Pierwszy trener: Piotr Malinowski zawsze był żywym srebrem
09.07.2011
Czy pamięta pan kiedy Piotr Malinowski rozpoczął u pana treningi?
Janusz Kała: - Prowadzę dokładny rejestr wszystkich zawodników, którzy u mnie grali, żeby mieć dowód, że ich trenowałem, więc mogę podać dokładne dane. Przyszedł do mnie na trening po raz pierwszy 21 sierpnia 1995 roku. Miał wtedy 11 lat. Był zawodnikiem numer 1414, dziś mam ich w dorobku ponad 3 tysiące. Grał u mnie przez półtora roku.
Jak się z nim współpracowało?
- Kiedy do mnie przyszedł, spytałem go, dlaczego chce grać w Beniaminku, skoro w Częstochowie jest kilka bardziej znanych klubów. Odpowiedział, że chce zostać piłkarzem, a z Victorii czy Skry trudniej byłoby mu się przebić do najbardziej znanego Rakowa. Ode mnie odszedł właśnie do tego klubu...
Jakim był wtedy piłkarzem?
- Trafił na rocznik 1984/1985, który był bardzo mocny i przyczynił się do największych sukcesów w historii klubu. Kilku zawodników z tamtych roczników gra teraz w częstochowskich zespołach, ale on zaszedł najdalej. Okręgowy Związek Piłki Nożnej powołał wtedy do życia grupę trampkarzy młodszych i on tam grał, mógł się rozwijać. Wystawiałem go często na lewej obronie, żeby się nie palił pod bramką, ale on i tak był moim najlepszym strzelcem. W lidze wtedy grało się rzadziej niż dzisiaj. Łącznie wystąpił w 17 meczach Beniaminka i strzelił 10 goli. Częściej jednak jeździliśmy na turnieje, bo na mniejszych boiskach ci chłopcy mieli większe szanse na pokazanie się. Właśnie w takich zawodach strzelił gola m.in. Wiśle Kraków. A tymczasem w marcu też strzelił bramkę Wiśle... To oczywiście inny poziom, ale od razu mi się to przypomniało. Czasem grał tak ścichapęk. Niby był na boisku, a jakby go nie było. Znikał, a potem nagle robił sprint, nikt go nie mógł dogonić i strzelał gola. Teraz jak widzę, gra bardzo podobnie, choć u mnie był w podstawowym składzie, a w Podbeskidziu wchodzi z ławki rezerwowych.
Dziś Malinowski jest znany przede wszystkim ze wspaniałej szybkości. Czy wtedy też wszystkich wyprzedzał z taką łatwością?
- Zdecydowanie, od samego początku miał niesamowite przyspieszenie, dlatego grał na skrzydle. Pamiętam, że pojechaliśmy kiedyś na mecz do Gnaszyna, wygraliśmy kilkunastoma bramkami, a Malinowski strzelił 10 goli. Rywale zaczęli go faulować tak ostro, że musiałem go zdjąć z boiska. Wyjaśniłem, że to nie dlatego, że jest słaby, ale dla jego zdrowia. Trener przeciwników podszedł potem do mnie i spytał: "Co to za chłopak? Ledwo go widać, a 10 bramek nam strzelił. Niesamowite..." A wiadomo, jak ktoś jest szybki, strzela gole to musi wzbudzać zainteresowanie szperaczy. To było żywe sreberko. Zwłaszcza, gdy Piotruś strzelił bramki Rakowowi, wiedziałem, że długo w Beniaminku nie pogra. I rzeczywiście, tak się stało w 1997 roku.
Jak doszło do zmiany klubu?
- Do Piotrka przyszli ludzie z Rakowa. On był bardzo w porządku młodym człowiekiem i powiedział, że bez mojej obecności nie będzie rozmawiał z żadnym innym klubem. Raków nic za niego nie dał, ale nie chciałem mu blokować kariery. Człowiek był idealistą, widział, że chłopak ma talent i chce się rozwijać. Dąży do tego, żeby zrobić karierę. My dzięki niemu wygraliśmy kilka turniejów, ale tam miał lepsze perspektywy rozwoju. Byłbym więc skończonym idiotą, gdybym go wtedy nie puścił. Na zakończenie jego epizodu w Beniaminku rozegraliśmy mecz z Rakowem. W jednej połowie Piotruś grał w Rakowie i strzelił nam trzy gole. Był jednak sprawiedliwy, bo w drugiej części gry występował w Beniaminku i również trafił trzy razy!
Druga charakterystyczna cecha Malinowskiego to... specyficzna sylwetka podczas biegu.
- Tak, od początku to było widać. Piotrek jak biegł, to zawsze był taki pochylony. Próbowałem to wyplenić, ale na pewne nawyki już jest za późno nawet u 11-latka. Dziś ma 27 lat i widzę, że biega dokładnie tak samo. Ale jak mu to nie przeszkadza w grze, to nie ma żadnego problemu.
Skrzydłowy Podbeskidzia wykazuje się olbrzymią skromnością i sprawia wrażenie lekko zażenowanego całym zainteresowaniem wokół niego. Jaki był wtedy z charakteru?
- Zawsze był niesamowicie skromny i taki skryty. Strzelił gola i jasne, cieszył się, ale zaraz się chował za kolegami. Zwłaszcza, że był taki malutki, że sięgał im do połowy klatki piersiowej. Nie raz próbowałem do niego dotrzeć. Pytałem, co było nie tak. Zawsze mówił: "Dobrze mi jest, dobrze...". Ale zawsze czułem, że coś nie było w porządku. Nie wiem jak się u niego w życiu układało, ale od początku był skryty. Teraz widzę, że chłopak strzeli jednego gola i już pozy wyczynia, chce żeby mu pokłony bili. A Piotrek to i trzy strzelił, a i tak nigdy się w tłumie nie wyróżniał. Podoba mi się ta jego skromność do dzisiaj. Był wtedy bardzo lubiany. Taki dobry duszek drużyny.
W przypadku Malinowskiego często podaje się, że jest wychowankiem Rakowa, pomijając wcześniejszą grę w Beniaminku...
- I to mi imponuje u Piotrka. Beniaminek nie ma dobrych notowań w Częstochowie, nie mamy nawet boiska. To trochę obciach u nas grać, bo często zbieramy zawodników, którzy nie znaleźli miejsca w innych częstochowskich klubów. Malinowskiego mam wśród znajomych na jednym z portali społecznościowych i okazało się, że on się do Beniaminka przyznaje. Niektórzy pozdrawiają, koszulki wysyłają, ale publicznie mówią, że wychowali się w Rakowie. A Piotrek nie. To miłe z jego strony.
Śledzi pan teraz jego losy?
- Nie tylko jego. Fakt, że w Podbeskidziu Bielsko-Biała gra mój najsłynniejszy wychowanek sprawił, że zacząłem również na miarę możliwości śledzić losy tego zespołu. Marzy mi się, żeby Piotrek kiedyś nas odwiedził, spotkał się z chłopakami, tak żeby oni zobaczyli, że nawet z Beniaminka da się dojść do ekstraklasy.
Ma pan jeszcze jakieś marzenia?
- Takie bardzo ciche. Wiem, że to duże koszty, ale wspaniale by było, gdyby moi chłopcy mieli możliwość zobaczenia na żywo meczu Podbeskidzia w ekstraklasie. Żeby mogli na żywo obejrzeć chłopaka, który kilkanaście lat temu, tak jak oni, grał w Beniaminku. Wspaniale by też było zagrać jakiś sparing z Podbeskidziem. Tak na miarę możliwości, bo my nie mamy boiska. Moglibyśmy grać gdzieś bliżej Katowic, żeby oni nie musieli daleko jechać... Piotrkowi Malinowskiemu po prostu wiele zawdzięczamy i zawsze będę go dobrze wspominać.
Rozmawiał Michał Trela.
Janusz Kała: - Prowadzę dokładny rejestr wszystkich zawodników, którzy u mnie grali, żeby mieć dowód, że ich trenowałem, więc mogę podać dokładne dane. Przyszedł do mnie na trening po raz pierwszy 21 sierpnia 1995 roku. Miał wtedy 11 lat. Był zawodnikiem numer 1414, dziś mam ich w dorobku ponad 3 tysiące. Grał u mnie przez półtora roku.
Jak się z nim współpracowało?
- Kiedy do mnie przyszedł, spytałem go, dlaczego chce grać w Beniaminku, skoro w Częstochowie jest kilka bardziej znanych klubów. Odpowiedział, że chce zostać piłkarzem, a z Victorii czy Skry trudniej byłoby mu się przebić do najbardziej znanego Rakowa. Ode mnie odszedł właśnie do tego klubu...
Jakim był wtedy piłkarzem?
- Trafił na rocznik 1984/1985, który był bardzo mocny i przyczynił się do największych sukcesów w historii klubu. Kilku zawodników z tamtych roczników gra teraz w częstochowskich zespołach, ale on zaszedł najdalej. Okręgowy Związek Piłki Nożnej powołał wtedy do życia grupę trampkarzy młodszych i on tam grał, mógł się rozwijać. Wystawiałem go często na lewej obronie, żeby się nie palił pod bramką, ale on i tak był moim najlepszym strzelcem. W lidze wtedy grało się rzadziej niż dzisiaj. Łącznie wystąpił w 17 meczach Beniaminka i strzelił 10 goli. Częściej jednak jeździliśmy na turnieje, bo na mniejszych boiskach ci chłopcy mieli większe szanse na pokazanie się. Właśnie w takich zawodach strzelił gola m.in. Wiśle Kraków. A tymczasem w marcu też strzelił bramkę Wiśle... To oczywiście inny poziom, ale od razu mi się to przypomniało. Czasem grał tak ścichapęk. Niby był na boisku, a jakby go nie było. Znikał, a potem nagle robił sprint, nikt go nie mógł dogonić i strzelał gola. Teraz jak widzę, gra bardzo podobnie, choć u mnie był w podstawowym składzie, a w Podbeskidziu wchodzi z ławki rezerwowych.
Dziś Malinowski jest znany przede wszystkim ze wspaniałej szybkości. Czy wtedy też wszystkich wyprzedzał z taką łatwością?
- Zdecydowanie, od samego początku miał niesamowite przyspieszenie, dlatego grał na skrzydle. Pamiętam, że pojechaliśmy kiedyś na mecz do Gnaszyna, wygraliśmy kilkunastoma bramkami, a Malinowski strzelił 10 goli. Rywale zaczęli go faulować tak ostro, że musiałem go zdjąć z boiska. Wyjaśniłem, że to nie dlatego, że jest słaby, ale dla jego zdrowia. Trener przeciwników podszedł potem do mnie i spytał: "Co to za chłopak? Ledwo go widać, a 10 bramek nam strzelił. Niesamowite..." A wiadomo, jak ktoś jest szybki, strzela gole to musi wzbudzać zainteresowanie szperaczy. To było żywe sreberko. Zwłaszcza, gdy Piotruś strzelił bramki Rakowowi, wiedziałem, że długo w Beniaminku nie pogra. I rzeczywiście, tak się stało w 1997 roku.
Jak doszło do zmiany klubu?
- Do Piotrka przyszli ludzie z Rakowa. On był bardzo w porządku młodym człowiekiem i powiedział, że bez mojej obecności nie będzie rozmawiał z żadnym innym klubem. Raków nic za niego nie dał, ale nie chciałem mu blokować kariery. Człowiek był idealistą, widział, że chłopak ma talent i chce się rozwijać. Dąży do tego, żeby zrobić karierę. My dzięki niemu wygraliśmy kilka turniejów, ale tam miał lepsze perspektywy rozwoju. Byłbym więc skończonym idiotą, gdybym go wtedy nie puścił. Na zakończenie jego epizodu w Beniaminku rozegraliśmy mecz z Rakowem. W jednej połowie Piotruś grał w Rakowie i strzelił nam trzy gole. Był jednak sprawiedliwy, bo w drugiej części gry występował w Beniaminku i również trafił trzy razy!
Druga charakterystyczna cecha Malinowskiego to... specyficzna sylwetka podczas biegu.
- Tak, od początku to było widać. Piotrek jak biegł, to zawsze był taki pochylony. Próbowałem to wyplenić, ale na pewne nawyki już jest za późno nawet u 11-latka. Dziś ma 27 lat i widzę, że biega dokładnie tak samo. Ale jak mu to nie przeszkadza w grze, to nie ma żadnego problemu.
Skrzydłowy Podbeskidzia wykazuje się olbrzymią skromnością i sprawia wrażenie lekko zażenowanego całym zainteresowaniem wokół niego. Jaki był wtedy z charakteru?
- Zawsze był niesamowicie skromny i taki skryty. Strzelił gola i jasne, cieszył się, ale zaraz się chował za kolegami. Zwłaszcza, że był taki malutki, że sięgał im do połowy klatki piersiowej. Nie raz próbowałem do niego dotrzeć. Pytałem, co było nie tak. Zawsze mówił: "Dobrze mi jest, dobrze...". Ale zawsze czułem, że coś nie było w porządku. Nie wiem jak się u niego w życiu układało, ale od początku był skryty. Teraz widzę, że chłopak strzeli jednego gola i już pozy wyczynia, chce żeby mu pokłony bili. A Piotrek to i trzy strzelił, a i tak nigdy się w tłumie nie wyróżniał. Podoba mi się ta jego skromność do dzisiaj. Był wtedy bardzo lubiany. Taki dobry duszek drużyny.
W przypadku Malinowskiego często podaje się, że jest wychowankiem Rakowa, pomijając wcześniejszą grę w Beniaminku...
- I to mi imponuje u Piotrka. Beniaminek nie ma dobrych notowań w Częstochowie, nie mamy nawet boiska. To trochę obciach u nas grać, bo często zbieramy zawodników, którzy nie znaleźli miejsca w innych częstochowskich klubów. Malinowskiego mam wśród znajomych na jednym z portali społecznościowych i okazało się, że on się do Beniaminka przyznaje. Niektórzy pozdrawiają, koszulki wysyłają, ale publicznie mówią, że wychowali się w Rakowie. A Piotrek nie. To miłe z jego strony.
Śledzi pan teraz jego losy?
- Nie tylko jego. Fakt, że w Podbeskidziu Bielsko-Biała gra mój najsłynniejszy wychowanek sprawił, że zacząłem również na miarę możliwości śledzić losy tego zespołu. Marzy mi się, żeby Piotrek kiedyś nas odwiedził, spotkał się z chłopakami, tak żeby oni zobaczyli, że nawet z Beniaminka da się dojść do ekstraklasy.
Ma pan jeszcze jakieś marzenia?
- Takie bardzo ciche. Wiem, że to duże koszty, ale wspaniale by było, gdyby moi chłopcy mieli możliwość zobaczenia na żywo meczu Podbeskidzia w ekstraklasie. Żeby mogli na żywo obejrzeć chłopaka, który kilkanaście lat temu, tak jak oni, grał w Beniaminku. Wspaniale by też było zagrać jakiś sparing z Podbeskidziem. Tak na miarę możliwości, bo my nie mamy boiska. Moglibyśmy grać gdzieś bliżej Katowic, żeby oni nie musieli daleko jechać... Piotrkowi Malinowskiemu po prostu wiele zawdzięczamy i zawsze będę go dobrze wspominać.
Rozmawiał Michał Trela.
Polecane
I liga