Podbeskidzie pomogło Piastowi w awansie. Czy gliwiczanie się zrewanżują?

01.06.2013
Historia pomiędzy Piastem i Podbeskidziem zatacza koło. Marcin Brosz jako trener bielszczan pomógł gliwiczanom awansować do ekstraklasy. Czy teraz pomoże "Góralom" zachować miejsce w elicie?
Był koniec maja 2008 roku. Podbeskidzie Bielsko-Biała finiszowało nadspodziewanie udany sezon pod wodzą młodego trenera Marcina Brosza. Z racji sześciu ujemnych punktów, nie miało już szansy na utrzymanie, ale nie groził mu też spadek. Z kolei Piast Gliwice Piotra Mandrysza wyglądał, jakby chciał za wszelką cenę - po raz nie wiadomo który w historii - zmarnować znakomitą szansę na awans. Dwie kolejki przed końcem zremisował bezbramkowo z Wisłą Płock, a Adam Kompała nie wykorzystał rzutu karnego. W następnym meczu gliwiczanie przegrali u siebie z GKS-em Jastrzębie. Mimo że do ekstraklasy miały w tamtym sezonie awansować aż cztery zespoły, Piast na kolejkę przed końcem zajmował piąte miejsce, przegrywając ze Zniczem Pruszków, którego gwiazdą był... Robert Lewandowski.

W Polsce wszyscy byli wtedy przyzwyczajeni, że kto potrzebuje wygrać z drużyną, która o nic już nie walczy, ten przyjeżdża i wygrywa. Tymczasem Podbeskidzie było bardzo zdeterminowane, by udanie zakończyć świetny sezon. "Górale" od początku nacisnęli pruszkowian, którzy nie wiedzieli co się dzieje. Gola zdobyli dopiero w samej końcówce, nogami Martina Matusza. W tym samym czasie Piast Gliwice wygrywał w Warszawie z Polonią. Zrobił swoje, ale bez uczciwej gry bielszczan, do ekstraklasy, po raz pierwszy w historii, by nie awansował.

- Pamiętam tamto spotkanie, ale irytuje mnie mówienie, że Podbeskidzie nie musiało go wygrać - przyznaje Marcin Brosz. - Proszę się nie gniewać, lecz co to znaczy?  Piłkarz zawsze wychodząc na boisko chce wygrać mecz. Każde spotkanie, każdy chce wygrywać. Wiem, że czasem są otoczki, które każą zadawać pewne pytania, ale jeżeli uprawiamy sport, to myślimy, żeby wygrywać. Nie zawsze się udaje. Przeciwnik również trenuje i chce wygrywać. Borussia Dortmund ostatnio przegrała z Hoffenheim u siebie. Rywale - teoretycznie - nie mieli prawa wygrać, a wygrali, ograli w barażach Kaiserslautern i zostali w lidze. Proszę sobie wyobrazić, co by się u nas działo, gdyby ktoś się utrzymał w lidze w takich okolicznościach - mówi trener gliwiczan.

Nie ulega jednak wątpliwości, że Piast może jutro pomóc Podbeskidziu. Oczywiście bielszczanie nie muszą się już na nikogo oglądać i jeśli ograją Widzew Łódź, to choćby Bełchatów strzelił w Gliwicach 20 goli, nie spuści ich to do I ligi. Niemniej, Piast może sprawę ułatwić. Beniaminek ma już awans do pucharów, a Bełchatów przyjedzie walczyć o życie. Czy pana drużyna pomoże Podbeskidziu? - pytamy wprost trenera Brosza. - Każdy ma swój cel. Jestem trenerem Piasta Gliwice i z tego jestem rozliczany. Chcemy wygrać z Bełchatowem - jak z każdym. Nie wszystkie spotkania się udaje tak zrealizować, ale teraz tym bardziej chcemy wygrać, bo ten mecz daje nam szansę bycia w pierwszej trójce. Żeby o tym myśleć, musimy wygrać. Zrobimy wszystko, żeby tak się stało - ucieka od jednoznacznej odpowiedzi trener Piasta.

W Piaście pracuje jednak wiele osób związanych w przeszłości z Podbeskidziem -  oprócz Brosza także Marek Matuszek, Bogdan i Michał Wilk. Czy więc w Gliwicach życzą utrzymania bielszczanom? - Realizuję cele, które przede mną postawiła rada nadzorcza, akcjonariusze - szkoleniowiec cały czas zachowuje dyplomatyczne standardy. Nie ulega jednak wątpliwości, że jutro może zostać napisany kolejny rozdział w relacjach bielsko-gliwickich...
autor: Michał Trela

Przeczytaj również