Pokręcone losy twórcy Derbików. Każdy z niego rezygnuje, nikt na stałe...

04.10.2012
W całym zespole Podbeskidzia próżno szukać drugiego przykładu gracza, który zaliczyłby tyle wzlotów i upadków. Gdy wydawało się, że w zespole "Górali" Piotr Koman już nie zagra... znów dostał kolejną szansę.
Zazwyczaj zawodnik zajmujący drugie miejsce na liście mających najwięcej rozegranych spotkań w danym klubie, otaczany jest należnym szacunkiem i ciepłymi spojrzeniami na ulicach, a kibice skandują jego nazwisko na meczach i prezentacjach zespołu. W Podbeskidziu Bielsko-Biała sytuacja jest jednak zupełnie inna. Najczęściej grającego w drużynie "Górali" Sławomira Cienciałę kibice darzą sporą sympatią. Podobnie rzecz ma się z Richardem Zajacem, Piotrem Malinowskim, czy wcześniej Martinem Matuszem i Dariuszem Kołodziejem. Koman, który w bielskich barwach zagrał już 168 razy, z trybun częściej jest lżony niż wychwalany. Jest jak sędzia - jeśli nikt go nie zauważa, to... największy komplement.

Jeden ze sztandarowych produktów bielskiego SMS-u założonego przez Wojciecha Boreckiego, trafił do pierwszej drużyny Podbeskidzia już w 2004 roku. W tym klubie to prehistoria. 19-letniego defensywnego pomocnika do seniorskiej piłki wpuszczał Krzysztof Pawlak. Bielszczanie grali o utrzymanie w II lidze, później o awans, następnie znów o utrzymanie i o awans. Świat się kręcił, trenerów zwalniano, prezesów zatrzymywano, piłkarze zyskiwali sympatię i ją tracili, a Koman trwał. Zwykle irytujący kibiców i doceniany przez kolejnych szkoleniowców.

Bielszczanin wykonuje na boisku najczarniejszą z możliwych robót. Od ośmiu lat okłada się łokciami z przeciwnikami, odbiera im piłki i natychmiast oddaje do bardziej kreatywnych kolegów. Ci błyszczą, bo on na nich pracuje. Ale patykowata postura, dość mierna technika i boiskowy pech sprawiały, że niejednokrotnie - tak jak chociażby w ostatnim meczu z Ruchem Chorzów - jego zejściu z boiska towarzyszyła radość bielskich kibiców jak po bramce dla ich drużyny.

Jego pierwszy "koniec" w Bielsku-Białej miał miejsce w 2008 roku, za kadencji trenera Marcina Brosza, który po pierwszym sezonie pracy przy Rychlińskiego, odsunął Komana od drużyny. Wolał Łukasza Matusiaka, więc bielszczaninowi pozostało przesiadywanie na trybunach, względnie ławce rezerwowych. Znudzony tą sytuacją, został wypożyczony na drugi koniec Polski, do Szczecina. Wielu fanów Podbeskidzia odetchnęło z ulgą, a tymczasem szybko okazało się, że Pogoń zrobiła fantastyczny interes. Koman zaczął od nowa, złapał życiową formę, szybko wywalczył miejsce w składzie szczecinian, którzy awansowali do I ligi. W niej defensywny pomocnik spisywał się jeszcze lepiej, w co nie wszyscy kibice Podbeskidzia chcieli wierzyć. Wkrótce mieli się o tym przekonać na własne oczy.

W Bielsku w międzyczasie nastała era Roberta Kasperczyka, który zaczął kompletować zespół na ekstraklasę. Jedną z pierwszych decyzji było ściągnięcie Komana z powrotem w rodzinne strony. Po co? Po to, by posadzić zawodzącego Matusiaka na ławce. Tego samego, przez którego ledwie dwa lata wcześniej bielszczanin musiał odejść z drużyny. Jesień 2010 roku to czas szokująco dobrej gry Komana i zarazem jedyny okres w jego karierze, w którym nie był krytykowany przez fanów ze swojego miasta. Wiosną już tak solidnie się nie prezentował, ale miejsca w składzie zespołu, który osiągnął największy sukces w historii Bielska-Białej nie oddał.



Tu dochodzimy do kolejnego "końca" Komana w Podbeskidziu. Dla nikogo chyba nie było zaskoczeniem, że ekstraklasa szybko brutalnie zweryfikowała jego umiejętności. Sprawiał wrażenie wolniejszego o trzy tempa od pozostałych graczy i już po pierwszych kolejkach oddał miejsce w składzie Dariuszowi Łatce i Matejowi Natherowi. Na domiar złego, totalnie zawalił mecz z Polonią Warszawa, "maczając palce" przy obu bramkach dla warszawian. Robert Kasperczyk stwierdził, że ma tego dość i wysłał Komana na kolejne wypożyczenie. Tym razem do Łodzi, gdzie akurat w spartańskich warunkach ŁKS podejmował desperacką próbę ocalenia bytu w lidze. Sytuacja finansowa w klubie z Alei Unii była jednak tak zła, że pomocnika bielszczan odesłano do domu. Zespół miał bowiem nie przystąpić do rozgrywek.

W domu jednak Komana nie chcieli, więc zesłali go do... "piwnicy", czyli IV-ligowych rezerw. Kopał po pastwiskach, gdy w tym samym czasie koledzy, z którymi wywalczył awans, jeździli po pięknych arenach Euro 2012. Latem jego sytuacja wcale nie miała się jednak poprawić - skoro zlikwidowano drużynę rezerw, to Koman trafił do zespołu Młodej Ekstraklasy, a więc z deszczu pod rynnę. I pewnie tam dotrwałby do końca obowiązywania kontraktu (grudzień 2012), gdyby znów szczęście nie zaczęło się do niego uśmiechać. Najpierw kontuzji doznał Bartłomiej Konieczny, później Juraj Danczik, klubowi brakowało pieniędzy na transfery, a trenerowi środkowych obrońców. Zabrał więc go na obóz trochę "na doczepkę". Ale znów udało się Kasperczyka przekonać.

Choć mało kto się tego spodziewał, Koman znów gra w ekstraklasie i - zwłaszcza w meczu z Koroną - spisuje się zdecydowanie lepiej niż rok temu. O szacunku czy sympatii dla wychowanka ze strony kibiców Podbeskidzia może pomarzyć, ale wcale nie jest nierealne, że zapracuje na nowy kontrakt w Bielsku-Białej. Niebawem może wyprzedzić Sławomira Cienciałę i zostać rekordzistą pod względem występów w zespole "Górali". Czy jest na świecie drugi tak nieszanowany przez fanów rekordzista...?

Kto jednak wie, czy mimo tylu meczów, wzlotów i upadków, Koman nie przejdzie do historii z innego powodu. Trzeba przyznać, że jest na dobrej drodze. W listopadzie zeszłego roku nazwał mecz Podbeskidzia z Górnikiem Zabrze Derbikami. Nazwa powoli się przyjmuje. Jeśli za 50 lat "Derbiki Śląska" będzie się używać tak często jak "Wielkie Derby Śląska", "Najstarsze Śląskie Derby", czy "Śląski Klasyk", pamiętajcie, komu to zawdzięczamy. Lżonemu we własnym mieście rekordziście, z którego każdy trener próbuje zrezygnować, a żadnemu się nie udaje...
autor: Michał Trela

Przeczytaj również