Podbeskidzie - Kolejarz 2-0. "Górale" już patrzą na innych z góry!

05.03.2011
- Znakomicie, że mamy lidera. W końcu po to się gra, by zajmować pierwsze miejsce i nie przejmować się drugim i trzecim - mówił rozradowany Sławomir Cienciała, kapitan Podbeskidzia Bielsko-Biała.
Mecz z Kolejarzem Stróże nie miał należeć do trudnych pod jednym warunkiem - bielszczanie musieli szybko objąć prowadzenie. I z takim nastawieniem wyszli na pierwszą połowę. Nie może więc dziwić, że gości nie było w niej stać na zbyt wiele, a gra "Górali" wyglądała całkiem ciekawie. - Takie Podbeskidzie jak w pierwszej połowie chyba wszyscy chcieliby oglądać - mówił Robert Kasperczyk, trener bielszczan.

Chcieliby widzieć zwłaszcza swoją drużynę tak skuteczną - pierwszego gola zdobyła... nie oddając nawet strzału na bramkę! Jak to możliwe? - Sytuacja zaczęła się od głupiej, niewymuszonej agresji, ataku na bramkarza Podbeskidzia. Gospodarze szybko poprowadzili akcję i punktowali nas. Marek Sokołowski zagrał mocne dośrodkowanie, piłka odbiła się od Witolda Cichego i wpadła. Nie mam do niego pretensji, to był przypadek - opowiadał Marcin Zarychta, bramkarz Kolejarza.

Kilka minut później na jego bramkę sunęła już kolejna bliźniaczo podobna akcja. Tym razem z prawej strony na długi słupek podawał Sławomir Cienciała, a z bliska głową do bramki trafił kompletnie niepilnowany Adam Cieśliński, dla którego było to jedenaste trafienie w sezonie. - O pierwszego gola nie mam pretensji, ale drugi nie miał prawa wpaść. Tak wysocy obrońcy zostawili na piątym metrze kompletnie niepilnowanego napastnika - irytował się Marek Motyka, trener drużyny ze Stróż.

Kolejarz w każdej z połów miał po jednej świetnej, bardzo efektownej szansie. W pierwszej Marcin Stefanik, stojąc tyłem do bramki Richarda Zajaca, zdołał strzelić niebezpiecznym lobem, ale Słowak nie dał się przerzucić i z najwyższym trudem odbił piłkę. W drugiej natomiast Witold Cichy, chcący się zrehabilitować za samobójczego gola, uderzył piekielnie mocno z dystansu po rzucie wolnym. Lecącą do bramki piłkę w ostatnim momencie na słupek odbił Zajac. - Gratuluję Podbeskidziu obrony i bramkarza. To, jak wyciągnął strzał z wolnego, było niesamowite - komplementował Motyka.

A bielszczanie, choć w drugiej części gry również mieli znakomite okazje, więcej bramek już nie strzelili i grali zdecydowanie słabiej. Szczególnie groźnie było jednak po tym, jak Cieśliński zabrał piłkę obrońcom i pognał na bramkę Zarychty, jednak przegrał z nim pojedynek. - Trudno, Adaś nie wykorzystał takiej sytuacji dzisiaj, strzeli w następnym meczu - uspokajał Cienciała. - Nie chcieliśmy się oszczędzać, dążyliśmy do strzelania goli dla kibiców, ale było widać, że trochę brakowało nam sił. Kluczowy moment meczu? Samobójcza bramka. Po niej wszyscy zaczęliśmy brać odpowiedzialność za grę - podsumował Marek Sokołowski.

Dzięki remisowi ŁKS-u Łódź z Pogonią Szczecin, bielszczanie powrócili na pozycję lidera, już po jednym meczu odrabiając minimalną stratę do łodzian.

Konferencja prasowa

Marek Motyka (trener Kolejarza): Pierwszą połowę rozegraliśmy źle. Po przerwie dokonałem kilku zmian, wpuściłem całą siłę ofensywną, ale nic to nie dało, bo Podbeskidzie ma świetną obronę. Będę chciał szybko zapomnieć o tym meczu, bo bardzo łatwo oddaliśmy punkty. Wprawdzie graliśmy do końca, ale w naszej sytuacji to nie wystarczy, a gra nie wróży dobrze na przyszłość.

Robert Kasperczyk (trener Podbeskidzia): W drugiej połowie nasza gra siadła, wyglądała trochę jak pierwszy kwadrans po przerwie na Wiśle Kraków. Mecz w Krakowie musiał się odbić. Wiedzieliśmy, że jeśli nie strzelimy szybko, to może być problem. To nie są nadludzie. Jesienią też nam się zdarzały takie mecze, kiedy na początku obejmowaliśmy prowadzenie, a potem graliśmy słabiej, ale kontrolowaliśmy grę. Teraz po dwóch ciężkich meczach mamy tydzień pełnego mikrocyklu treningowego.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również