Obrońca Podbeskidzia: Może zacząć śmierdzieć I ligą...
07.10.2012
Panie Krzysztofie, dlaczego wynik znów był tak zły?
Krzysztof Król: - Górnik Zabrze miał szczęście, my tego szczęścia nie mieliśmy, więc rezultat jest taki, a nie inny. Pierwsza bramka padła po rykoszecie. Jakby się nie odbiło, to może by nie wpadło. Druga - zderzyło się dwóch naszych zawodników. Gdyby się nie zderzyło, to też by nie wpadło.
No, dobrze. A trzecia?
- Postawiliśmy już wszystko na jedną kartę, czego konsekwencją była kontra Górnika i trzeci gol.
Przyznam, że brzmi to trochę absurdalnie. O braku szczęścia można by mówić, gdybyście obijali słupki i poprzeczki, mieli 30 strzałów...
- Szczęście też trzeba mieć. Pierwsza połowa wyglądała jako tako, z tego, co słyszałem, wszyscy mówili, że była wyrównana. W drugiej połowie znów potraciliśmy takie głupie bramki. Może gdybyśmy nie tracili takich głupich bramek, to bym panu powiedział: "No, byliśmy słabsi". Tyle, że nie było jakichś klarownych sytuacji, w których Górnik by nas rozklepał, czy objechał tak, jak zrobił to Waldemar Sobota ze Śląska Wrocław. Teraz czegoś takiego nie było.
Problem tkwi w grze obrońców?
- W jakiej obronie? Był rykoszet, to co my mamy zrobić? Odbić jakąś, k..., nie wiem, pałką, żeby to obronić? Wpadła nieszczęśliwie. Druga bramka to też rzut rożny, wszyscy skaczą, dwóch naszych się zderzyło i strzelają. A trzecia co? Był jakiś obrońca przy trzeciej bramce? Jak się atakuje, to jest się narażony na ryzyko i na to, że nie zdąży się wrócić.
Nad czym będziecie w takim razie pracować przez dwa tygodnie? Nad szczęściem, czy jednak zdiagnozujecie jakiś inny problem?
- Mamy dwa tygodnie, które będziemy musieli ciężko przepracować, bo jedziemy potem na Bełchatów, który będzie się chciał odbić od dna. Większość zawodników oglądała jego spotkanie z Ruchem Chorzów. Też zabrakło im trochę szczęścia, żeby dowieźć remis do końca. Nawet zwycięstwo z GKS-em tak naprawdę nic nam nie da. Trzeba szukać wygranych także w innych spotkaniach, bo dwa punkty na dziś to... troszkę mało jak na ekstraklasę. Żeby się utrzymać, trzeba zdobyć jak najwięcej punktów jesienią, gdyż może powoli zacząć śmierdzieć I ligą.
W tym tygodniu mieliście spotkanie w gronie zawodników. Czy udało się wam jakoś oczyścić?
- Wyszliśmy skoncentrowani, powiedzieliśmy, co leży jednemu i drugiemu na sercu. Wychodzimy na plac i każdy chce wygrać. Wszyscy się starają. Najlepiej zwalić na obronę, powiedzieć, że Podbeskidzie słabe, bo nie potrafi akcji wyprowadzić, ale niech pan wierzy, my nie gramy po to w piłkę, żeby sobie zarobić pieniądz i odebrać go co 10-ego czy 15-ego każdego miesiąca. Wychodzimy, żeby coś osiągnąć. Nikt nie jest zadowolony z sytuacji i na pewno żaden z zawodników z dzisiejszej kadry nie chce grać za rok w I lidze. Fala krytyki na pewno znów na nas napłynie, ale wszyscy chcą wygrywać. Mamy dwa punkty, lecz nie róbmy jeszcze takiej wielkiej tragedii. Jest jeszcze sporo spotkań. Czas pokaże, czy zasługujemy na tę ekstraklasę w tym sezonie, czy nie.
Nie jest więc tak, że macie mniejszą motywację niż w pierwszym sezonie po awansie?
- Wszyscy, którzy wychodzą na boisko, chcą coś więcej osiągnąć. Jeden sezon w ekstraklasie, to jest na zasadzie "zagram sobie, bo się udało". Ale trzeba też potwierdzić, że jest się tego godnym. Każdy, kto gra, jest nie po to, żeby ot tak sobie odbębnić kolejny sezon w ekstraklasie, tylko coś pokazać.
Nie zaczyna panu przypominać ta sytuacja tego, co pan przeżywał w Bytomiu. Z Polonią zaliczył pan spadek z ekstraklasy...
- Wie pan co, Bytom to ja bym najchętniej wymazał z pamięci i właściwie już go nie pamiętam. To było jedno wielkie pośmiewisko. Tam nie było boiska do trenowania, nie płacili, okłamywali nas co tydzień prezesi, wiceprezes, dyrektor. Jedyną dobrą rzeczą byli kibice. Naprawdę, na każdym meczu było tam czuć, że są z nami i chcą, żebyśmy wygrywali i się utrzymali, ale niestety zawiodło wiele innych spraw.
Tutaj w Bielsku czujecie wsparcie kibiców?
- Cieszę się, że kibice, gdy widzą, że gramy słabo, nie będą klaskać, bo klaskać to sobie możemy w teatrze. Gramy źle, to musimy usłyszeć jakiś negatywny okrzyk. Ile będziemy sobie grać, a kibice będą przychodzić i płacić za bilety? Mogą powiedzieć, że to strata czasu, bo przychodzą na 90 minut, a często jeszcze wcześniej na stadion, chcą popatrzeć całymi rodzinami, a my gramy tak, że tracimy punkty u siebie i fanów to na pewno troszkę frustruje. Można więc usłyszeć jakieś okrzyki z trybun.
Dzisiaj więc za "K... mać, Bielsko grać!" się nie obrażacie?
- A co mieli powiedzieć? Nic nie gramy, to muszą coś powiedzieć. Może to nas zmotywuje do czegoś więcej? Gdzieś tam słyszałem o ambicji. Z tym się akurat nie zgodzę, bo wszyscy mają ambicję. Każdy chce grać wyżej. Jednemu to wychodzi lepiej, innemu gorzej, każdy ma charakter i wie, co mu w głowie siedzi. Trzeba zacząć wygrywać i wtedy na pewno takich okrzyków nie będzie.
Trener powiedział na konferencji, że jest odpowiedzialny za wszystko to, co się dzieje. A wy zawodnicy się z tym zgadzacie, czy też macie do siebie pretensje?
- W tygodniu wszystko jest tak, jak być powinno. A przecież pan trener za nas nie będzie biegał na boisku. Nie może wejść i nam pomóc. Może nam coś podpowiedzieć, ale to my gramy, podejmujemy decyzje raz dobre, raz złe. Akurat większość w meczu z Górnikiem było złych. Trzeba sobie zadać pytanie, o co my gramy w tym sezonie. Rok temu początek nie był najlepszy, ale wygraliśmy na Legii i się odbiliśmy. Teraz też czekamy na zwycięstwo, które pomoże nam się przełamać. Jedziemy teraz na Bełchatów. Nie wiem jak, nie wiem, co tam zrobimy, ale musimy wygrać. Nieważne jak, ale trzeba przywieźć trzy punkty.
Rozmawiał Michał Trela.
Krzysztof Król: - Górnik Zabrze miał szczęście, my tego szczęścia nie mieliśmy, więc rezultat jest taki, a nie inny. Pierwsza bramka padła po rykoszecie. Jakby się nie odbiło, to może by nie wpadło. Druga - zderzyło się dwóch naszych zawodników. Gdyby się nie zderzyło, to też by nie wpadło.
No, dobrze. A trzecia?
- Postawiliśmy już wszystko na jedną kartę, czego konsekwencją była kontra Górnika i trzeci gol.
Przyznam, że brzmi to trochę absurdalnie. O braku szczęścia można by mówić, gdybyście obijali słupki i poprzeczki, mieli 30 strzałów...
- Szczęście też trzeba mieć. Pierwsza połowa wyglądała jako tako, z tego, co słyszałem, wszyscy mówili, że była wyrównana. W drugiej połowie znów potraciliśmy takie głupie bramki. Może gdybyśmy nie tracili takich głupich bramek, to bym panu powiedział: "No, byliśmy słabsi". Tyle, że nie było jakichś klarownych sytuacji, w których Górnik by nas rozklepał, czy objechał tak, jak zrobił to Waldemar Sobota ze Śląska Wrocław. Teraz czegoś takiego nie było.
Problem tkwi w grze obrońców?
- W jakiej obronie? Był rykoszet, to co my mamy zrobić? Odbić jakąś, k..., nie wiem, pałką, żeby to obronić? Wpadła nieszczęśliwie. Druga bramka to też rzut rożny, wszyscy skaczą, dwóch naszych się zderzyło i strzelają. A trzecia co? Był jakiś obrońca przy trzeciej bramce? Jak się atakuje, to jest się narażony na ryzyko i na to, że nie zdąży się wrócić.
Nad czym będziecie w takim razie pracować przez dwa tygodnie? Nad szczęściem, czy jednak zdiagnozujecie jakiś inny problem?
- Mamy dwa tygodnie, które będziemy musieli ciężko przepracować, bo jedziemy potem na Bełchatów, który będzie się chciał odbić od dna. Większość zawodników oglądała jego spotkanie z Ruchem Chorzów. Też zabrakło im trochę szczęścia, żeby dowieźć remis do końca. Nawet zwycięstwo z GKS-em tak naprawdę nic nam nie da. Trzeba szukać wygranych także w innych spotkaniach, bo dwa punkty na dziś to... troszkę mało jak na ekstraklasę. Żeby się utrzymać, trzeba zdobyć jak najwięcej punktów jesienią, gdyż może powoli zacząć śmierdzieć I ligą.
W tym tygodniu mieliście spotkanie w gronie zawodników. Czy udało się wam jakoś oczyścić?- Wyszliśmy skoncentrowani, powiedzieliśmy, co leży jednemu i drugiemu na sercu. Wychodzimy na plac i każdy chce wygrać. Wszyscy się starają. Najlepiej zwalić na obronę, powiedzieć, że Podbeskidzie słabe, bo nie potrafi akcji wyprowadzić, ale niech pan wierzy, my nie gramy po to w piłkę, żeby sobie zarobić pieniądz i odebrać go co 10-ego czy 15-ego każdego miesiąca. Wychodzimy, żeby coś osiągnąć. Nikt nie jest zadowolony z sytuacji i na pewno żaden z zawodników z dzisiejszej kadry nie chce grać za rok w I lidze. Fala krytyki na pewno znów na nas napłynie, ale wszyscy chcą wygrywać. Mamy dwa punkty, lecz nie róbmy jeszcze takiej wielkiej tragedii. Jest jeszcze sporo spotkań. Czas pokaże, czy zasługujemy na tę ekstraklasę w tym sezonie, czy nie.
Nie jest więc tak, że macie mniejszą motywację niż w pierwszym sezonie po awansie?
- Wszyscy, którzy wychodzą na boisko, chcą coś więcej osiągnąć. Jeden sezon w ekstraklasie, to jest na zasadzie "zagram sobie, bo się udało". Ale trzeba też potwierdzić, że jest się tego godnym. Każdy, kto gra, jest nie po to, żeby ot tak sobie odbębnić kolejny sezon w ekstraklasie, tylko coś pokazać.
Nie zaczyna panu przypominać ta sytuacja tego, co pan przeżywał w Bytomiu. Z Polonią zaliczył pan spadek z ekstraklasy...
- Wie pan co, Bytom to ja bym najchętniej wymazał z pamięci i właściwie już go nie pamiętam. To było jedno wielkie pośmiewisko. Tam nie było boiska do trenowania, nie płacili, okłamywali nas co tydzień prezesi, wiceprezes, dyrektor. Jedyną dobrą rzeczą byli kibice. Naprawdę, na każdym meczu było tam czuć, że są z nami i chcą, żebyśmy wygrywali i się utrzymali, ale niestety zawiodło wiele innych spraw.
Tutaj w Bielsku czujecie wsparcie kibiców?
- Cieszę się, że kibice, gdy widzą, że gramy słabo, nie będą klaskać, bo klaskać to sobie możemy w teatrze. Gramy źle, to musimy usłyszeć jakiś negatywny okrzyk. Ile będziemy sobie grać, a kibice będą przychodzić i płacić za bilety? Mogą powiedzieć, że to strata czasu, bo przychodzą na 90 minut, a często jeszcze wcześniej na stadion, chcą popatrzeć całymi rodzinami, a my gramy tak, że tracimy punkty u siebie i fanów to na pewno troszkę frustruje. Można więc usłyszeć jakieś okrzyki z trybun.
Dzisiaj więc za "K... mać, Bielsko grać!" się nie obrażacie?
- A co mieli powiedzieć? Nic nie gramy, to muszą coś powiedzieć. Może to nas zmotywuje do czegoś więcej? Gdzieś tam słyszałem o ambicji. Z tym się akurat nie zgodzę, bo wszyscy mają ambicję. Każdy chce grać wyżej. Jednemu to wychodzi lepiej, innemu gorzej, każdy ma charakter i wie, co mu w głowie siedzi. Trzeba zacząć wygrywać i wtedy na pewno takich okrzyków nie będzie.
Trener powiedział na konferencji, że jest odpowiedzialny za wszystko to, co się dzieje. A wy zawodnicy się z tym zgadzacie, czy też macie do siebie pretensje?
- W tygodniu wszystko jest tak, jak być powinno. A przecież pan trener za nas nie będzie biegał na boisku. Nie może wejść i nam pomóc. Może nam coś podpowiedzieć, ale to my gramy, podejmujemy decyzje raz dobre, raz złe. Akurat większość w meczu z Górnikiem było złych. Trzeba sobie zadać pytanie, o co my gramy w tym sezonie. Rok temu początek nie był najlepszy, ale wygraliśmy na Legii i się odbiliśmy. Teraz też czekamy na zwycięstwo, które pomoże nam się przełamać. Jedziemy teraz na Bełchatów. Nie wiem jak, nie wiem, co tam zrobimy, ale musimy wygrać. Nieważne jak, ale trzeba przywieźć trzy punkty.
Rozmawiał Michał Trela.
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
07.08.2022
07.08.2022
Główka Paluszka metodą na wicemistrzów