynał. Ja - słysząc o tym, co się dzieje w mieście - przypomniałem sobie, że - jeszcze w czasach gdy byłem trenerem - taki temat się pojawiał, więc dla dobra sprawy chciałem to przeforsować. Ale były to tylko moje pobożne życzenia. Jeśli jest to nierealne, to trzeba temat odesłać ad acta. Myślę, że nikt już nigdy do niego nie powróci. Musimy się zorganizować na nowo. Piłka nożna jest dla kibiców, ale nie dla chuligańskich wybryków. My - jako kluby - musimy promować kibicowskie, właściwe zachowania. Jak obserwuje publiczność na meczach BKS-u, to jestem miło zaskoczony jak fajnie to wygląda. Niech więc tak pozostanie, tylko nie łączmy tego z chuligaństwem. Dostałem wskazówkę, żeby nie liczyć na co innego, tylko skupić się na poprawie dopingu we własnym gronie. Niedawno zawiązało się stowarzyszenie kibicowskie "Druga strona", z którego przedstawicielami miałem okazję się spotkać tydzień temu. Mają jak najlepsze intencje i ja mogę każdej takiej inicjatywie tylko i wyłącznie przyklasnąć. Niech to jednak będzie kibicowanie w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie chuligaństwo, bo na tym wszyscy tracą. Podsumowując temat fuzji - nic na siłę. Nikt nie będzie chciał już raczej do tego wrócić.
Można się było tego spodziewać, więc nie obawia się pan, że najbardziej na sprawie fuzji stracił właśnie pan?
- Nigdy nikt wszystkich nie usatysfakcjonował. Być może moje plany były zbyt wielkie. Ja mam czyste sumienie, bo moje intencje były jak najlepsze. To się skończyło na etapie dyskusji i rozmów. Różne kontrowersyjne decyzje już zresztą podejmowałem. Pamiętam co się działo, kiedy zatrudniałem Górkiewicza czy pozbywałem się kogoś. Jedni byli za, drudzy byli przeciw. Przed takimi wyborami stoję. Chciałem porządku i unormowania sytuacji, ale nie udało się.
Chciałbym powrócić do sprawy pożegnania Demjana. Na stronie nie było żadnej wzmianki, klub go oficjalnie nie pożegnał. Gdy o tym napisaliśmy, zorganizowali się kibice, którzy urządzili mu pożegnanie w Karczmie Rogatej i klub dopiero wtedy zareagował. Dlaczego?- Mnie tu nie było, kiedy Demjan przyjechał i chciał się pożegnać. Ja ze swojej strony pokazałem ludzkie podejście. Z menedżerami Demjana rozstałem się w bardzo niesympatycznych okolicznościach, ale mimo to na drugi dzień pojechałem do Dankowic, spotkałem się z Demjanem i - wbrew temu co ustaliłem z menedżerami - dałem mu zgodę, żeby nie wypełniał do końca kontraktu z Podbeskidziem i spokojnie przygotował się do wyjazdu do Belgii. Podziękowałem mu już wtedy za wkład, bo byłem święcie przekonany, że podpisze kontrakt z Beveren. Nie miałem nadziei, że Demjan pojedzie i nic z tego nie wyjdzie.
On jednak, już będąc w Belgii, chciał wrócić do Podbeskidzia. Menedżerowie kontaktowali się z panem i dzwonili też do ludzi, którzy niegdyś w klubie pracowali, by wpłynęli na pana...
- Nieprawda. Dementuję to. Podobno kontrakt był już przygotowany. Absolutnie nikt do mnie nie telefonował. Zresztą rozstaliśmy się z menedżerami w naprawdę złych stosunkach. Zapowiedziałem, że z żadnym z tych panów już nigdy nie będę prowadził rozmów menedżerskich i zaznaczyłem, że wydam im bardzo negatywną opinię jeśli chodzi o prezesów innych klubów ekstraklasowych. Nikt się nie próbował ze mną kontaktować. Wrócę do pana poprzedniego pytania - przed zawodnikami zapowiedziałem mu, że dostanie wszystkie pieniądze za czerwiec. Mam czyste sumienie. Wymieniliśmy też między sobą ciepłe uwagi. On składał deklaracje, że jeszcze nic pewnego, ale wiedziałem, że Demjana już z nami nie będzie. Zachowaliśmy się tak, jak sytuacja tego wymagała.
Zabronił pan jednak żegnać Demjana na stronie oficjalnej.
- Pierwsze słyszę.
Nawet rzecznik prasowy nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego nie pożegnano zawodnika jak każdego innego, ale nie chodziło o zwykłe przeoczenie. Pożegnanie pojawiło się na stronie już po tym jak Demjan został pożegnany przez kibiców i po naszej interwencji.
- Ale w którym momencie to było? Już po powrocie Demjana z Belgii?
Tak.
- Nie, nie, absolutnie. Mnie tu w ogóle nie było w tym czasie. Wziąłem parę dni urlopu i to był powód... Ja osobiście czuję, że zachowałem się w porządku. Mimo że panowie menedżerowie naprawdę mnie zirytowali. Mieli wielkie oczekiwania finansowe, a ja zadałem pytanie: co oni zrobili, żeby Demjan grał w Podbeskidziu? Oni nie zrobili nic! Robili wszystko, żeby Robert grał wszędzie, ale nie w Podbeskidziu. Ten pomysł z Belgią nawet nie był ich, tylko zaprzyjaźnionego menedżera. Oni rozsyłali oferty do wszystkich klubów ekstraklasy z propozycją pozyskania Demjana. Ba, nawet wymuszali: "Jak tyle nie dajecie, to powiedzcie chociaż ile mu możecie dać". Wie pan, to było żenujące. Wiem, ile komu mogę zaoferować. Demjan był przez nas szczególnie wyróżniony. To była oferta przekraczająca wszystkie standardy, ale czułem, że wszyscy pozostali zawodnicy ją zaaprobują, bo wszyscy wiedzieli, że to postać nietuzinkowa i zrobił dla nas bardzo wiele. Czasami ktoś usłyszy, że inny więcej zarabia i rodzą się kontrowersje. W przypadku Roberta, czułem, że mam za sobą wszystkich zawodników.
Do pożegnania więc doszło, a czy było ono bardziej publiczne czy nie... Jak Demjan wrócił z Belgii, to nikogo nie uprzedził, że jeszcze tu przyjedzie. Gdybym był na miejscu, to na pewno zachowalibyśmy się inaczej. Jak zawodnicy wyjechali na zgrupowanie i przedłużyliśmy kontrakty z piłkarzami, to wyjechałem po prostu na kilka dni na urlop.
Zimą zastał pan jednak w klubie gotowy kontrakt dla Demjana i wstrzymał pan jego podpisanie.
- Bzdura. Pierwsza moja rozmowa w styczniu, to była próba przedłużenia umowy z Demjanem. Kolejne opowieści...
Tak twierdzi sam Robert.
- Słucham?
Od Roberta wiem, że dla niego i dla Zajaca były przygotowane umowy przez prezesa Marka Glogazę.
- Ja dementuję. Ani dla Ryśka ani dla Demjana nie było żadnych umów. Pierwsze rozmowy podjąłem z Demjanem, później z Pawelą. Jeśli Fabian mówi, że rozmawiał, ale nie padły żadne konkrety, to mówi prawdę. Owszem, to nie były żadne konkrety. To była próba nawiązania dyskusji o pozostaniu w Podbeskidziu. Od Demjana usłyszałem, że poczekamy czy zostaniemy w ekstraklasie. Tak też działali jego menedżerowie. Mamy chyba pełną świadomość, że gdyby Podbeskidzie spadło, to cudów nie ma - oni by chcieli grać w ekstraklasie. Zresztą, nie mogłem im zaproponować podwyżki, bo jakbyśmy spadli, to byśmy mieli mniej a nie więcej pieniędzy. Mogłem zaproponować tylko tyle samo. Ale nie byli zainteresowani. A w momencie, gdy tu przychodziłem, jakie ja miałem argumenty? Mieliśmy sześć punktów. Mówić, żeby podpisali na półtora roku mogłem Telichowskiemu czy innym zawodnikom, bo wiedziałem, że jeszcze mamy rok szansy na powrót do elity. Pawela też czekał do samego końca z podpisaniem umowy. Nie mam jakiegoś kaca moralnego. O, zresztą widzi pan. Teraz jest podobnie.
W przypadku kogo?
- Damianowi Chmielowi kontrakt wygasa za rok. Proszę spytać - już dwukrotnie rozmawiałem z Damianem, raz z jego menedżerem. Dostał ode mnie konkretną ofertę przedłużenia na półtora roku, ale ja na chwilę obecną nie wiem nic. Chciałem wykorzystać ten czas, który pozostał do pierwszego meczu, żeby przyspieszyć temat, ale rozmawiałem z nimi miesiąc temu i dalej odpowiedzi nie mam. Będę nalegał, żeby to sfinalizować. Do ostatniej chwili też się zastanawialiśmy na temat Dei - płacić czy nie płacić. Dziś się cieszę, że podjęliśmy taką decyzję, bo Kluczbork już szukał mu klubu, licząc na to, że my do dwudziestego nie damy pisemnego potwierdzenia, że jesteśmy zainteresowani jego pozyskaniem. Wysłaliśmy dwudziestego i powiedziałem: "Chwila. Proszę sprawdzić maila w tym dniu, mamy potwierdzenie, mail przeszedł i informacja poszła".
Jestem po prostu po długiej rozmowie z Demjanem i odnoszę wrażenie, że on z Bielska najzwyczajniej w świecie nie chciał odchodzić. Do Belgii też nie.
- Ja mam ogromne przekonanie, że Robert chciał zostać. Rozmawiałem z nim na stadionie i rozmowa wyglądała tak:
"- Robert, co jeszcze mogę zrobić, żebyś ty został w Bielsku.
- To i to.
Namyśliłem się chwilę i mówię: - Dobra, masz to.
- OK, więc ja zostaję w Bielsku.
- Robert, zastanów się na spokojnie, niech opadną emocje. Pogadaj z żoną, a ja o 20 jeszcze do ciebie zadzwonię."
Dzwonię punkt 20:00. Robert mówi: "Tak, jestem zdecydowany. Zostaję w Bielsku". I nagle po 22 dostaje telefon od jednego z menedżerów i słyszę, że Robert nie zostaje, Robert jedzie do Belgii. Na drugi dzień jadę na stadion, biorę Roberta na stronę i pytam co jest, a on mi mówi, że jednak jedzie do Belgii. Wszyscy doskonale wiemy, że on był przekonany, żeby zostać, ale tak nim obracano i manipulowano, że się zdecydował na co innego. Bardzo chciał, ale wybrał inaczej. Ja nikogo nie przymuszę.
Tego lata miał pan jeszcze spięcie z menedżerami Adriana Basty. Czesław Michniewicz skomentował to: menedżerowie - Podbeskidzie 2-0.
- Nie ukrywam, że tak. Dalej jestem zbulwersowany poczynaniami niektórych menedżerów. Z Bastą byłem już dogadany i namawiałem go, żeby przyjechał tu sam, bo bez przekonania mówił o umocowaniu prawnym między nim a menedżerami. Skoro tak, to powiedziałem mu, żeby przyjechał sam i się dogadamy, a ja z menedżerami ewentualnie się jakoś dogadam. Ustaliliśmy wszystko. A potem przyjechali menedżerowie i zaczął się problem. Wymyślili, że podpisze kontrakt za dwa lata, a oni wezmą z góry opłatę menedżerską za ten okres. Jednorazowo!
A po roku zgłosiliby chęć transferu i skasowaliby kolejną opłatę.
- Dokładnie. Takich rozwiązań nie ma. Albo ktoś ma słabe doświadczenie menedżerskie, albo słabą wiedzę, ale nigdy się tak nie robi. Jak ktoś podpisuje na dwa lata, to opłata menedżerska też jest rozłożona na dwa lata. Z Bastą rozmawialiśmy pięć minut, a z menedżerami kilka godzin. Nie mogłem przystać na ich propozycje. To są zbyt duże kwoty wypłacane w dziwnych przypadkach. Zapewniali mnie, że najważniejsze dla nich jest dobro zawodnika, a okazało się, że nie. Trener Michniewicz widział Bastę w pierwszej jedenastce, miałby szansę grać w ekstraklasie, a w końcu - pewnie za większą prowizją menedżerską - wylądował w I lidze. Nie zawsze sprawy zawodnicze są na pierwszym miejscu. To samo było zresztą z Demjanem. Wykrzyczeli mi jego menedżerowie, że gdybym im zapłacił, to on by został. Za jaką robotę? Ja mimo to zaproponowałem im kwotę i to taką, przy której miałbym wielkiego kaca moralnego, ale akurat w przypadku Demjana jakoś to przełknąłem. Ale to i tak było mało.
Chciałbym jeszcze spytać o inne aspekty działania w klubu. Czy istnieje w Podbeskidziu dział marketingu?
- Tak jest. Magda Hankus jest jego kierownikiem. Od tego tygodnia mamy nowego pracownika - pana Marka Adamczyka. Wspólnie z Magdą będzie się zajmował sprawami marketingu i kontaktów ze sponsorami. Każdy będzie miał swoje kompetencje, bo jest w tej działce dużo do zrobienia. To potrzeba chwili.
A skąd się wzięła zmiana rzecznika prasowego?
- Pan Horowski zrezygnował na własną prośbę, bo to była dla niego dodatkowa praca. Pracował w "Kronice Beskidzkiej" i zajmował sobie wszystkie weekendy, będąc w Podbeskidziu. Nie radził sobie z pogodzeniem tego. Miał cały tydzień bez wyjątku zajęty i rodzina mu się zbuntowała. Innych powodów nie ma. W tej chwili jest...
Marcin Zarębski.
- Tak. Ma wszelkie kompetencje. Przez trzy miesiące będziemy obserwować jak pracuje jako rzecznik.
Pan jest zadowolony z tego jak działa klubowa strona internetowa?
- W każdym temacie jest coś do poprawienia. Strona też ma swoje wady i będziemy nad tym pracować. Jesteśmy na takim etapie, że są rzeczy ważne, ale są też ważniejsze. W klubie, moim zdaniem, potrzeba zdecydowanie więcej osób. W tej chwili jest sieć technicznych uzależnień, problemy natury logistycznej, siadają nam sieci, czasami słyszę, że ktoś stanie na tarasie z komputerem i jest w stanie bez żadnych zabezpieczeń odczytać poufne maile. Pewne rzeczy musimy poprawić, ale nie możemy przyspieszyć biegu wydarzeń.
Rozmawiał Michał Trela.
Polecane
Ekstraklasa