Michniewicz: Przyjedzie karuzela z Białegostoku i będzie kręcić (wywiad)

19.09.2013
- My postaramy się dotrzymać kroku tej karuzeli i na pewno czeka nas atrakcyjny mecz, bo zagramy z zespołem, który jest na fali - mówi Czesław Michniewicz, trener Podbeskidzia Bielsko-Biała.
Jagiellonia w spotkaniu z Ruchem pokazała wielką klasę, strzelając przed własną publicznością, aż sześć goli. Co pan myślał patrząc na tak efektowną grę drużyny Piotra Stokowca?

Czesław Michniewicz, trener Podbeskidzia Bielsko-Biała: - Pomyślałem, że przyjedzie do nas karuzela z Białegostoku i będzie kręcić o 17 w czwartek. My postaramy się dotrzymać jej kroku i na pewno czeka nas atrakcyjny mecz, bo zagramy z zespołem, który jest na fali. My też od czterech spotkań nie przegraliśmy, może nie gramy tak efektownie jak Jagiellonia, ale mamy inne atuty i postaramy się pokazać nasz charakter.

Chyba najbardziej obawiacie się Daniego Quintany, który w spotkaniu z Ruchem zagrał fenomenalnie. Dwie bramki, trzy asysty - to musi budzić respekt.


- Większość spotkań, które Quintana rozegrał w Polsce, to były mecze na bardzo dobrym poziomie. Gdy się spojrzy dwa, trzy spotkania wstecz, to widać, że on już wcześniej grał na takim poziomie jak z Ruchem. Brakowało mu tylko spektakularnych asyst i bramek, ale zawsze prezentował bardzo wysoki poziom.
 
A nie dziwi pana, że do polskiej ligi przyjeżdża gość z trzeciej ligi hiszpańskiej i jest jednym z najlepszych piłkarzy w ekstraklasie?

- Nie dziwi mnie to, bo w Zagłębiu miałem takiego piłkarza z Portugalii, Rui Miguel się nazywał. Przyszedł do nas z trzeciej ligi portugalskiej i pomógł nam zdobyć mistrzostwo Polski. Operował świetnie piłką - podobnie jak Quintana, którego uważam za najlepszego technika w lidze - ale to jest to podwórkowe wychowanie. Tam chłopcy grają od rana do wieczora w piłkę i później widać, że taki Quintana prowadzi futbolówkę, jakby miał ją przyklejoną do nogi. W Polsce nikt w ten sposób nie prowadzi piłki. To są setki godzin spędzonych na boisku, nie tylko treningi w klubie, ale przede wszystkim granie od rana do wieczora. Trzeba też wziąć pod uwagę, że w Hiszpanii i Portugalii jest zupełnie inny klimat. Kiedy u nas trzeba odśnieżać zaspy, oni cały czas grają.

Nie ukrywa pan wielkiego podziwu dla hiszpańskiej piłki. Który klub ceni pan najbardziej?

- Z hiszpańskich drużyn najbardziej cenię Valencię za czasów Rafy Beniteza. Bardzo lubię oglądać Barcelonę, ale Real też w niczym mi nie przeszkadza. To są artyści, niedoścignione wzorce dla wszystkich trenerów. Ich sposób poruszania się po boisku, operowania piłką budzi wielki respekt. Ale to właśnie Valencia Beniteza i jego styl pracy wywarł na mnie ogromne wrażenie. I do teraz śledzę wszystkie kluby, w których pracuje Benitez.

W Polsce bardzo często określa się pana mianem "polskiego Mourinho", ale mało kto wie skąd to się w ogóle wzięło.


- To było jeszcze za czasów, kiedy pracowałem w Lechu. 2004 rok, graliśmy finał Pucharu Polski z Darkiem Kubickim. Tak się nasze losy splotły, że to właśnie po nim objąłem Podbeskidzie, ale wtedy Darek prowadził Legię, ja Lecha. Przed tym decydującym starciem w Pucharze Polski pojechałem na finał Ligi Mistrzów, gdzie jedną drużynę prowadził Didier Deschamps, a drugą Jose Mourinho. To było w Gelsenkirchen, wygrał Mourinho, a za tydzień, czy za dwa my mieliśmy finał i Deschamps to był taki Darek Kubicki, który też miał piękną karierę piłkarską za sobą. Ja bardziej taki Mourinho i nie dlatego, że taki trener, tylko w porównaniu do kariery piłkarskiej. Chociaż ja grałem więcej od Mourinho. Mam kilka meczów w ekstraklasie, w pucharach, więc mam na pewno bogatszą karierę piłkarską niż Mourinho. Oczywiście trenerskiej w ogóle nie porównuję, ale stąd wziął się ten "polski Mourinho" i tak się to za mną ciągnie (śmiech). Bardziej cenię, szanuję i podziwiam  Beniteza. On pracuje troszeczkę inaczej niż Mourinho. Byłem nawet kiedyś na zgrupowaniu w Szwajcarii - gdzie trenował Liverpool z Benitezem - i obserwowałem jak pracują, co robią itd. To było świetne doświadczenie i niewątpliwie czerpię wzorce właśnie z Beniteza.

Skomentował pan ostatnio wpis Błażeja Telichowskiego na Twitterze. "Teli, chyba musisz zacząć brać  tabletki na zawroty głowy". Aż tak obawia się pan Daniego Quintany?


- Żarty czasami są bardzo potrzebne. Ja myślę, że nie ma się co stresować tym Quintaną. To jest piłka i tu się może wszystko wydarzyć. W Lidze Mistrzów widzieliśmy jak Juventus męczył się z  duńskim klubem, FC Kopenhaga, który nie radzi sobie w lidze. To jest piłka, każdy mecz ma swoją historię i ta historia będzie pisana naszymi czynami, a nie tym co mówimy. A czasami żartem można przekazać piłkarzom dużo informacji. Nawet z "Telichem" i drużyną rozmawialiśmy, że może Jagiellonia nie przyjedzie i wtedy będzie jeszcze łatwiej (śmiech).

To też pokazuje, że atmosfera w szatni jest naprawdę dobra.

- Nigdy nie było z tym źle. Oczywiście martwiliśmy się, gdy nie mogliśmy wygrać meczu, gdy gdzieś te punkty uciekały. Ale wiedzieliśmy, że jak będziemy ciężko pracować, nie będziemy płakać, zamienimy łzy na pot na treningach, to punkty przyjdą. Na szczęście udało się wygrać mecz z Koroną, w dobrym stylu, chociaż tych bramek mogło być zdecydowanie więcej. Z kolei na Widzewie nie zagraliśmy tak dobrze, ale musimy pamiętać, że jak ze składu wypadną kluczowi zawodnicy, jak Chmiel i Konieczny to nie mamy jeszcze gotowego zawodnika, który może ich zastąpić. Daniel Bujok jest perspektywicznym zawodnikiem, ale to jest chłopak, który dopiero zaczyna stąpać po tych ligowych boiskach i cudów od niego nie oczekuję. Czasami jak się ogląda Barcelonę i nie ma Messiego, to też się wydaje, że ten zespół gra zupełnie inaczej, a tam są prawie sami artyści. My teraz na cztery mecze, trzy mamy u siebie i to będzie dla nas bardzo ważny okres. Mam nadzieję, że lada moment wróci Damian Chmiel, Bartek Konieczny i przede wszystkim zostanie załatwiony certyfikat Maćka Iwańskiego, bo na niego w szczególności liczę, jeśli chodzi o rozgrywanie piłki.

Rozmawiał Dominik Wardzichowski.

Podbeskidzie Bielsko-Biała - Jagiellonia Białystok
czwartek, 17:00
Sędzia: Tomasz Radkiewicz (Łódź).
autor: Dominik Wardzichowski

Przeczytaj również