Nowy prezes "Górali": Trzeba być przygotowanym także na spadek
Skąd decyzja o objęciu posady prezesa Podbeskidzia Bielsko-Biała?
Wojciech Borecki, prezes Podbeskidzia Bielsko-Biała: - Po prostu przystałem na propozycję, którą mi złożono. Traktuję to jako wielkie wyzwanie sportowe, ale też organizacyjne. Wielki sentyment do Bielska-Białej niewątpliwie dalej pozostaje. To były główne powody. Czuję się kompetentny na to stanowisko. Od kilkudziesięciu lat jestem związany z piłką nożną. Można powiedzieć, że pracowałem na każdym szczeblu rozgrywkowym. I w V lidze i w ekstraklasie. Mam bogate doświadczenie. Jednocześnie, mam licencję trenerską UEFA Pro, prowadzę działalność gospodarczą, więc wiem, na czym polega biznes i wiem na czym polega biznes sportowy, w czym pomogła mi krótka, ale dość intensywna praca w Jagiellonii Białystok, jako wiceprezes ds. szkolenia.
Jaki wpływ na pana decyzję miało miasto?
- Osoba prezydenta Jacka Krywulta miała duże znaczenie, bo prawdę mówiąc, w żadnym klubie nie spotkałem tak prosportowego prezydenta.
Pamiętam, że ostatni raz rozmawialiśmy w sierpniu w Białymstoku przy okazji meczu Jagiellonii z Podbeskidziem. Wtedy odniosłem wrażenie, że ma pan na Podlasiu ustabilizowane życie i przyszłość wiąże raczej z klubem z Białegostoku...
- Też mi się tak wydawało. Ale to chyba dusza trenera, że kiedy pojawia się gdzieś w Polsce wyzwanie, to ciągnie do zmiany klimatu. Wtedy człowiek wyjeżdża i podejmuje się pracy. Wolałbym stabilizację, lecz ta sprawa wydała mi się priorytetowa. Zawsze interesowałem się tym, co się dzieje w Podbeskidziu. Wie pan, to jest naprawdę trudny moment. Coraz bardziej dociera do mnie świadomość, ile tu jest do zrobienia. Jakie nadzieje tutaj ludzie wiążą z moją osobą. Dlatego to była trudna decyzja. Teraz przede mną ogrom pracy, żeby odwdzięczyć się za kredyt zaufania, jaki dostałem od ludzi z miasta. Myślę jednak, że potrafię maleńką cegiełkę do pozytywnego wizerunku Podbeskidzia dołożyć. Tym bardziej, że liczę na pomoc. Uważam, że nie ma ludzi, którzy są w pojedynkę w stanie coś zrobić. Od kiedy Podbeskidzie stało się spółką komunalną jest wiele rzeczy, które trzeba zmienić i wprowadzić na trochę inne tory.
Podczas rozmów przed objęciem funkcji stawiano przed panem zadanie utrzymania ekstraklasy za wszelką cenę czy długofalową budowę zespołu?
- Jedno i drugie. Nikt się tutaj nie poddaje i chcemy wojować o utrzymanie w ekstraklasie. To rzecz nadrzędna. Jakim sposobem, to jest osobny rozdział, ale jakieś przemyślenia na ten temat mam. Wiem, co chcę zrobić. Tutaj potrzebna jest jeszcze osoba trenera, z którym – przyznam się szczerze – jeszcze nie rozmawiałem. Mam zaplanowane spotkanie z nim po świętach. Najważniejsze, to zrobić wszystko, żeby ten zespół utrzymać w ekstraklasie. Różne rzeczy się mogą jeszcze wydarzyć, w sensie organizacyjnym i licencyjnym. My przede wszystkim musimy jednak myśleć o stronie sportowej. Ważni są w tym wszystkim kibice. Życzyłbym sobie żeby na Podbeskidzie chodziło więcej ludzi i żeby atmosfera była inna, a nie taka, jak do tej pory. To też jest jakieś moje zadanie i poczuwam się do takiego obowiązku.
Spadku nikt więc nie będzie brał pod uwagę?
- Oczywiście trzeba też uwzględnić taką perspektywę, że drużyna Podbeskidzia spada. Trzeba być przygotowanym także na to. Będziemy szukać złotego środka.
Pana osoba kojarzy się w tym regionie z wprowadzaniem młodych talentów, stawianiem na nikomu nieznanych zawodników. Tymczasem dziś Podbeskidzie ma najstarszy skład w ekstraklasie. Może pan zdradzić czy rzeczywiście postawi pan na odmłodzenie?
Czyli nie jest tak, że podpisze pan tylko już przygotowane dokumenty np. w sprawie Patryka Rachwała czy Marcina Radzewicza?
- Nie, nie, absolutnie. Każdy ewentualny transfer będzie pieczołowicie analizowany pod kątem potrzeb i finansowych możliwości klubu. Zaręczam, że nic się w najbliższym czasie nie stanie. Nie podpiszę pochopnie żadnych decyzji transferowych.
Pojawiają się ostatnio różne plotki. Czy może pan z całą pewnością powiedzieć, że trener Marcin Sasal poprowadzi Podbeskidzie na wiosnę?
- Trener Sasal, z tego co mi wiadomo, ma ważny kontrakt do czerwca 2013 roku.
Oczywiście. Mówi się jednak, że może dojść do zmiany szkoleniowca już zimą.
- Ja nie będę na chwilę obecną komentował plotek.
Na koniec, czy nie jest tak, że tą decyzją zafundował pan sobie... niespokojne święta? Głowa pewnie już pełna pomysłów i może być ciężko się skupić na świętach...
- Nie ukrywam, że tak. Nawet poświąteczne plany musiałem zweryfikować i muszę zostać przez kilka dni w Bielsku. Zapoznam się z sytuacją, żeby już od 2-3 stycznia móc zacząć efektywnie pracować. Plany powrotu zaraz po świętach wzięły w łeb i muszę tutaj zostać. Przez święta też będę myślał o Podbeskidziu o jakichś punktach, od których chciałbym zacząć. Wiem, że czeka mnie ogrom pracy, do której podejdę z zapałem.
Rozmawiał Michał Trela.