Krzysztof Król: W Bytomiu było tragicznie. Nie zasłużyliśmy na ekstraklasę

24.02.2012
Krzysztof Król, obrońca Podbeskidzia Bielsko-Biała, to postać wyjątkowo barwna. Obrońca opowiedział nam o pobycie w Podbeskidziu, Polonii Bytom, ale też... Realu Madryt i marzeniach o Euro 2012.

Gra w Podbeskidziu to dla ciebie spory upadek?

 Krzysztof Król: - Ostatnio grałem w Polonii Bytom i Jagiellonii Białystok, więc, jeśli patrzeć na tabelę, w tym sezonie jesteśmy lepszym zespołem niż Polonia i Jagiellonia. W tym kontekście, nie jest to dla mnie żaden krok w tył.

 A patrząc na to, w jakich klubach grałeś, albo w jakich podobno mogłeś grać?

- Mogłem grać, ale nie tylko piłka nożna na to wpływa, gdzie się ląduje. Decyduje też klub, menedżerowie. Jestem w Podbeskidziu zadowolony i tak naprawdę nie chce mi się wracać do tego, co było.

 Newcastle United, Palermo, Atalanta Bergamo. To kluby, w których podobno miałeś szansę grać, na różnych etapach kariery...

 - Rzeczywiście w grę realnie wchodziło Palermo. Te inne nazwy, to nie wiem, kto sobie wymyślił, ale miał bujną wyobraźnię. Był temat Włoch, Palermo, podczas gdy grałem w Jagiellonii. Klub nie zgodził się z ceną. Było, minęło.

 Zanim trafiłeś do Bielska była jeszcze oferta z RedBulla Lipsk...

 - Był jakiś temat, ale mam trochę większe ambicje, niż IV liga niemiecka.

 A przecież latem sam mówiłeś, że z tym klubem mogą się równać tylko Legia, Wisła i Lech.

 - Gdybym chciał kopać tylko dla pieniędzy i liczyć na to, że za trzy czy cztery lata tam może być Bundesliga, to na pewno bym wziął tę ofertę, bo pieniądze były duże lepsze niż w Polsce.

 Przed Podbeskidziem był jeszcze temat włoskiego Varese...

 - Byłem tam, ale... nie chcę rozwijać tego tematu.

Poznałeś trochę zagranicznych trenerów. Jak porównałbyś do nich trenera Roberta Kasperczyka?

 - Nie da się tego zrobić. To są dwa inne kraje, w każdym z nich jest inna piłka. Nie można porównać trenera z ligi polskiej i hiszpańskiej, tak jak szkoleniowca z Hiszpanii nie można porównać do szkoleniowca z Anglii. Jest zupełnie inny styl gry i trzeba się do niego wszędzie podporządkować.

 W wywiadzie z czasów, kiedy grałeś w Hiszpanii, mówiłeś, że wielu polskich trenerów nie potrafi podejść do zawodnika indywidualnie, pomóc mu.

 - Z trenerem Kasperczykiem nie mam pod tym kątem żadnych problemów. Wręcz przeciwnie, on bardzo dobrze umie podejść indywidualnie do każdego. Cieszę się bardzo, że trafiłem na takiego trenera, a nie na innego.

 Nie sądzisz, że w pewnym sensie uratował ci karierę, przyjmując latem do Podbeskidzia? Wcale niekoniecznie musiał to zrobić...

 - Krążyła jakaś opinia po Polsce o mnie. Trener zaufał moim umiejętnościom piłkarskim, a nie tej opinii. Jej tak łatwo nie zmienię, ale każdy zasługuje na drugą szansę i Robert Kasperczyk mi ją dał. Cieszę się, że mogłem mu się odpłacić na boisku.

 A skąd się wzięła ta niekorzystna opinia?

 - Powie się jedno słowo, ktoś przekręci, drugi przekręci i zrobią z człowieka tak naprawdę wariata. Takie jest życie, że każdy szuka jakichś śmiesznych informacji na temat drugiego człowieka tylko po to, by zrobić mu coś złego. Tak to w Polsce wygląda.

 Przed Podbeskidziem grałeś w Polonii Bytom. Jak wspominasz ten czas?

 - Tragicznie. Jestem pełen uznania dla każdego, kto wytrzymał tam jakikolwiek okres. To był czas, który nikomu się nie powinien przydarzyć. Nie dość, że nie płacili pieniędzy przez pięć - sześć miesięcy, to jeszcze zero organizacji, zero boisk do trenowania. Było, minęło. Cieszę się, że już w tym miejscu nie jestem.

 Czyli spadek był logiczną konsekwencją tego, co się tam działo?

 - Dokładnie, to była suma wszystkiego w tym klubie. Nie zasłużyliśmy na to, żeby zostać w ekstraklasie.

 A na początku, po przyjściu do Bytomia, mówiłeś, że nie jest w Polonii tak źle, że to w miarę poukładany klub...

 - To było mówione po... pierwszym tygodniu. Wiadomo, że każdy próbuje jakoś zaklinać rzeczywistość, wmawiać sobie "nie jest tak źle, nie jest tak źle". Ale po pewnym czasie nie można powiedzieć inaczej - było tragicznie!

 Jak to się stało, że z WSP Wodzisław trafiłeś najpierw do Amiki Wronki, a potem do Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski?

 - Pojechałem do Amiki na testy jako nastolatek. Trenerem był wtedy Maciej Skorża. Chciał, żebym został w drużynie. W ekstraklasie zadebiutowałem w Dyskobolii. Trener Werner Liczka znał mnie jeszcze z tej szkółki z Wodzisławia. A potem był Real Madryt...

 Umówmy się, że nie każdy, ot tak, przechodzi z Grodziska do Madrytu...

 - Po prostu zagrałem w młodzieżowych mistrzostwach Europy i pojawiła się szansa, żeby pojechać do Hiszpanii i potrenować z III-ligowym klubem, dzięki uprzejmości dyrektora tego zespołu. Później trafiłem do Realu na testy i podpisano ze mną kontrakt.

 W stolicy Hiszpanii byłeś jeszcze z Szymonem Matuszkiem i z Kamilem Glikiem...

 - Tak, ale oni trafili tam już bez żadnych testów. Byli tam wcześniej i Real obserwował ich już od pół roku. Niestety, nie mam z nimi już żadnego kontaktu.

Przeskok między Grodziskiem Wielkopolskim, który w skali naszego kraju i tak jest dość rozwinięty jeśli chodzi o infrastrukturę, a Madrytem musiał być kolosalny?

 - Porównajmy sobie tylko te dwie nazwy: Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski i Real Madryt. To wystarczy za całe porównanie klubów.

 W Madrycie pożyczałeś samochód od Raula?

 - Na pewno to znowu portal "Weszło"... Cieszę się, że chłopaki mają taką bujną wyobraźnię...

 Z wielkimi zawodnikami spotykałeś się na co dzień?

 - Grałem choćby w jednej drużynie z Jose Callejonem, który dziś gra w pierwszej drużynie Realu. Zaczynaliśmy razem w trzecim zespole "Królewskich". On miał na tyle szczęścia, że się przebił. No i był dobrym zawodnikiem, wiedziałem, że prędzej czy później na pewno będzie grał w Primera Division.

 Dlaczego wróciłeś do Polski, mimo że był etap, kiedy mówiłeś, że tego nie zrobisz?

 - Oj nie wiem, nie wiem, co mi wtedy w głowie siedziało. Dzisiaj żona mówi mi "Dlaczego wracałeś do Polski, skoro grałeś w Realu"? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

 Chciałeś przede wszystkim trafić do Legii, prawda?

 - Nie będę oszukiwał, to zawsze był mój ulubiony klub. Od małego, pamiętam jak Legia grała w pucharach. Kiedyś jakiś temat gry w tym klubie był, ale też nie chcę do tego wracać.

 Jesteś ze Śląska, więc to, że kibicowałeś akurat Legii jest dość wyjątkowe...

 - Kibicowałem też Ruchowi Chorzów. Ale najbardziej tkwi mi w pamięci Legia z czasów, gdy miałem parę lat. To był jedyny klub, który osiągał jakieś sukcesy w europejskich pucharach. Najczęściej była pokazywana w telewizji.

 Trafiłeś ostatecznie do Jagiellonii. Nie układały się tam relacje z trenerem Michałem Probierzem?

 - Nie, nigdy nie miałem z tym szkoleniowcem problemów. Byłem trochę zły o ten moment, kiedy mogłem odejść do Palermo i wtedy pokazywałem to niezadowolenie na treningach. No i zasłużenie trafiłem na tydzień do drugiej drużyny, ale trener dał mi drugą szansę i wróciłem.

 A potem był wyjazd w nietypowym kierunku, bo do Chicago Fire...

 - Nie myślę, żeby to był błąd, czy krok w tył. Nie chcę porównywać ligi do polskiej, bo znowu ktoś coś dopowie, ale jest naprawdę dobra. Świadczy o tym chociażby fakt, że Thierry Henry po roku gry w MLS z marszu wchodzi do Arsenalu Londyn i strzela bramki. Poziomu nie stracił. Liga jest bardzo dobra.

 W barwach Chicago grałeś sparing przeciwko Milanowi. Jednej z tamtejszych telewizji powiedziałeś, że nie robi to na tobie wrażenia, bo grałeś w Realu Madryt. Naprawdę? Przeciwko Ronaldinho gra się tak samo jak przeciwko np. Maciejowi Małkowskiemu?

 - To są dwa inne aspekty. To był mecz towarzyski, więc nikt się nie podniecał wynikiem. A w lidze polskiej gramy o punkty i nastawienie jest zupełnie inne. Ale jak już człowiek jest na tym boisku, to nie patrzy, przeciwko komu gra, tylko stara się robić to jak najlepiej. Dopiero po meczu myśli, że grałem dobrze, albo źle, bo tamten był lepszy. Staram się dawać to, co potrafię, czy przeciwko mnie jest ktoś z wyższej półki, czy nie.

 Prywatnie wyjazdu do Chicaco chyba nie żałujesz, bo to tam poznałeś żonę?

 - Nie żałuję. Cieszę się, że tam wyjechałem, bo sporo się nauczyłem, poznałem fajnych ludzi, poznałem żonę, podszlifowałem język, mam kontakt z chłopakami z drużyny. Fajnie, że mogłem spędzić tam rok.

 Twój syn ma na imię Cristiano. To na cześć Ronaldo?

 - Nie, kompletnie nie ma to związku. Żonie podobało się imię Cristiano, a zanim mnie poznała, nie wiedziała, kto to jest Ronaldo. Nie interesowała się wtedy piłką, tylko tymi amerykańskimi sportami. O piłce nożnej nie miała zielonego pojęcia.

 Porozmawiajmy trochę o przyszłości. Jesteś lewym obrońcą, a z tą pozycją jest w Polsce problem. Widać to po kadrze, gdzie Sebastian Boenisch jest wiecznie kontuzjowany, Jakub Wawrzyniak popełnia błędy, a lepszych kandydatów nie widać. Ty grałeś w kadrach młodzieżowych, ale w pierwszej reprezentacji jakoś zadebiutować nie możesz. Dlaczego?

 - Nie miałem jakiegoś momentu, żeby dać panu trenerowi Smudzie sygnał, że warto mnie powołać. Ale z tego co wiem, selekcjoner też nasłuchał się na mój temat różnych rzeczy. Nie wiem, czy to do końca prawda, że w nie wierzy, ale mam takie sygnały, że troszkę myśli, że jestem nienormalny. Jeśli będę miał dobrą rundę, to wyślę sygnał, że jestem gotowy do reprezentacji. Na dziś skupiam się, żeby grać jak najlepiej dla Podbeskidzia, a ludzie z boku mogą oceniać, czy nadaję się do kadry.

 Do mistrzostw Europy zostały ledwie trzy miesiące. Jeszcze wierzysz, że się na nich znajdziesz?

 - Trzeba w coś zawsze wierzyć. Każdy ma jakiś cel. Ja na dziś chcę w każdym meczu wybiegać w jedenastce i to wszystko.

 Jak jesteś odbierany przez kibiców Podbeskidzia? W końcu wygryzłeś ze składu ich ulubieńca Michała Osińskiego...

 - Nie patrzę na to, kogo wygryzłem. Staram się zagrać jak najwięcej meczów. A teraz najbardziej się cieszę, że dobrze przepracowałem okres przygotowawczy, bez żadnych urazów, bo rundę jesienną tak naprawdę grałem w końcówce na resztkach sił. W końcu nie przepracowałem obozu, nie trenowałem z żadnymi drużynami i było ciężko.

 Pierwszy raz zrobiło się o tobie głośno, gdy grałeś w kadrze młodzieżowej, ostatniej, która odnosiła jakieś sukcesy. Grałeś tam z Wojciechem Szczęsnym, Przemysławem Tytoniem, Dawidem Janczykiem, czy... Mariuszem Sachą. Co możesz powiedzieć o tej drużynie?

 - To był super zespół. Każdy był głodny sukcesów i pokazywał, że chce grać wyżej niż w lidze polskiej. No i wielu piłkarzy to udowodniło. Fojut podpisał teraz kontrakt z Celtikiem, Szczęsny broni w Arsenalu, Tytoń jest graczem PSV Eindhoven. Trochę się ich wybiło. Cieszę się, że grałem z tymi zawodnikami, bo oni są teraz w najlepszych klubach na świecie. Fajnie, że spędziłem z nimi odrobinę czasu.

 A nie żałujesz, że ty nie zaszedłeś tak daleko jak oni?

 - Nie skreślam się jeszcze i nie mówię, że w jakimś zagranicznym klubie nigdy nie zagram. Trzeba sobie założyć jakiś cel. Chcę robić tyle, ile mogę, żebym jak skończę karierę nie miał do siebie pretensji. Jeśli się nie uda, to nie będę miał pretensji do nikogo.

 Na koniec, jak ci się mieszka w Bielsku-Białej. Dla kogoś, kto mieszkał w Chicago czy w Madrycie to musi być spory przeskok...

 - Wiadomo, że jest tu troszkę spokojniej, a to pozwala na skupienie się na piłce i rodzinie. Jest więc dobrze.

Rozmawiał Michał Trela.

autor: Michał Trela

Przeczytaj również