"Potencjał jest? To trzeba go, kur..a, wreszcie wydobyć!"
Jak oceni pan swój powrót do bramki w meczu z Lechią Gdańsk? Chodzi mi głównie o sytuację, po której padł drugi gol dla gości...
Mateusz Bąk, bramkarz Podbeskidzia: - Źle. Nie mogę być hipokrytą i udawać, że było dobrze.
Coś panu przeszkodziło w tej interwencji, czy nie ma żadnego wytłumaczenia?
- Nie wiem, co przeszkodziło, bo nie widziałem tego na wideo, ale wpadła mi naprawdę jakaś kuriozalna bramka. Był to strzał do obrony. Mogę szukać tanich wytłumaczeń, że odkąd przyszedłem do Podbeskidzia jest to mój pierwszy poważny błąd, ale nie ma to żadnego znaczenia. Albo to, że każdemu bramkarzowi raz za czas zdarzają się takie rzeczy, niezależnie od tego, jaki poziom prezentuje. Ale to są słabe wytłumaczenia. Fakt faktem, że taka bramka padła i nie pomogła nam w odniesieniu zwycięstwa.
Chyba błąd zdarzył się w najgorszym możliwym momencie?
- Rzeczywiście, mieliśmy w tym momencie Lechię napoczętą, prowadziliśmy grę i cisnęliśmy ich. Wypada mi tylko i wyłącznie przeprosić tych, których ta bramka zabolała, a więc kolegów z zespołu, sztab szkoleniowy i wszystkich innych dookoła. A ja, cóż, mówiąc tak dosyć nieładnie, mam jajka, które zostały draśnięte i żyję dalej. Przecież nie załamię się, nie usiądę w domu i nie będę patrzył w sufit. Od poniedziałku czeka mnie ciężka praca i tyle. Jedyne, czego bym chciał uniknąć, a takie rzeczy niestety się zdarzają, bo wiemy, jaki świat jest krytyczny, to wieszania na mnie psów po jednej interwencji. Wiem, jaką mam reputację w Bielsku-Białej, ale ja się tym nie przejmuję. I dam radę.
Może pan rozwinąć tę kwestię reputacji w Bielsku-Białej?
- Po prostu wiem, że muszę cały czas pracować na szacunek, bo cały czas go jeszcze nie mam. Nie mam tak dobrej opinii. Na to musi się składać większa ilość dobrych meczów. Do tej pory byłem zadowolony ze swojej postawy, bo zawsze, gdy broniłem, unikałem poważnych błędów. W końcu ten klops przyszedł. Szkoda, że w takim meczu i w takiej sytuacji, w jakiej jesteśmy. Oprócz tego w meczu z Lechią... To jest jeden żal. Drugi jest taki, że wyciągnęliśmy na 2-2 i jestem jeszcze też na siebie wkur...y, bo wcześniej zdarzało mi się bronić karne, a w Podbeskidziu mam jakiegoś takiego niefarta i nie mogę złapać żadnego. Ciągle mi się to nie udaje. Na Lechu się nie udało, dziś znów się nie udało. Tak człowiek by się zrehabilitował i by było 2-2...
Po straconej bramce podbiegło do pana kilku kolegów i coś panu szeptało. Jakie słowa pan od nich usłyszał?
- To są bardzo miłe rzeczy. Po prostu przybyli piątkę. Jesteśmy wszyscy na jednym wózku, wiadomo, że każdy jest wkur...y, ale nikt nikogo zabijał nie będzie. Za plecami też jakoś strasznie dupy nikt obrabiać nie będzie. Każdy sobie zdaje sprawę, że jesteśmy zespołem i czasem popełnia się jakieś błędy indywidualne. Dzisiaj popełniłem ja, ponoszę za to dużą odpowiedzialność. Miło, że usłyszałem jakieś ciepłe słowo, bo jesteśmy na jednym wózku. Co innego, jakbym tych błędów popełniał dużo. Wtedy nie miałbym szacunku i zaufania u kolegów. Trzeba się samemu kopnąć w tyłek i podnieść czoło do góry.
Jak można się jeszcze mobilizować po 17. meczu bez zwycięstwa? Wierzycie jeszcze, że kolejny uda się wygrać?
- W pierwszej połowie autentycznie wyglądało to słabo, nie wiem, czy było to spowodowane nerwowością, ale nie potrafiliśmy sobie piłki rozegrać, szybko straciliśmy bramkę po prostopadłym podaniu. A w drugiej połowie jakoś to ruszyło. Rozkręciliśmy się i w tym będziemy szukać pozytywów. Ten potencjał gdzieś tam jest, tylko trzeba go, kur...a, wydobyć. To nie może być tak, że po odejściu jednego człowieka, który dużo strzelał i asystował, a więc Sylwka Patejuka, zespół jest zupełnie inny. Jest teraz „Pietras”, jest Jeleń i było widać do momentu mojego błędu, że potrafimy. Może byśmy ten mecz wygrali?
To trwanie w zawieszeniu, kiedy drużyna de facto nie ma trenera też wam chyba nie pomaga?
- Wiedzieliśmy od samego początku, że może być tak, że poprowadzi nas w meczu z Lechią trener Andrzej Wyroba. Byliśmy na to przygotowani. Trener Andrzej dobrze nas przygotował do tego meczu, miał swój pomysł na grę. I myślę, że może by mu to wypaliło, gdyby nie indywidualne błędy. Jesteśmy w poniedziałek gotowi przyjść na trening pod ręką trenera Wyroby.
Niedawno trenera zmieniono także wam, bramkarzom. Jak współpracuje się panu z Mirosławem Dreszerem, który zastąpił Roberta Mioduszewskiego?
- (długa cisza). Dobrze. No, dobrze. Nie wiem, jak to powiedzieć, bo te rozmowy też docierają do rzecznika klubu. Zaznaczam, że to nie jest dyskredytacja trenera Dreszera, ale wyrażę się tak: przez długi okres pracowałem z trenerem Mioduszewskim i bardzo dobrze mi się z nim pracowało. Naprawdę, mogę o nim mówić w samych superlatywach. Przestawił mnie na inne bronienie i to zdawało rezultat. A z trenerem Dreszerem też mi się dobrze trenuje. Ma trochę pecha, bo teraz mecz po meczu są indywidualne błędy bramkarzy. Kiedyś one musiały nadejść.
Mówi pan, że styl gry drużyny nie jest najgorszy, ale pewne rzeczy trzeba na pewno poprawić...
- Zdecydowanie. Spójrzmy na pierwszą połowę. Każdy z nas może sobie ją rzetelnie ocenić. Wściekaliśmy się na siebie w szatni, bo zupełnie nie rozgrywaliśmy piłki, nie braliśmy na siebie odpowiedzialności, popełnialiśmy błędy techniczne, graliśmy nerwowo. Jedno na drugie się nakładało. Irek Jeleń wskazywał błędy? Ja sobie zdaję sprawę, że on mówi prawdę i widzi te uchybienia, bo grał w lepszych klubach, na poziomie europejskim. Takie rzeczy mogą przede wszystkim przeszkadzać.
A jak współpracuje się panu z Darkiem Pietrasiakiem? Uchodzi pan za bramkarza, który lubi ustawiać sobie obrońców i nimi dyrygować.
- No, staram się, ale przy drugiej bramce, k...a, usnąłem. Dobrze się współpracuje. „Pietras” to doświadczony zawodnik i chłopak, który chce grać piłką. Było widać od pierwszego treningu, że nie chce tylko kopać do przodu, ale stara się rozgrywać. To człowiek z charyzmą, podpowiada nam, ustawia. To dobry zawodnik, tylko szkoda, że nam to wszystko, k...a, nie może zaskoczyć. Jak można powiedzieć, że jest dobrze, jak nie jest dobrze?
Można się jednak obawiać, że będzie coraz gorzej, bo presja na was będzie tylko narastać...
- Presja będzie rosła, ale dzisiaj trener na odprawie powiedział fajną rzecz. Presję to może mieć mężczyzna, który przychodzi do domu i przynosi 500 złotych, a ma żonę oraz dwójkę dzieci do wyżywienia i nie może sobie poradzić z tą pracą. My mamy naprawdę zajebisty zawód, jakim jest gra w piłkę nożną na poziomie profesjonalnym, dostajemy za to pieniądze i trzeba się z tego cieszyć. I jeżeli można w ogóle mówić o jakiejkolwiek presji w naszym przypadku, to trzeba sobie z nią radzić. My jesteśmy odpowiedzialni za siebie, swoje rodziny, ale przede wszystkim za klub Podbeskidzie i za sport w tym mieście. To jest duża odpowiedzialność, którą trzeba udźwignąć.
Rozmawiał Michał Trela