Podbeskidzie "rozkleiło się" nie po raz pierwszy. Traci bramki w pakiecie
04.09.2012
W miniony weekend Bayern Monachium zaaplikował VfB Stuttgart sześć bramek w 19 minut. Zawodnicy Podbeskidzia Bielsko-Biała zrozumieliby się z piłkarzami ze Szwabii, bo... sami mają ten sam problem. Na szczęście bielszczanie nie "rozklejają" się aż tak mocno.
We wczorajszym meczu Podbeskidzie dzielnie broniło się przed naporem Legii Warszawa do 81. minuty. Gdy jednak Richard Zajac skapitulował, z "Górali" kompletnie zeszło powietrze. Stracili przez to trzy bramki w osiem minut. Taka sytuacja nie zdarzyła się po raz pierwszy. Ledwie dwa tygodnie wcześniej "Górale" trzymali prowadzenie 1-0 w Białymstoku, jednak Richard Zajac nie był w stanie obronić wszystkiego. Ledwie Dawid Plizga wbił piłkę do siatki, a już "Jaga" cieszyła się po raz kolejny po strzale Alexisa Norambueny. Oba gole dzieliło sześć minut. - Cofnęliśmy się za głęboko. Brakowało utrzymania się przy piłce i jakości w kontrach. Podejrzewam, że tempo, które narzuciliśmy od początku spotkania, nie wszyscy wytrzymali. Trochę ich w drugiej połowie zabrakło - powiedział wtedy Kasperczyk. Brzmi znajomo?
Podobne sytuacje zdarzały się "Góralom" już w końcówce poprzedniego sezonu. W 28. kolejce Marcin Wodecki z Górnika zdobył dwa gole w trzy minuty, a jeszcze tydzień wcześniej Wisła Kraków wbiła bielszczanom trzy gole w 11 minut. Podobnie było też w letnim sparingu z Cracovią, gdy "Pasy" dwa gole zdobyły w przeciągu 120 sekund.
Nie licząc goli straconych w tym sparingowym starciu, wszystkie pozostałe bramki "w pakiecie" strzelono "Góralom" w ostatnich 20 minutach meczów. Sytuacja sprzed nie tak dawnego czasu się więc odwróciła. Wtedy bielszczanie słabo zaczynali, ale grali do końca i pokazywali charakter. Teraz piorunujące początki mają oni, a końcówki rywale. Tyle, że to nie jest dobra informacja, bo mężczyzn przecież poznaje się nie po tym, jak zaczynają, ale po tym jak kończą...
We wczorajszym meczu Podbeskidzie dzielnie broniło się przed naporem Legii Warszawa do 81. minuty. Gdy jednak Richard Zajac skapitulował, z "Górali" kompletnie zeszło powietrze. Stracili przez to trzy bramki w osiem minut. Taka sytuacja nie zdarzyła się po raz pierwszy. Ledwie dwa tygodnie wcześniej "Górale" trzymali prowadzenie 1-0 w Białymstoku, jednak Richard Zajac nie był w stanie obronić wszystkiego. Ledwie Dawid Plizga wbił piłkę do siatki, a już "Jaga" cieszyła się po raz kolejny po strzale Alexisa Norambueny. Oba gole dzieliło sześć minut. - Cofnęliśmy się za głęboko. Brakowało utrzymania się przy piłce i jakości w kontrach. Podejrzewam, że tempo, które narzuciliśmy od początku spotkania, nie wszyscy wytrzymali. Trochę ich w drugiej połowie zabrakło - powiedział wtedy Kasperczyk. Brzmi znajomo?
Podobne sytuacje zdarzały się "Góralom" już w końcówce poprzedniego sezonu. W 28. kolejce Marcin Wodecki z Górnika zdobył dwa gole w trzy minuty, a jeszcze tydzień wcześniej Wisła Kraków wbiła bielszczanom trzy gole w 11 minut. Podobnie było też w letnim sparingu z Cracovią, gdy "Pasy" dwa gole zdobyły w przeciągu 120 sekund.
Nie licząc goli straconych w tym sparingowym starciu, wszystkie pozostałe bramki "w pakiecie" strzelono "Góralom" w ostatnich 20 minutach meczów. Sytuacja sprzed nie tak dawnego czasu się więc odwróciła. Wtedy bielszczanie słabo zaczynali, ale grali do końca i pokazywali charakter. Teraz piorunujące początki mają oni, a końcówki rywale. Tyle, że to nie jest dobra informacja, bo mężczyzn przecież poznaje się nie po tym, jak zaczynają, ale po tym jak kończą...
Polecane
Ekstraklasa