Pomocnik "Górali": Na nowo włączamy się do wyścigu o ekstraklasę
07.09.2009
Po pół godzinie od rozpoczęcia spotkania ze Stalą kibice Podbeskidzia mogli śmiało zadawać sobie pytanie: "Czy ta seria bez zwycięstwa kiedyś się skończy?". W tamtym momencie wszystko wskazywało bowiem na to, że ze Stalowej Woli bielszczanie wyjadą nawet nie z kolejnym już dla nich w tym sezonie remisem, ale po prostu z niczym.
Ale - jak się okazało - wtedy też nastąpił chyba kluczowy moment całego pojedynku. Stało się nim wejście na murawę Dariusza Kołodzieja. - Wbiegałem na boisko z przekonaniem, że tu nic jeszcze nie zostało przesądzone. Fakt, przegrywaliśmy dwoma bramkami, ale rywale strzelili je, mając... praktycznie jedną dogodną sytuacją. Powiedziałem sobie wtedy: "Kurczę, ale niefart!" - przyznaje popularny "Kołek". Ale za jego sprawą pech "Górali" szybko opuścił.
Skutecznie egzekwowany rzut wolny, a później bezbłędnie wykonana "jedenastka" sprawiły, że goście wrócili z dalekiej podróży. Resztą zrobiła niezwykle ofensywna taktyka, jaką na drugą połowę starcia przygotował trener Marcin Brosz. Ustawienie 3-4-3 to - trzeba przyznać - system gry, o jaki Podbeskidzie mało kto podejrzewał. To był jednak strzał w dziesiątkę.
- Musieliśmy maksymalnie zaryzykować. Nie było innej możliwości. Powiem więcej. Będąc zespołem zdecydowanie lepszym i przegrywając, głupotą byłoby nie rzucić wszystkich sił do ataku - podkreśla 27-latek. Efekt jest taki, że teraz do wicelidera ligi, Floty Świnoujście, zawodnicy z Rychlińskiego mają już tylko sześć punktów straty.
A zatem, "Górale" na nowo włączają się do wyścigu o ekstraklasę? - Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. O Podbeskidzie można już być spokojnym - zapewnia Kołodziej, ale dodaje zarazem, że od siebie wymaga jeszcze więcej. - To, że strzeliłem dwa gole, nie znaczy, że wszystko jest już idealnie. Do optymalnej formy jeszcze mi brakuje - nie ukrywa piłkarz, na którego ostatnio spadła w Bielsku-Białej chyba największa lawina krytyki.
Ale - jak się okazało - wtedy też nastąpił chyba kluczowy moment całego pojedynku. Stało się nim wejście na murawę Dariusza Kołodzieja. - Wbiegałem na boisko z przekonaniem, że tu nic jeszcze nie zostało przesądzone. Fakt, przegrywaliśmy dwoma bramkami, ale rywale strzelili je, mając... praktycznie jedną dogodną sytuacją. Powiedziałem sobie wtedy: "Kurczę, ale niefart!" - przyznaje popularny "Kołek". Ale za jego sprawą pech "Górali" szybko opuścił.
Skutecznie egzekwowany rzut wolny, a później bezbłędnie wykonana "jedenastka" sprawiły, że goście wrócili z dalekiej podróży. Resztą zrobiła niezwykle ofensywna taktyka, jaką na drugą połowę starcia przygotował trener Marcin Brosz. Ustawienie 3-4-3 to - trzeba przyznać - system gry, o jaki Podbeskidzie mało kto podejrzewał. To był jednak strzał w dziesiątkę.
- Musieliśmy maksymalnie zaryzykować. Nie było innej możliwości. Powiem więcej. Będąc zespołem zdecydowanie lepszym i przegrywając, głupotą byłoby nie rzucić wszystkich sił do ataku - podkreśla 27-latek. Efekt jest taki, że teraz do wicelidera ligi, Floty Świnoujście, zawodnicy z Rychlińskiego mają już tylko sześć punktów straty.
A zatem, "Górale" na nowo włączają się do wyścigu o ekstraklasę? - Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. O Podbeskidzie można już być spokojnym - zapewnia Kołodziej, ale dodaje zarazem, że od siebie wymaga jeszcze więcej. - To, że strzeliłem dwa gole, nie znaczy, że wszystko jest już idealnie. Do optymalnej formy jeszcze mi brakuje - nie ukrywa piłkarz, na którego ostatnio spadła w Bielsku-Białej chyba największa lawina krytyki.
Polecane
I liga