Napastnik Podbeskidzia ma coś do udowodnienia... Smudzie

07.12.2010
Był w Legii, ale Franciszek Smuda go nie chciał. Gdyby nie feralna przewrotka, może zdziałałby coś w ŁKS-ie... A tak, pełnię swoich umiejętności Adam Cieśliński pokazuje dopiero u "Górali".
Przypomnijmy, Cieśliński, jako pierwszy piłkarz w historii Podbeskidzia Bielsko-Biała, został nagrodzony w prestiżowym plebiscycie tygodnika "Piłka Nożna". Najlepszego strzelca "Górali" uznano za "I-ligowca roku 2010". A jego kariera dotychczas wcale nie była usłana różami. Wprawdzie na początku było modelowo, jego rodzina posiadała tradycje sportowe, ojciec występował w IV-ligowym FAM-ie Chełmno, a wujek grał nawet na szczeblu III ligi. Młody Cieśliński szybko udowodnił, że talent ma większy od nich. Był zapraszany na mecze kadry województwa kujawsko-pomorskiego, a gdy miał 18 lat, podpisał kontrakt z Legią Warszawa.

Złapał pana Boga za nogi? Raczej nie, bo Franciszek Smuda, ówczesny trener stołecznej drużyny, nie widział dla niego miejsca w pierwszym zespole. - Złapałem kontuzję kolana na obozie we Francji, wypożyczono mnie do Olsztyna. Po powrocie miałem fajny sezon, byłem najlepszym strzelcem drużyny rezerw, ale nic mi to nie dało. Odszedłem - wspomina. Przez TKP Toruń, trafił do ŁKS-u, gdzie dane mu było zadebiutować w ekstraklasie. 10 meczów i żadnej bramki nie może jednak na nikim robić wrażenia. - Na treningu, podczas próby strzału przewrotką... złamałem rękę. To był koniec moich szans w Łodzi. Przez kontuzje nie zrobiłem tam większej kariery - tłumaczy.

Pewne symptomy poprawy formy były zauważalne po przenosinach do II-ligowego wówczas KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Napastnik strzelił osiem goli w 14 meczach, co należy uznać, za wynik bardzo dobry i pomógł w wywalczeniu awansu do I ligi. Wtedy beniaminka objął Robert Kasperczyk i to może być kluczowy moment kariery Cieślińskiego. Na zapleczu ekstraklasy napastnik strzelił dziesięć goli. Trener, choć po rundzie jesiennej przeniósł się do Bielska-Białej, nie zapomniał o swoim skutecznym zawodniku.

- Prawie w ogóle nie mieliśmy rzutów karnych. Potrzebujemy takiego boiskowego cwaniaka, który pomoże drużynie - mówił po poprzednim sezonie Kasperczyk. Cieśliński był jego pierwszym letnim transferem. - W zeszłym roku w KSZO "zrobiłem" pięć karnych, a cztery z nich strzeliłem - chwalił się. A szkoleniowiec znalazł w nim tego, kogo szukał. Po faulach na Cieślińskim dyktowano aż cztery rzuty karne. Trzy z nich sam zamienił na bramki...

Teraz 10 goli zdobył już po rundzie jesiennej. W klasyfikacji strzelców przegrywa tylko z Charlesem Nwaogu z Floty Świnoujście, który już zimą może przenieść się do ekstraklasy. Cieśliński ma szansę być pierwszym w historii królem strzelców I ligi z Podbeskidzia. Przede wszystkim chce jednak zaistnieć z "Góralami" w ekstraklasie. Koniecznie z tą drużyną, przecież lepszego sezonu niż w Bielsku jeszcze, mimo 28 lat na karku, nie miał. Bielscy kibice go uwielbiają. Jest szybki, zadziorny, dobry technicznie, ale też.... idealnie pasuje do niego określenie "góralski charakter". Kwintesencją jego znaczenia dla bielszczan był listopadowy mecz z MKS-em Kluczbork, kiedy to, dwie minuty po wejściu na boisko, lekko trącił piłkę, która wpadła do siatki, rozstrzygając bardzo ciężkie spotkanie. Jak Inzaghi!
autor: Michał Trela

Przeczytaj również