Marcin Brosz: W Bielsku nic nie było robione "na wariata"
16.11.2012
Szkoleniowiec Piasta Gliwice zmierzy się jutro z klubem, w którym swego czasu był uwielbiany, a pamięć po jego dobrej pracy w Podbeskidziu nie zniknęła do dziś. Jak on sam wspomina pobyt przy Rychlińskiego? - Byliśmy wtedy na ogromnej fali. Wydawało się, że ekstraklasa jest już nasza. Tyle, że gra się do końca, a - jak się okazało - my byliśmy wtedy powiedzmy w 70. minucie naszej drogi. Widocznie tak musiało być. Może klub nie był wówczas w 100 procentach gotowy na awans? - zastanawia się.
Mimo że się nie udało to Brosz i tak wiedział, że Bielsko w końcu do ekstraklasy trafi. - Już wtedy mówiliśmy, że sukces jest nieunikniony. Można się było jedynie zastanawiać, kiedy on nastąpi. Chciałem, żeby stało się to za moich czasów w klubie, ale pozycja silnego I-ligowca też miała swoją wymowę. Zwłaszcza, że za wynikami sportowymi szły te organizacyjne. Nic nie było robione na wariackich papierach - podkreśla trener.
Brosz odszedł w trzecim sezonie pracy w Bielsku, gdy zespół zaczął grać o utrzymanie. - Zabrzmi to paradoksalnie, ale ten sezon wcale gorszy nie był. Mieliśmy natomiast poważny problem. Do końca rozgrywek wierzyliśmy, że zagramy baraże z Cracovią. Przygotowywaliśmy się do tych meczów, ustalaliśmy terminy. Kiedy inni odpoczywali, my cały czas trenowaliśmy, chociaż większym kłopotem było, że nie zregenerowały się głowy, a nie nogi - zaznacza szkoleniowiec Piasta.
Praca Brosza w Bielsku to nie tylko dobre wyniki, ale też rozwijanie świetnych jak na bielskie warunki piłkarzy. Np. Krzysztofa Chrapka. - Megatalent. W tamtym momencie to był zawodnik genialny. Zapowiadało się, że zrobi ogromną furorę. Trudno dziś - nawet w ekstraklasie - znaleźć podobnego - chwali. Ostatnią przysługą Brosza dla Podbeskidzia było też znalezienie Sylwestra Patejuka. - Polecił nam go jeden z menedżerów. Najmłodszy już co prawda nie był, ale w Nidzie Pińczów miał robić furorę. Jak się nam pokazał, to uwierzyliśmy w to błyskawicznie. Abyśmy podpisali z nim kontrakt wystarczyła praktycznie jedna akcja - przyznaje. Latem tego roku chciał go zresztą ściągnąć do Gliwic... - Kto by nie chciał takiego piłkarza? - pyta Brosz.
Mimo że się nie udało to Brosz i tak wiedział, że Bielsko w końcu do ekstraklasy trafi. - Już wtedy mówiliśmy, że sukces jest nieunikniony. Można się było jedynie zastanawiać, kiedy on nastąpi. Chciałem, żeby stało się to za moich czasów w klubie, ale pozycja silnego I-ligowca też miała swoją wymowę. Zwłaszcza, że za wynikami sportowymi szły te organizacyjne. Nic nie było robione na wariackich papierach - podkreśla trener.
Brosz odszedł w trzecim sezonie pracy w Bielsku, gdy zespół zaczął grać o utrzymanie. - Zabrzmi to paradoksalnie, ale ten sezon wcale gorszy nie był. Mieliśmy natomiast poważny problem. Do końca rozgrywek wierzyliśmy, że zagramy baraże z Cracovią. Przygotowywaliśmy się do tych meczów, ustalaliśmy terminy. Kiedy inni odpoczywali, my cały czas trenowaliśmy, chociaż większym kłopotem było, że nie zregenerowały się głowy, a nie nogi - zaznacza szkoleniowiec Piasta.
Praca Brosza w Bielsku to nie tylko dobre wyniki, ale też rozwijanie świetnych jak na bielskie warunki piłkarzy. Np. Krzysztofa Chrapka. - Megatalent. W tamtym momencie to był zawodnik genialny. Zapowiadało się, że zrobi ogromną furorę. Trudno dziś - nawet w ekstraklasie - znaleźć podobnego - chwali. Ostatnią przysługą Brosza dla Podbeskidzia było też znalezienie Sylwestra Patejuka. - Polecił nam go jeden z menedżerów. Najmłodszy już co prawda nie był, ale w Nidzie Pińczów miał robić furorę. Jak się nam pokazał, to uwierzyliśmy w to błyskawicznie. Abyśmy podpisali z nim kontrakt wystarczyła praktycznie jedna akcja - przyznaje. Latem tego roku chciał go zresztą ściągnąć do Gliwic... - Kto by nie chciał takiego piłkarza? - pyta Brosz.
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
05.08.2022
05.08.2022
Bez gola, bez błysku, bez punktów