Podbeskidzie Bielsko-Biała - anatomia klęski

17.12.2012
Porozmawialiśmy z Januszem Okrzesikiem, Władysławem Szypułą, Jerzym Wolasem, Markiem Glogazą i innymi ludźmi, by przedstawić to, co działo się w Podbeskidziu Bielsko-Biała przez ostatnie dwa lata...

Podbeskidzie Bielsko-Biała jest w ekstraklasowej tabeli w fatalnej sytuacji. Sześć zgromadzonych punktów daje jedynie cień szansy na utrzymanie się w elicie. Ale to, czy Jeleń trafi z rzutu karnego, a Pietrasiak sfauluje, czy też nie, w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia. Tak można stracić trochę punktów, pecha można mieć raz, dwa razy. Jeśli jednak pech się zaczyna powtarzać, to to już nie jest pech. Dobrze funkcjonująca klubowa maszyna MUSI się z czasem przekładać na dobrą grę piłkarzy. Jeśli się nie przekłada, to znaczy, że maszyna nie funkcjonuje dobrze. I tak jest z Podbeskidziem. By wyjaśnić, co się w klubie dzieje obecnie, trzeba się cofnąć do nieodległych czasowo, ale odległych nastrojowo miesięcy, a więc pierwszego półrocza 2011 roku.

Dlaczego odszedł Janusz Okrzesik?

Klub funkcjonował w ostatnim sezonie I-ligowym naprawdę znakomicie, a przynajmniej taki udało się wykreować jego wizerunek, co też jest sporym sukcesem. Jak utrzymują wszyscy z nim związani, udało się stworzyć atmosferę, w której wszyscy – na każdym szczeblu – wzajemnie sobie ufali i mieli prosty, jasno zdefiniowany cel: ekstraklasa. Po nieudanym pierwszym okienku transferowym prezesa Okrzesika, latem udało się trafić niemal z wszystkimi nabytkami (m.in. Łatka, Demjan, Cieśliński, Rogalski). Klub pozyskiwał coraz więcej sponsorów, ruszył z programem partnerskim, zadbał o to, by w mediach funkcjonował przydomek „Górale”, stworzył akcję dla młodzieży „Szansa dla każdego” czy „Akademicki klub kibica”, który miał zachęcać do przychodzenia na stadion bielskich studentów. Podjęto też pierwszą, drobną próbę zarabiania na klubowych pamiątkach, a z kalendarzem przygotowanym we współpracy z Teatrem Polskim udało się nawet przebić do głównego wydania „Wiadomości” TVP 1. Niech nikt źle nie zrozumie. Nie było perfekcyjnie. Nie było idylliczne. Ale wszystkie te pozytywne działania wokół klubu wraz z fantastyczną grą piłkarzy sprawiły, że wokół Podbeskidzia – klubu całego regionu, wytworzyło się przekonanie, że ten klub ma przyszłość.


Janusz Okrzesik/radiobielsko.pl

Obejmując fotel prezesa końcem 2009 roku, Janusz Okrzesik publicznie postawił dwa cele. Awans do ekstraklasy i przekształcenie klubu w spółkę akcyjną. Piłkarze, jako się rzekło, grali na tyle dobrze, że zapewnili sobie i miastu pierwszy w historii awans do najwyższej ligi. I jak to w Polsce często bywa – w tym momencie zaczął się przyspieszony koniec dobrej atmosfery. Oddajmy głos samemu Okrzesikowi. - Pierwsze zgrzyty pojawiły się w momencie, gdy awans był już właściwie przesądzony. Miałem wrażenie, że zamiast wspólnej satysfakcji i radości, rozpoczął się wyścig o to, kto będzie bardziej zasłużony. Pojawiło się mnóstwo sygnałów zazdrości. „Dlaczego mi się nie udało, a jemu tak? Dlaczego on stoi w pierwszym rzędzie, a ja w drugim?itp. - mówi. Doszło do tego, że prezes od jednej z osób z UM otrzymał grube zestawienie z zebranymi wszystkimi publikacjami, łącznie z tymi z forów internetowych, w których jednym kolorem było zaznaczone nazwisko „Krywult” innym „Okrzesik”. Tekstów o Okrzesiku było więcej, co nie było mile widziane. Typowe polskie piekiełko. Trzeba jednak zaznaczyć, że prawdopodobnie nie wychodziło ono od samego prezydenta, lecz od jego "świty". Co więcej, w tamtym momencie okazało się, że wiele osób przez dziewięć lat bytowania w I lidze się do tych rozgrywek przyzwyczaiło. Wcale nie było im tak pilno do ekstraklasy. - Kiedy awans był już pewny, ja chciałem przekształcać klub w spółkę i... napotkałem opór materii. Nie wszyscy byli mentalnie przygotowani na półkę wyżej – twierdzi Okrzesik. Najlepszym dowodem jest fakt, że w momencie, gdy spółka była już w zaawansowanej fazie przygotowania, jeden ze sponsorów złożył na biurko prezydenta analizę, w której przekonywał, że klub ma jeszcze rok na przekształcenie w spółkę, bowiem komisja licencyjna łagodniejszym okiem spogląda na beniaminków. Jak wiadomo, nic takiego nie miało miejsca, a spowodowała wiele kłopotów z uzyskaniem licencji.

Sama zazdrość to byłoby jednak za mało.

- Stworzyłem spółkę praktycznie w pojedynkę. Tymczasem później przez dwa miesiące... nie mogłem otrzymać umowy o pracę. Nikt ze mną poważnie nie rozmawiał o warunkach. Odbierałem te niby-negocjacje jako brak szacunku - tłumaczy. Powiedzieć jednak, że Okrzesik odszedł przez pieniądze też byłoby nadużyciem, bowiem – jak sam przyznaje – na rezygnacji sporo stracił finansowo.

Główna przyczyna odejścia była jednak inna. - Ja nieźle sobie radzę, kiedy mam jasno sprecyzowanego konkurenta, ale robię się bezradny, gdy ludzie, którym ufam, zaczynają mi podkładać kłody pod nogi. Znakomity zespół ludzi, który udało się zbudować, nagle się rozpadł i zaczęła się wojna podjazdowa wszystkich ze wszystkimi, która trwa do dziś. Mnie to dobija, ja sobie z tym nie radzę, staję się bezradny jak dziecko, więc postanowiłem zamknąć drzwi i wyjść – mówi były prezes Podbeskidzia. Dodajmy jeszcze, że kolejną z przyczyn odejścia, które się nawarstwiły, był także nepotyzm. Okrzesik nie chce mówić o szczegółach. – Może kiedyś. Powiem tylko tyle, że ówczesny przewodniczący rady nadzorczej poinformował mnie nieoficjalnie, że jak to ujął „pojawiła się” kandydatura na dyrektora finansowego, blisko związana rodzinnie z jednym z członków rady nadzorczej. Takie rozmowy ze mną są bardzo krótkie, tym bardziej że miałem już innego kandydata na to stanowisko. Powołałem więc innego dyrektora, który zresztą okazał się chyba niezły, skoro pracuje w klubie do dziś. Jednak jak się okazało narobiłem sobie wtedy potężnych wrogów – uśmiecha się Okrzesik.

Sławetna premia za utrzymanie

Tego samego lata, gdy w klubie zaczynała się wojna podjazdowa, pojawiła się też sprawa osławionych później premii za utrzymanie w ekstraklasie. Jak to z nimi było? Warto na początek zaznaczyć, by nie mieszać premii za awans i premii za utrzymanie w ekstraklasie. Premia za awans była jasno ustalona. Połowę z przewidzianego miliona wypłacono piłkarzom i sztabowi szkoleniowemu od razu, druga połowa miała być zapłacona z trzeciej transzy Canal+, która miała spłynąć w lutym 2012 roku. Jak wiadomo, piłkarze dalej tych pieniędzy nie dostali, mimo że już dawno spłynęły do klubu. Były po prostu przeznaczane na inne rzeczy.

Co się zaś tyczy premii za utrzymanie w ekstraklasie... - W części biorę to na klatę. Zaczęliśmy na ten temat rozmowy z piłkarzami latem, jeszcze jako zarząd stowarzyszenia. Zaproponowaliśmy, by premia za utrzymanie była taka jak za awans. Strasznie „stękali”, bo wydawało im się, że awans do ekstraklasy rozbija skarbiec. Na początku chcieli pięć milionów, ale dość szybko doszliśmy do porozumienia, jak zwykle zresztą, starszyzna drużyny to naprawdę rozsądni ludzie. Była to sprawa znana zarządowi stowarzyszenia i członkom rady nadzorczej z ramienia stowarzyszenia, nie budziła wówczas żadnych kontrowersji . Mój błąd polega na tym, że nie podjąłem natychmiast pisemnej uchwały w tej sprawie. To mój brak doświadczenia. Później się zastanawiałem, dlaczego zabrakło mi w tej sprawie refleksu? Całą energię poświęcaliśmy wtedy na sprawę licencji i stadionu, do końca nie mieliśmy pewności czy będziemy mogli grać w Bielsku-Białej. Poza tym było wiele innych ważnych spraw: trwało przekazywanie zespołu ze stowarzyszenia do spółki akcyjnej, kilkadziesiąt umów sponsorskich trzeba było podpisać na nowo ze spółką, kleciliśmy Młodą Ekstraklasę, zbierając chłopaków niemalże z podwórek, wzmacnialiśmy drużynę. Nie przyszło mi do głowy, że już nie zdążę się tym zająć. Myśmy wtedy sobie w klubie ufali, więc piłkarzom umowa ustna też wydawała się wystarczającą. Jak się okazało to był błąd – przyznaje Okrzesik.


Marek Glogaza/super-nowa.pl


Wydaje się jednak, że nie ostatni błąd w tej sprawie. Jak wiadomo, Marek Glogaza, menedżer z wykształcenia, jeśli nie miał zobowiązania, w formie uchwały zarządu, to nie miał go w ogóle. Niemniej, z piłkarzami warto się było jakoś dogadać. Choćby uzależnić premię od miejsca na koniec sezonu, za które przecież tez przysługuje dotacja z Canal+. Gdy zawodnicy usłyszeli, że żadnej premii nie będzie, byli na szóstym miejscu. Skończyli sezon na dwunastym, przez co klub otrzymał milion złotych mniej z Canal+. A mniej więcej tyle miała wynosić premia, która stała się kością niezgody. Klub byłby zadowolony, piłkarze graliby pewnie lepiej. Jeśli to ma być dobrze naoliwiona maszyna, to trzeba raz za czas dodać „oliwy”. Piłkarze grają dla pieniędzy, tymczasem w debiutanckim sezonie nie dostali za utrzymanie żadnej premii, choć większe kluby potrafiły na ten cel pieniądze wysupłać. Nie jest tajemnicą, że od tego momentu zespół stracił zaufanie do klubowych władz. Trudno się nie zgodzić, bo jak by nie było, zawodnicy zostali oszukani.

Jatka...

Wróćmy jednak do wydarzeń z września zeszłego roku. Okrzesik przestał być prezesem, ale wcale nie miał zamiaru całkowicie wycofywać się z klubu. Dość powiedzieć, że był gotów pełnić obowiązki prezesa do momentu, aż znajdzie się ktoś na jego miejsce. Poza tym, cały czas był prezesem stowarzyszenia TS Podbeskidzie. Wobec znaczącej różnicy zdań, nie widział sensu, by nadal pełnić tę funkcję, ale członkiem zarządu planował pozostać. Tymczasem... - Na walnym zebraniu Zbigniew Szymański (dyrektor w miejskiej spółce AQUA – przyp. MT) został wybrany prezesem stowarzyszenia. Pojawił się wakat w zarządzie. Były dwa wnioski. Jeden – dokooptować do zarządu Janusza Okrzesika. Drugi – pomniejszyć skład zarządu – przypomina Jarosław Zięba, członek zarządu stowarzyszenia. Prezes Szymański zaapelował o pomniejszenie zarządu i w ten sposób Okrzesik przestał pełnić jakiekolwiek funkcje w Podbeskidziu.

Okrzesikowi nie zorganizowano nawet pożegnania, a próby tego uczynienia ponoć nie pomogły Ziębie w utrzymaniu funkcji rzecznika prasowego klubu. Do tego doszła, opisywana już przez nas Tutaj sprawa wycięcia z wywiadu z Robertem Kasperczykiem pochlebnych słów o byłym prezesie, co było tłumaczone brakiem miejsca w meczowej gazetce. Były to jedyne skróty dokonane w tekście. - Nie zamierzam tego komentować, bo mecz z Lechem odbywał się zanim zostałem prezesem zarządu. Nie miałem z tym żadnego związku – mówi Glogaza. Co się zaś tyczy stosunków z poprzednikami... - Oni złożyli rezygnacje z pełnionych funkcji. Zawsze jestem gotów do merytorycznych rozmów. Do organizacji wszelkiego rodzaju spotkań potrzebna jest jednak dobra wola obu stron – wskazuje.


Jarosław Zięba/naszemiasto.pl

W listopadzie 2011r. doszło do zwolnienia Zięby, który uchodził za bliskiego współpracownika Okrzesika. Oczywiście nowa ekipa ma prawo dobierania sobie rzecznika prasowego wedle własnego uznania, jednak forma w jakiej się to odbyło, pozostawia wiele do życzenia. O zwolnieniu Zięba dowiedział się od dziennikarzy, z nim nikt nie rozmawiał. Pretekstem miał być jeden z programów Canal+. - Przyjechali od nich dziennikarze, by nagrywać o nas program. Spotkali się z kilkoma osobami związanymi z klubem, w tym z Okrzesikiem. W klubie panowało przekonanie, że to ja zaprosiłem byłego prezesa do programu. Tymczasem jedyną osoba, którą „podsunąłem” dziennikarzom Canal+ był prezydent Jacek Krywult – mówi były rzecznik prasowy „Górali”. Inaczej jego zwolnienie tłumaczy Glogaza. - Zmiana podyktowana była głównie wymogami systemu licencyjnego dla klubów ekstraklasy na sezon 2012/2013, a zwłaszcza zapisem, iż rzecznik musi posiadać wykształcenie dziennikarskie potwierdzone dyplomem wyższej uczelni – przekonuje. Jednak osoba Zięby, który z zawodu jest informatykiem, nie stanowiła problemu w uzyskaniu przez Podbeskidzie licencji rok wcześniej, choć komisja wcale nie patrzyła na beniaminka „przez palce”. Zresztą... na trwający sezon też by nie stanowiła. Cytuję tegoroczny podręcznik licencyjny. „Kierownik ds. mediów musi posiadać przynajmniej jedne z następujących kwalifikacji:

  1. wykształcenie dziennikarskie potwierdzone dyplomem lub;

  2. ukończony kurs szkoleniowy dla kierowników ds. mediów organizowany przez PZPN lub organizacją zatwierdzoną przez PZPN lub;

  3. “uznanie kompetencji” wydane przez PZPN wymagające doświadczenia w realizacji stosownych funkcji przez minimum jeden rok.

Zięba spełniał ostatni warunek, więc mógł w dalszym ciągu być rzecznikiem prasowym...

Końcem 2011 roku z Podbeskidzia odszedł również Władysław Szypuła, który przez wiele lat był działaczem bielskiego zespołu. Dlaczego? Główną przyczyną odejścia było złamanie ręki, przez które kilka miesięcy nie mogłem pracować w klubie. Doszło też do pewnych spraw, w których nie chciałem brać udziału i złożyłem rezygnację – mówi. Zapytaliśmy o tę sprawę również Jerzego Wolasa, który wówczas jeszcze działał w klubie. - Doszło do nieporozumień. Przy wejściu do ekstraklasy wszystko odbyło się ekspresowo. Licencja wymagała błyskawicznych zmian. Bieżące remonty, których miasto nie mogło zrobić i wiele innych nagłych rzeczy, jakie się wtedy pojawiły, spadły na barki klubu. Miasto musiałoby robić przetarg, a nie było czasu na to, by brać pięć-sześć ofert i sprawdzać, kto zrobi to najtaniej, tylko brało się wykonawcę, bo dwa dni później przyjeżdżał przedstawiciel PZPN-u. Wybór był prosty: albo usterki usunięte, albo nie ma licencji. Tam nie było żartów. Wokół tego się porobiło trochę nie do końca wyjaśnionych rzeczy i w wyniku tych nieporozumień z Szypułą stało się, jak się stało – wyjaśnia Wolas.

Era Glogazy

Wejdźmy na początkowy etap urzędowania Marka Glogazy. Z klubem był związany od wielu lat, działał w jego radzie patronackiej, a za czasów Okrzesika „Prefabet”, a więc firma, którą prowadził Glogaza, była jednym z największych sponsorów. Okrzesik zresztą – zagadnięty o Glogazę – mówi rzecz być może zaskakującą. - Wbrew obiegowej opinii, nie obwiniam go o wszystko, co się dzieje w klubie. Ja mogę mieć do niego dużo osobistych pretensji, że był nielojalny, złośliwy, ale to nie jest problem. Ten jest dużo bardziej złożony. – mówi były prezes bielszczan. Czy więc problemem jest miasto...?

Koncepcja spółki

Tu przechodzimy do meritum. Okrzesik – w momencie założenia spółki – miał koncepcję, jak powinna ona wyglądać. 74% udziałów otrzymało TS Podbeskidzie. Jest to akcjonariusz bierny, który nie finansuje klubu, zabezpiecza jednak niezmienność nazwy, herbu itp. Akcje spółki należące do stowarzyszenia mogą być warte nawet kilka milionów złotych, ciężko jednak wycenić dokładną kwotę, bowiem wartość klubu piłkarskiego jest bardzo niewymierna, a wartość akcji zależy od sytuacji sportowej i finansowej klubu. 25 procent akcji pozostało w posiadaniu firmy Murapol SA. W umowie był zawarty mechanizm pozwalający Murapolowi dokupić dodatkowe akcje, co stanowiłoby dla klubu zastrzyk gotówki, a jednocześnie nie zmieniałoby układu właścicielskiego. Jeden procent przypadł gminie. Dzięki temu miasto miało czuć się odpowiedzialne, dawać pieniądze i mieć nad nimi kontrolę np. poprzez ludzi w radzie nadzorczej. Tak wyglądała sytuacja wyjściowa. Jak miało być dalej?

Wszyscy od razu byli świadomi, że stowarzyszenie nie będzie tych akcji trzymać. Miały one być w założeniu przeznaczone dla prywatnego inwestora, bo tylko takich szukano. Plan był taki, by po trzech latach doprowadzić do 20-milionowego budżetu. Jak chciano to osiągnąć? Nie zakładano wzrostu nakładów z miasta i spółek komunalnych. Wystarczyło, by nic się nie zmieniało. Zakładano natomiast wzrost wpływów z dnia meczowego, a więc z biletów i karnetów, bo wówczas wydawało się, że już wiosną 2012 będzie otwarta pierwsza trybuna nowego stadionu. Próbowano też zarabiać na gadżetach. Drugim filarem miało być pozyskiwanie nowych akcjonariuszy i podpisywanie z nimi co najmniej trzyletnich umów sponsorskich. No i przede wszystkim doszło kilka milionów ze sprzedaży praw telewizyjnych.

Rzeczywistość jednak wygląda zupełnie inaczej. Przez półtora roku, stowarzyszenie nie zrobiło kompletnie nic w kwestii pozyskania nowych akcjonariuszy, którzy mogliby wykupić jego akcje. Jeśli Jacek Krywult, prezydent miasta, ma o to pretensje do zarządu stowarzyszenia, to raczej ma rację.

Te informacje potwierdza Zięba, członek zarządu stowarzyszenia. - Nic się nie działo. Akcje leżały. W końcu w czerwcu 2012 roku przyszło pismo od prezydenta, w którym wyrażał on zaniepokojenie sytuacją i pytał, jakie są dalsze plany stowarzyszenia. Stowarzyszenie zaproponowało sprzedaż akcji miastu po cenie nominalnej. Później zostało to zweryfikowane na minimum 50 procent udziałów, po cenie nie niższej niż nominalna. To była jedyna działalność stowarzyszenia w tym zakresie. Próbowałem zachęcić do poszukiwania potencjalnych akcjonariuszy, ale nie było na to odzewu – twierdzi.

W końcu więc Krywult zdecydował, że skoro akcje „leżą”, to można je przejąć. Z naszych informacji wynika, że Murapol był zainteresowany przejęciem większościowego pakietu akcji, jednak temat nie został przez miasto podjęty. Można więc powiedzieć, że dobrze, iż stowarzyszenie wreszcie pozbędzie się akcji, ale przekazanie ich miastu nie wnosi zupełnie niczego nowego. Klub staje się spółką komunalną, czy wydziałem ratusza, co nie może się skończyć dobrze. Nie niesie to ani „nowego pieniądza” ani nowej energii. Jest tylko utrwaleniem obowiązującego układu. Miasto, jako właściciel klubu, powinno funkcjonować jedynie w momentach kryzysowych, lecz nie powinien to być stan permanentny. Chodzi tylko o potwierdzenie władzy w klubie. Przy całej sympatii dla Podbeskidzia, miasto ma poważniejsze problemy i wydatki. Już sama budowa nowego stadionu pochłania bardzo dużo i w tym momencie trudno jeszcze od gminy oczekiwać zwiększenia finansowego zaangażowania w klub. Już niebawem klub zostanie włączony w polityczną jatkę. Jeśli Krywult ogłosi, że chce dać kilka milionów z miejskiego budżetu na pomoc Podbeskidziu i będzie się to działo w momencie, gdy podnoszony jest podatek śmieciowy czy maksymalny podatek od nieruchomości, to zaraz podniosą się argumenty, że to wszystko po to, by utrzymać „kopaczy”, zajmujących 15. miejsce w ekstraklasie...

Już dziś można zresztą usłyszeć z biznesu sygnały, które mówią, że w Podbeskidzie, jako prywatny klub, można by zainwestować. Jednak dawać pieniądze na spółkę, w której i tak nie będzie się miało władzy, bowiem prezydent niechętnie się z nią rozstanie, nikomu się nie uśmiecha.

Problemy finansowe

Warto też powiedzieć kilka słów o problemach finansowych Podbeskidzia, o których Marek Glogaza regularnie mówi, że zostały zostawione przez poprzedników. Co na to Okrzesik? – Bardzo mnie ta sprawa boli. Mam wrażenie, że to jest metoda na ukrycie własnej nieudolności. Zostawiałem klub z budżetem o kilka milionów większym niż półtora roku wcześniej, z nowym sponsorem głównym, w ekstraklasie a nie na końcu pierwszoligowej stawki - mówi Okrzesik.

Deficyt na koniec 2011 roku z kilku powodów nie powinien jednak dziwić. Dlaczego?

- Nikt rozsądny nie przewidywał, że frekwencja w ekstraklasie spadnie w porównaniu do tego, co było w I lidze. Przełożyło się to na dochody.

- W drugiej połowie roku odeszło kilku sponsorów. Z Grupą Żywiec SA na czele. - Były prowadzone rozmowy, choć nie brałem w nich udziału. Wiem, że współpraca Grupy Żywiec z Podbeskidziem była szersza i nie obejmowała tylko klubu, ale też wsparcie Bielskiego Centrum Kultury. Podczas tych negocjacji, my byliśmy bardziej zainteresowani przeznaczaniem pieniędzy na kulturę, a nie na Podbeskidzie – tłumaczy Jerzy Dwornicki z Grupy Żywiec SA. Odszedł też Prefabet Marka Glogazy, co nie dziwi, bo jego sytuacja nie była najlepsza. Ale wpływy z tych firm były przewidywane w budżecie. Jak odejście obu firm tłumaczy obecny prezes? - Firma Prefabet, nawet w czasach nadchodzącego kryzysu, wpłaciła z tytułu umowy reklamowej na rzecz TS Podbeskidzie kwotę ponad półtora miliona złotych. Wycofała się z powodu powszechnie panującego kryzysu w gospodarce, a zwłaszcza na rynku budowlanym. Co do Grupy Żywiec rozmowy nie zostały zakończone – zapowiada tajemniczo.


Jerzy Wolas/super-nowa.pl

- W I lidze było czterech sponsorów głównych. Teraz jest trzech, choć jeszcze niedawno było... dwóch. Tyle, że rozmowy z firmą „Kredyty-Chwilówki” rozpoczęły się jeszcze gdy prezesem był Okrzesik. Wówczas firma ta proponowała takie kwoty, że byłyby tylko sponsorem premium. Teraz jest głównym, ale jest wielce prawdopodobne, że wpisanym w to miejsce trochę "na siłę", by przerwać złą passę - klub dotychczas tracił sponsorów, a ogłaszając hucznie nowego sponsora głównego można było pokazać, że zaczął ich zyskiwać.

- W okresie od września do grudnia klub był pozostawiony sam sobie. Owszem, Jerzy Wolas odpowiadał za sprawy sportowe, ale nie miał innych kompetencji. W okresie, kiedy zaczęło się układać w ekstraklasie, gdy klub wygrywał z Wisłą i Legią, a więc był w najlepszym czasie do pozyskiwania sponsorów, tylko dryfował. Jeszcze w I lidze było wiele sygnałów od firm, które mówiły, że dla nich najbardziej opłacalny będzie sponsoring w ekstraklasie, gdy pojawią się transmisje na żywo z każdego meczu. Tej szansy klub nie wykorzystał. Sponsorów zamiast przybywać, ubyło. Swoje ograniczone kompetencje w tym okresie potwierdza sam Wolas. - Rada nadzorcza zabroniła mi podejmowania decyzji, które wiązały się z konsekwencjami finansowymi. Nie mogłem zawierać umów, które do czegokolwiek zobowiązywałyby klub. Ja miałem prowadzić drużynę przez te trzy miesiąca – mówi.

- Poza tym, nie ma sensu ocenianie budżetu klubu piłkarskiego 31 grudnia. Tego oczywiście wymaga księgowość, ale dla klubu piłkarskiego rytmem pracy jest nie rok kalendarzowy, lecz sezon ligowy. Tak też rozłożone są wpływy od sponsorów czy z Canal+ Budżet bilansuje się w okresie od lipca do czerwca, czyli tak, jak trwa sezon i wtedy można dokonać jego racjonalnej oceny

OSZCZĘDNOŚCI?

Glogaza ogłosił, że klub potrzebuje oszczędności. Tymczasem... Fakty: urzędowanie zaczyna od remontu gabinetu. - I ja go rozumiem, bo sam wiem, że był taki, iż wstyd było nie raz kogoś przyjąć. ale jak się od zaczyna od remontu własnego gabinetu to się traci moralne prawo do pouczania innych o oszczędnościach – mówi Okrzesik. - Remont, który wykonano polegał na wymalowaniu ścian pomieszczenia i wymianie drzwi. "Gabinet" jest dokładnie ten sam, w którym urzędował wcześniej wiceprezes klubu – ripostuje Glogaza.

Wzrosło też zatrudnienie w administracji klubu. Przykład? Dział marketingu dziś liczy trzy osoby, wcześniej był jednoosobowy, a umów sponsorskich jest... mniej. Poprzednie władze również planowały poszerzenie działu marketingu, jednak ludzie powinni się spłacać. Zważywszy, że w klubie wzrosła także ilość służbowych samochodów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiast na administracji, Glogaza oszczędzał na piłkarzach, czego efekty widać w tabeli. - Gdy obejmowałem funkcję prezesa zarządu administracja liczyła tyle samo osób, co obecnie. Koszty utrzymania tzw. administracji są nie większe aniżeli były poprzednio. Spółka korzysta z outsourcingu. To rozwiązanie polegające na obniżeniu kosztów, przy jednoczesnym zwiększeniu jakości obsługi. Koszt obsługi przez firmy zewnętrzne jest niższy, jak zatrudnienie pracowników bezpośrednio przez klub. Znaczenie w tym kontekście ma również ograniczenie infrastrukturalne klubu, wykluczające prowadzenie niektórych obszarów funkcjonowania w siedzibie spółki – tłumaczy.

- Administracja się nie rozrosła? No, skąd. Jasne, że nie! Tylko krzeseł im brakuje. Żeby jeden mógł siąść, inny musi wstać. Ludzi jak "mrówków". Pracują dla tego klubu trzy biura. Dzisiaj w klubie panuje zasada laptop, fura i komóra. Tam każdy z laptopem pod pachę, samochód służbowy i komórka. A my do Gdyni czy Gdańska jeździliśmy własnymi samochodami – przypomina Wolas. - Klub korzysta z samochodów marki Suzuki na mocy obowiązującej umowy reklamowej (podpisanej jeszcze przez Okrzesika – przyp. MT). Nie zakupiono żadnych nowych samochodów. Oszczędności objęły wszystkie obszary zarządzania, czego przykładem jest rezygnacja z trybuny za bramką, ograniczenie funkcjonowania telewizji klubowej czy zmniejszenie kosztów obsługi meczów – broni się Glogaza. Wygląda na to, że Podbeskidzie to jedyny klub na świecie, w którym do lepszej sytuacji finansowej dochodzi się... zmniejszając pojemność stadionu. Może więc nie warto budować nowego obiektu, lecz np. zamknąć trybunę odkrytą? Wtedy koszty byłyby jeszcze mniejsze...

Zmniejszeniem nakładów na klubową telewizję „pochwalił” się prezes. Podobnie „leży” też sprzedaż gadżetów. Zamknięto hucznie otwierany w połowie 2011 roku sklep „GadżeTSPort” w galerii „Sfera”. Jak sytuacja wygląda obecnie? - W tej chwili sprzedaż odbywa się w sklepie „Real” w Bielsku-Białej i w sklepie internetowym, który my jeszcze obsługujemy – mówi Tomasz Chmielniak z grupy Quest, obsługującej gadżety Podbeskidzia. „Jeszcze?” Czy więc w najbliższym czasie ma się coś w tej kwestii zmienić? - Nie potrafię do końca odpowiedzieć. Wiele rzeczy miało się dziać w stosunku do gadżetów i wszystkich produktów dla Podbeskidzia, miał być sklep Gemini, miało być parę różnych miejsc i miało to być trochę inaczej zorganizowane, ale temat stoi praktycznie od roku. Nie potrafię odpowiedzieć, jak będzie to wyglądało dalej. My na dzień dzisiejszy żadnych nowych produktów dla Podbeskidzia nie uruchamiamy, ponieważ sytuacja jest niepewna. Mogę tylko powiedzieć, że w niebawem pojawi się... metalowy znaczek do klapy, z logiem Podbeskidzia. To wszystko – wyjawia Chmielniak. Glogaza zapowiada jednak poprawę. - Negocjowana jest obecnie umowa dotycząca otwarcia sklepu klubowego w Bielsku-Białej, w którym m.in. będą sprzedawane gadżety. W rozmowy zaangażowany jest również jeden z naszych sponsorów oraz potencjalny partner naszego klubu. Zgodnie z wolą rozmawiających stron nie możemy ujawniać szczegółów. Zrobimy to jak najszybciej po podpisaniu umowy – zapewnia.

W oszczędnościach, które obecny prezes zapisuje sobie na konto zasług, pojawia się też rozwiązanie kontraktów z drogimi w utrzymaniu zawodnikami, którzy niewiele wnosili do gry. Tymczasem większość z nich, czyli Łukasz Mierzejewski, Liad Elmaleach i Ivan Ćurić, przyszli już w zimowym okienku transferowym w 2012 roku, czyli za czasów Glogazy. Było to chyba najgorsze okienko transferowe w historii klubu.

O kosztach drużyny Okrzesik mówi: - Wiele osób zarzucało mi, że wyznaczyłem wysoką premię za awans. Tyle, że traktowałem to jako inwestycję. Daję milion, ale klub po awansie dostaje pięć. Takiej stopy zwrotu nie miało nawet Amber Gold. Zarzucano mi też, że powiedziałem, iż wszyscy zawodnicy, którzy wywalczą awans, zostaną w ekstraklasie. Chciałem jednak uniknąć sytuacji, jaką 30 lat wcześniej miał chociażby BKS Stal, gdy zawodnicy czuli, że nie walczą o awans dla siebie, ale dla tych, którzy po nich przyjdą. I udało się: cała drużyna jak maszyna pracowała tylko na jeden cel. Co do letniego okienka transferowego w ekstraklasie też nie mam kompleksów. Lirana Cohena ściągnęliśmy za... symboliczne 1 euro. Kosztuje tylko tyle, ile zarabia. Na pewno nie wypaliło z Adrianem Sikorą, trudno, nawet Arsene Wenger nie ma stuprocentowej celności przy transferach. Natomiast inna historia była z Serginho. Nie chcieliśmy go brać w ciemno, bez testów, ale by zawodnik z Brazylii dostał wizę potrzebne było podpisanie wstępnego kontraktu. Tak się właśnie stało, lecz z zastrzeżeniem że kontrakt wejdzie w życie dopiero po badaniach medycznych i testach sportowych i że ostateczną decyzję podejmie sztab szkoleniowy. Ta decyzja zapadła już po moim odejściu i kogo innego trzeba pytać o jej merytoryczne uzasadnienie – mówi Okrzesik.

PERSPEKTYWY

Jeszcze parę miesięcy temu można było myśleć, że uda się znaleźć zewnętrznego inwestora, który przejmie większościowy pakiet akcji i doprowadzi do zmian. W sytuacji, gdy praktycznie spada z ekstraklasy, trudno na to liczyć.

Podbeskidzie to nie jest klub z tradycjami. Raz złamane, może ugrzęznąć na dłużej. O markę nie będą się zabijać, kolejka sponsorów i inwestorów się nie ustawi.

Bielszczanom potrzebny jest cud. Skoro rundę jesienną zakończyli z dorobkiem sześciu punktów, trzeba będzie rozpocząć walkę o utrzymanie w... I lidze. To nie pomyłka. Stworzenie półtorarocznego planu działania, ściągnięcie wypożyczonych młodych zawodników, ogrywanie ich – to powinny być dobre drogi. Tak, by spadek nie był zbyt dużym wstrząsem.

Groźbą dla klubu jest już wspomniana struktura właścicielska. Gdy miasto ma 1 procent i odejdzie, stanowi to tylko ubytek finansowy. Gdy będzie właścicielem i odejdzie, dojdzie do katastrofy. A dlaczego ma niby odejść? - można spytać. Na klub piłkarski – a właściwie na nic – nie można patrzeć z założeniem, że realia zawsze będą takie same, jak obecnie. Do 2014r., kiedy są wybory samorządowe, nie zmieni się prawdopodobnie nic. Niemniej ktoś, kto będzie chciał wygrać z Jackiem Krywultem, pójdzie do wyborów pod hasłem, by skończyć z wydawaniem publicznych pieniędzy na zabawkę prezydenta. Nawet jeśli się z tym nie zgadzamy, dla sporej części społeczeństwa to chwytliwe hasło. Warto doprowadzić do sytuacji, by klub był rządzony z prywatnych pieniędzy, a miasto było zaledwie „nocnym stróżem”, który czuwa czy nie dzieje się nic złego. W obecnej sytuacji stadion zostanie, a klub można zniszczyć w pół roku.

Czy da się Podbeskidzie uratować? - Krywult tego tak nie zostawi. Trzeba mu oddać, że bez niego nie byłoby tych sukcesów, kocha ten klub i zrobi wszystko, aby go utrzymać w ekstraklasie. Tyle, że... jak ktoś za mocno reanimuje, to tylko połamie żebra, a nie pomoże. Po jesieni mamy sześć punktów, więc nawet sześć milionów na transfery zimą niewiele by dało. W piłce można zmarnować każdą ilość pieniędzy. Błędna koncepcja budowania drużyny z lata będzie się nadal mścić. Będzie bardzo ciężko – przewiduje Okrzesik.

A co o perspektywach Podbeskidzia sądzi Jerzy Wolas? - Z Glogazą nie będzie lepiej. To jest człowiek, który kompletnie nie zna się na piłce i mam wątpliwości czy zna się na zarządzaniu. Trzeba czasem działać błyskawicznie. Nikt wartościowy teraz do klubu nie przyjdzie, bo nikt nie chce mieć wpisanego spadku w CV. A jak zrobią tak, jak Odra Wodzisław, to będzie po klubie. Na wszystko jest za późno. Ja jestem optymistą do końca. Nadzieja umiera ostatnia, ale ta moja nadzieja jest już podłączona do kroplówki. Cudu trzeba, żeby się z tego wygrzebać. Przychodzi mi wprawdzie do głowy sytuacja, w której można być pewnym utrzymania. Do spełnienia są jednak dwa warunki. Trzeba założyć, że Bełchatów spada i wytypować drugą drużynę. Np. Koronę Kielce i wytransferować tam Glogazę na prezesa. To taki czarny żart – uśmiecha się były prezes bielszczan.

Trzeba jeszcze wspomnieć o jednym. Wprawdzie miasto jest coraz bardziej zaangażowane w Podbeskidzie, ale... ma też od niedawna nowego „konika”, którym jest siatkarska męska drużyna BBTS-u. Ktoś musi grać w nowej hali pod Dębowcem, wybudowanej przez Krywulta, w której aktualnie nie dzieje się praktycznie nic. Dlatego gmina dotuje teraz klub i wspiera starania o jego wejście do PlusLigi. W siatkówce za dużo mniejsze pieniądze niż w piłce nożnej można mieć klub, który będzie osiągał zdecydowanie lepsze wyniki niż Podbeskidzie. To znów a propos nieśmiertelności. Uzależnienie się od jednego podmiotu z myślą, że prosperita będzie trwać zawsze, już nie jeden klub sprowadziła w rewiry lig okręgowych. Jeśli Podbeskidzie ma nie podzielić tego losu, warto, by osoby decyzyjne w mieście pozwoliły wydawać także prywatne pieniądze. Są – także na Śląsku – kluby, które nie mogą się doczekać przychylnego spojrzenia władz na sport. Warto jednak zachować równowagę i zdrowe proporcje. W Bielsku-Białej je zachwiali, przesadzili w drugą stronę, a uwikłanie Podbeskidzia w politykę nie posłuży nikomu. Czy prezesem będzie Glogaza, czy Wolas, czy Okrzesik, czy ktokolwiek inny, klub będący spółką komunalną nigdy nie osiągnie nic więcej niż tylko wegetacja w dolnych rejonach tabeli. A i to w bardzo optymistycznym dla Bielska-Białej wariancie.

Michał Trela

autor: Michał Trela

Przeczytaj również