Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... Co się stało z Łukaszem Merdą?
4 maja 1980 - W Międzyrzeczu, na Ziemi Lubuskiej, na świat przychodzi Łukasz Merda.
1993 - 1997 - 13-letni Merda rozpoczyna treningi w Obrze Trzciel, klubie z 2-tysięcznego miasteczka w ówczesnym województwie gorzowskim, gdzie początkowo był... środkowym obrońcą. Zauważono jednak jego dobre warunki fizyczne, więc przekwalifikowano go na bramkarza. Przez jakiś czas w juniorach grał jako stoper, a w seniorach jako bramkarz. Jako gracza tej drugiej pozycji wypatrzyła go Syrena Zbąszynek.
1997 - 1998 - Syrena Zbąszynek. 17-letni Merda przenosi się do większego ośrodka - 5-tysięcznego Zbąszynka, w nowym województwie lubuskim. Wyróżniał się, a że Syrena współpracowała z potężniejszą Pogonią Świebodzin, szybko trafił na III poziom rozgrywkowy.
1999 - 2003 - Pogoń Świebodzin. W mieście znanym dziś z olbrzymiego pomnika Chrystusa, utalentowany bramkarz występował cztery lata. Szybko wywalczył miejsce w pierwszym składzie, a jego zespół radził sobie wówczas nieźle w dawnej III lidze. Wypatrzył go świeżo upieczony II-ligowiec - Podbeskidzie Bielsko-Biała. Po raz pierwszy w życiu podpisał kontrakt z klubem spoza województwa lubuskiego.
2003 - 2009 - Rozpoczyna się nowa era w życiu Merdy i Podbeskidzia Bielsko-Biała. Sprowadzony latem 23-letni bramkarz po 7. kolejce wygryza ze składu Dawida Bułkę i zostaje bramkarzem pierwszego wyboru. Z "Góralami" przechodzi przez lata tłuste i chude. Po raz pierwszy ociera się o grę w ekstraklasie "galaktycznym" sezonie 2004/2005. Pozostaje w składzie, mimo długów, jakie pozostały po graczach z nazwiskami. Staje się kluczowym zawodnikiem drużyny, a wkrótce także kapitanem. W 2006 roku, w rewanżowym meczu barażowym o utrzymanie w II lidze przeciwko Pelikanowi Łowicz, broni rzut karny, odmieniając losy meczu. Bielszczanie wygrywają 5-2. Na Merdę stawiają kolejni trenerzy, po czasie staje się zawodnikiem, który ma najwięcej rozegranych meczów w historii klubu. Staje się lokalnym idolem. Zaczynają się nim interesować kluby ekstraklasowe, jednak on o najwyższą ligę walczy z Podbeskidziem. Przegrywa pierwszy raz, przegrywa drugi. Sebastian Szymański, jego mocny zmiennik, latem 2009 domaga się wyjaśnienia swojej sytuacji. Kiedy słyszy, że Merda zostaje w Bielsku - decyduje się na powrót w rodzinne strony do Górnika Polkowice. Tymczasem...
Kontrowersje - Rozpoczyna się nowy sezon, bielszczanie znów mają walczyć o awans do ekstraklasy. Tymczasem rozpoczynają sezon fatalnie, nie mogąc odnieść zwycięstwa. Merda nie spisuje się dobrze i kilka bramek obciąża jego konto. 30 sierpnia w Zabrzu przeciwko Górnikowi stoi w bramce Podbeskidzia i jest kapitanem. 24 godziny po tym przegranym meczu połowa Bielska czyta na oficjalnej stronie klubu wiadomość, w którą nie może uwierzyć. "Łukasz Merda uciekł do Cracovii". W tekście czytamy, "że wielu kibiców zastanawiało się, skąd słaba postawa bramkarza. Teraz mamy wyjaśnienie". Na kilka godzin przed końcem okna transferowego Merda odchodzi do ekstraklasowej Cracovii. W klubie od dwóch miesięcy nie ma już Szymańskiego. 2 września w bramce stoi już 21-letni debiutant Joachim Mikler. Wśród kibiców Podbeskidzia wrze. Z bohatera, z miejsca stał się zdrajcą. W tak złej atmosferze nie odszedł z Podbeskidzia nigdy wcześniej ani później żaden piłkarz.

Łukasz Merda ostatni raz w barwach Podbeskidzia. 30 sierpnia 2009 - Łukasz Laskowski/Pressfocus
2009 - 2011 - Cracovia. Merda debiutuje w ekstraklasie w barwach Cracovii i powoli zyskuje zaufanie trenera kosztem Marcina Cabaja, kiedyś niechcianego w Bielsku-Białej. Rozegrał 12 meczów w najwyższej lidze, jednak można powiedzieć, że nigdy nie nawiązał do formy z Podbeskidzia. Wiosną 2011 za porozumieniem stron rozwiązuje kontrakt z "Pasami".
czerwiec 2011 - Marian Kelemen, pierwszy bramkarz Śląska Wrocław, ma odejść z klubu. Orest Lenczyk, który ściągał Merdę do Krakowa, widzi go ponoć także we Wrocławiu. Do podpisania kontraktu jednak nie dochodzi.
lipiec 2011 - Merda pojawia się na testach w I-ligowej Flocie Świnoujście, gdzie gra w sparingach. Nigdy nie pojawia się jednak informacja o tym, że został zawodnikiem Floty. Ślad o nim się urywa. Nie znajdujemy nowych publikacji na jego temat, nie widać, by grał gdziekolwiek w piłkę, nie ma go nawet na portalach społecznościowych.
17 września 2012 - odnaleziony trop. Dzwonimy do Łukasza Merdy...
Co się z panem dzieje?
Łukasz Merda: - W piłkę już nie gram. Od odejścia z Cracovii nie miałem żadnego klubu i zakończyłem karierę.
Dlaczego? Ma pan obecnie ledwie 32 lata, a więc jak na bramkarza wcale nie za dużo...
- Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. Dla mnie tyle już wystarczyło. Miałem problemy zdrowotne, ale też jak coś nie sprawia przyjemności, to się z tego rezygnuje. Jeżeli coś boli i nie przestaje mimo leczenia, to trzeba poszukać innej drogi.
Został pan po zakończeniu kariery przy piłce?
- Nie i nawet rzadko kiedy oglądam mecze w telewizji. Jestem zmęczony zawodową piłką, straciłem do niej ochotę, a nie mam zamiaru robić czegoś, co mi nie sprawia przyjemności.
Dla Podbeskidzia nie robi pan wyjątku?
- Mam tam jeszcze paru kolegów i ten klub zawsze będzie bliski mojemu sercu, bo tam zostawiłem trochę zdrowia i kawał życia. Z Bielskiem się identyfikuję, tak samo z klubem, choć nie jestem tam już mile widziany, ale wcale mi to nie przeszkadza. Śledzę losy - a raczej wyniki - moich kolegów.
I jak pan je ocenia?
- Muszę powiedzieć, że zdziwiło mnie trochę uzupełnianie składu na ten sezon. Nie zostały poczynione jakieś wyraźne zmiany, a przecież zespół został osłabiony odejściem Sylwka Patejuka, który był tam gwiazdą. Grają to, co potrafią. Miejsce w tabeli na pewno nie satysfakcjonuje władz klubu, ale zobaczymy. To początek sezonu, może się rozkręcą.
Mówi pan, że nie jest w Bielsku mile widziany. Chodzi o kibiców?
- Nie jestem przez nich mile widziany również przez pana publikacje, które umieszczał pan na swoim blogu, nie pytając mnie, jakie były przyczyny mojego odejścia. Takie teksty podjudzają kibiców, a wiemy, jacy są fani piłkarscy...
Skoro więc pojawia się po trzech latach okazja do naprawienia błędu w sztuce, zapytam, czy dziś może pan powiedzieć, jakie były tego nagłego odejścia przyczyny?
- Napięcia powstały już po braku awansu w sezonie 2008/2009. Sezon zaczęliśmy, jak zaczęliśmy, pretensje się nawarstwiały. Potem doszedł mały konflikt z trenerem Marcinem Broszem i to przeważyło. Przestawałem się czuć potrzebny tej drużynie.
Naprawdę ktoś miał pretensje o brak awansu do jednego z najlepszych bramkarzy ligi?
- Nie było zastrzeżeń o to, jak broniłem, ale do mnie jako kapitana. Mówiono, że nie jestem w stanie utrzymać w drużynie takiej motywacji, która pozwoliłaby w końcówce sezonu zdobyć potrzebne do awansu punkty.
Czy z perspektywy czasu żałuje pan decyzji o opuszczeniu Podbeskidzia? Klub jest teraz w ekstraklasie, ale już bez pana...
- Nie żałuję tej decyzji. Bielskiem nigdy nie byłem zmęczony, ale drużyną, moim pobytem tam i sytuacją, która wytworzyła się między mną, zarządem, a trenerem Broszem już tak. Była ona na tyle napięta, że to był ostatni moment by odejść i odszedłem. Do Bielska jednak prędzej czy później wrócę.
Może pan rozwinąć?
- Nie zostałem w okolicach Bielska, bo na razie nie łączą się z nim moje zawodowe plany. Ale jeśli tylko będę miał okazję, to tam wrócę. Zostało tam nawet moje mieszkanie.
Po odejściu z Podbeskidzia trafił pan do Cracovii, w której zagrał 12 meczów. Dlaczego tak mało?
- Przede wszystkim żałuję, że z Krakowa tak szybko odszedł trener Orest Lenczyk, bo u niego powoli stawałem się podstawowym bramkarzem. Gdyby on nie został zwolniony, pewnie bym grał. Doszło do zmiany trenera, koleni mnie już w składzie nie widzieli. W końcu doszedłem z władzami Cracovii do porozumienia w sprawie rozwiązania kontraktu.
Później pojawiły się jeszcze informacje o możliwym transferze do Śląska Wrocław. Rzeczywiście coś było na rzeczy?
- Temat Śląska był i to zaawansowany. Trener Lenczyk dzwonił do mnie, kiedy Cracovia poinformowała mnie, że trener Jurij Szatałow nie widzi mnie w składzie. Szkoleniowiec Śląska był bardzo zdeterminowany, żeby mnie ściągnąć, ale akurat nie miał wtedy zbyt mocnej pozycji, władze klubu z Wrocławia postawiły weto i temat umarł...
Patrząc na to, co w poprzednim sezonie osiągnął Śląsk, chyba ma pan czego żałować...
- Faktycznie, tego transferu mi szkoda. Poszedł z Cracovii do Śląska Marek Wasiluk i przyczynił się do zdobycia mistrzostwa Polski. Myślę, że też miałbym szansę powalczyć. Szkoda, że się nie udało, ale tak bywa.
Wreszcie ostatni ślad, lipiec 2011, Flota Świnoujście...
- Pojechałem tam, bo zadzwonił do mnie trener Krzysztof Pawlak, którego znałem z gry w Podbeskidziu. Bardzo sympatyczny człowiek. Postanowiłem tam pojechać, zobaczyć, spróbować. Ale po pierwsze, warunki, które Flota proponuje zawodowym, I-ligowym piłkarzom, to nie są warunki, za które można się utrzymać. Gdybym był kawalerem, może bym się zdecydował. Ale mam żonę, dwójkę dzieci i ciężko byłoby się z tego utrzymać. Po drugie, pojechałem na obóz, trener był ze mnie zadowolony, ale w czasie tego zgrupowania zaczął mi doskwierać mój odwieczny problem, czyli kręgosłup. Postanowiłem nie podejmować rękawicy, podziękowałem trenerowi Pawlakowi i wróciłem do domu.
I to był koniec?
- Z zawodową piłką tak. Miałem jeszcze chwilę z juniorską. Byłem trenerem-instruktorem w Pogoni Świebodzin. Doszedłem jednak do wniosku, że czas nie pozwala mi zajmować się tym tak, jak bym chciał...
Rozmawiał Michał Trela.