"Mateusz Bąk liczył na występ przed publicznością, którą kocha"
25.03.2012
Niby to nic dziwnego, jednak od 30 września Mateusz Bąk ani razu nie pojawił się na boisku. Najpierw leczył kontuzję, a później Zajac już nie wpuścił go między słupki. Słowak tydzień temu zagrał z Ruchem Chorzów dobrze, więc nie dał powodów, by akurat teraz go zmienić. Wygląda więc na to, że Kasperczyk liczył na szczególną motywację Bąka na mecz z "jego" Lechią Gdańsk. Czy tak było naprawdę?
- Mieliśmy przed tym meczem 30 punktów i dwóch równorzędnych bramkarzy. Nie podejmowałem żadnego ryzyka. Co innego, jakbym wypuścił jakiegoś niedoświadczonego juniora. Przecież Bąk bronił jesienią i byliśmy z niego zadowoleni. Przez kontuzję do bramki wrócił wtedy Rysiek. Ale ja zapowiadam, że w najbliższym czasie będzie więcej tego typu zmian - powiedział Kasperczyk.
Później powiedział jednak, że to, że "Górale" grali dziś z Lechią nie było w istocie bez znaczenia. - Chciałem go wpuścić już tydzień temu, ale liczyłem, że zagramy wreszcie na zero z tyłu. Straciliśmy w trzech meczach z rzędu, więc teraz obserwowałem ich wyjątkowo dokładnie. W mikrocyklu treningowym niczym się nie różnili, a może nawet trochę szala przechylała się na korzyść Mateusza. Tliła mu się na pewno nadzieja, że zagra przed publicznością, którą kocha i tego nie ukrywa. Zrobił to, co do niego należało. Puścił dwa gole, ale była w pierwszej połowie taka sytuacja, kiedy zbił piłkę na słupek. Gdyby tego nie zrobił, mogło być po meczu. A tak wracamy z trzema punktami - zakończył trener bielszczan.
- Mieliśmy przed tym meczem 30 punktów i dwóch równorzędnych bramkarzy. Nie podejmowałem żadnego ryzyka. Co innego, jakbym wypuścił jakiegoś niedoświadczonego juniora. Przecież Bąk bronił jesienią i byliśmy z niego zadowoleni. Przez kontuzję do bramki wrócił wtedy Rysiek. Ale ja zapowiadam, że w najbliższym czasie będzie więcej tego typu zmian - powiedział Kasperczyk.
Później powiedział jednak, że to, że "Górale" grali dziś z Lechią nie było w istocie bez znaczenia. - Chciałem go wpuścić już tydzień temu, ale liczyłem, że zagramy wreszcie na zero z tyłu. Straciliśmy w trzech meczach z rzędu, więc teraz obserwowałem ich wyjątkowo dokładnie. W mikrocyklu treningowym niczym się nie różnili, a może nawet trochę szala przechylała się na korzyść Mateusza. Tliła mu się na pewno nadzieja, że zagra przed publicznością, którą kocha i tego nie ukrywa. Zrobił to, co do niego należało. Puścił dwa gole, ale była w pierwszej połowie taka sytuacja, kiedy zbił piłkę na słupek. Gdyby tego nie zrobił, mogło być po meczu. A tak wracamy z trzema punktami - zakończył trener bielszczan.
Polecane
Ekstraklasa