Podbeskidzie - Dolcan 4-0. Goście kozła ofiarnego zrobili z... sędziego

19.09.2009
Grające z polotem i pomysłem Podbeskidzie nie dało najmniejszych szans rewelacji sezonu. - Wyciągnęliśmy wnioski ze środowego blamażu z Wartą Poznań - zaznaczali "Górale".
- Żadnych komentarzy! - nakazał schodzącym do szatni zawodnikom z Ząbek ich trener, Marcin Sasal. Skąd takie polecenie? - Nie chciałem, żeby któryś z chłopaków nagadał głupot. Wystarczająco dużo wydarzyło się już na murawie! - wściekał się szkoleniowiec gości, który od samego początku meczu nie zgadzał się z kolejnymi decyzjami arbitra. W tym wszystkim zapomniał jednak zwrócić uwagę na to, że tego dnia Dolcan był dla Podbeskidzia tylko tłem.

Bo jeśli mierzący 170 cm Malinowski strzela gola głową, a Cienciała groźną akcję przeciwnika zażegnuje wybiciem piłki... piętą, to może to oznaczać tylko jedno. - Wrócił zespół, który wszyscy pamiętamy - cieszył się Marcin Brosz. Opiekun "Górali" mógł być usatysfakcjonowany tym bardziej, że nieco zaskakujące zmiany, jakich dokonał - posłanie w bój już od pierwszej minuty Kanika i Ncube - zdały egzamin. Ten pierwszy odwdzięczył się zresztą wręcz błyskawicznie.

- Zamknąłem oczy i uderzyłem. Potem pamiętam już dopiero szał radości. Muszę koniecznie zobaczyć powtórkę tej akcji - uśmiechał się Łukasz Kanik, rozgrywający w I lidze ledwie swój drugi pojedynek. Tymczasem kibicom szybko przypomniał się scenariusz środowego spotkania przeciw Warcie Poznań, kiedy to Podbeskidzie już w pierwszej akcji objęło prowadzenie, by później stracić aż cztery trafienia. Ale pamiętali o tym i piłkarze...

O to, by wybić rywalom z głów pomysł powtórzenia wyczynu Warty, zadbali Bagnicki, Cienciała i Patejuk, którzy w świetnym stylu rozmontowali jedną przecież z najlepszych formacji obronnych ligi. - Po golu Łukasza lepiej się było nie otwierać. Cofnęliśmy się trochę, spróbowaliśmy kontr. Jak widać, uczymy się na własnych błędach - podkreślał Sylwester Patejuk.

Dzisiaj nie robili tego z kolei goście. Gol Matawu, który zaliczył notabene chyba najlepszy mecz w koszulce Podbeskidzia, to kompromitacja defensywy Dolcana. Trudno skwitować tę akcję w inny sposób, skoro dwaj obrońcy przyjezdnych spokojnie przyglądali się, jak piłkarz z Zimbabwe pakuje piłkę do bramki. "Świątynia" gospodarzy była natomiast strzeżona dużo lepiej.

- W końcu jest upragnione zero z tyłu - nie krył zadowolenia Łukasz Ganowicz. - Mamy się z czego cieszyć, bo czasem bywa tak, że przeciwnik największe zagrożenie stwarza w momencie, gdy zaczyna grać w osłabieniu - obrońca "Górali" nawiązywał do sytuacji z przerwy. Wtedy to nerwy puściły Imehowi. Nigeryjczyk w chamski sposób zaatakował rezerwowego Matusza i masażystę Podbeskidzia. Na boisko już nie wrócił.

Konferencja prasowa

Marcin Sasal (trener Dolcana): Wygrał zespół, który strzelił cztery bramki. To jest fakt niepodważalny. Resztę tego, co się tutaj działo, pozostawiam bez komentarza.

Marcin Brosz (trener Podbeskidzia): Podczas gdy dla naszego miasta jest to bardzo radosny dzień, wszyscy przeżywamy smutne chwile. Mieszkamy przecież tak blisko Rudy Śląskiej... Cały czas szukamy optymalnego ustawienia. Dzisiaj pojawili się kolejni piłkarze, a to nie koniec.
autor: Kamil Kwaśniewski

Przeczytaj również