Kocian kontra "Górale". I komu tu wierzyć?
02.11.2017
Forma rozstania Kociana z Podbeskidziem od początku budziła niesmak. Słowak tuż przed startem ligowego sezonu zostawił zespół, który przygotowywał do ligi. Przedstawił zwolnienie lekarskie, następnie złożył wniosek o rozwiązanie umowy z winy klubu, wreszcie przestał odbierać telefon od ludzi z Bielska. - Zostaliśmy postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Nie mamy kontaktu z trenerem Kocianem, który przedstawił zwolnienie lekarskie do 17 sierpnia, ale trudno przypuszczać by zamierzał wracać do pracy - martwił się na początku sierpnia prezes Tomasz Mikołajko.
Ostatecznie umowa między Kocianem a Podbeskidziem została rozwiązana dopiero w październiku. W międzyczasie stery na trenerskiej ławce przejął Adam Nocoń. Bałagan bez wątpienia miał jednak wpływ na kiepski start drużyny w rozgrywkach. - Moje problemy zdrowotne pojawiły się już wcześniej. Wystarczy porozmawiać z masażystą i fizjoterapeutą, którzy pracują w bielskim klubie. Oni dawali mi lekarstwa, bo czułem się źle (...). Nie wymyśliłem choroby, a mój kontrakt z Podbeskidziem został rozwiązany z winy klubu. Coś już w tej piłce zrobiłem, mam doświadczenie a za swoją pracę w Bielsku-Białej nie mam się co wstydzić - zapewnia były trener m.in. Ruchu Chorzów i Pogoni Szczecin. - Niestety nie mieliśmy żadnej wiedzy z tego zakresu. Pan Kocian nie przedstawił takich informacji ani mnie, ani prezesowi. Pierwszą informacją o problemach zdrowotnych było przedstawienie L4 trzy dni przed rozpoczęciem rozgrywek - kontruje Andrzej Rybarski.
Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że na rozstaniu Słowaka z Bielskiem zaważyły przede wszystkim relacje z dyrektorem sportowym. - Prowadziliśmy rozmowy, jak mi się wydawało, kierując się przede wszystkim interesem klubu. Jeżeli pan Kocian kierował się innymi celami, to nie może być tu mowy o braku porozumienia, ale naruszeniu podstawowej zasady, jaką jest interes samej drużyny. Nieprawdą jest, że rekomendowani przez Kociana piłkarze nie zasilali drużyny. Należy jednak podkreślić, że rekomendacja trenera nie może uzasadniać zatrudnienia kontuzjowanego zawodnika, promowanego przez trenera, co dla samego zainteresowanego mogło stanowić problem. Nie mogłem się zgodzić na takie propozycje - tłumaczy na łamach SportowychBeskidów Rybarski. Słowak chciał ponoć sprowadzić do Bielska swoich rodaków, był też rozczarowany choćby odejściem z zespołu Nermina Haskicia, wracającego po wypożyczeniu z Zyliny.
Ale narzekanie na brak możliwości porozumienia z dyrektorem sportowym to zdaniem Rybarskiego tylko "strategia obrony". - Takie stwierdzenie jest dla mnie nowością, ponieważ nigdy pan Kocian nie wskazywał na niemożliwość naszego porozumienia. Mam wrażenie, że jest to z góry obrana strategia obrony, polegająca na próbie przerzucania odpowiedzialności za wyniki drużyny, które spowodowane zostały nielojalnym zachowaniem samego zainteresowanego. Fakt jest taki, że zespół został bez sterów trzy dni przed rozgrywkami, a nic wcześniej nie sugerowało, że taka sytuacja może nastąpić, co pozwoliłoby doraźnie znaleźć rozwiązanie w tak newralgicznym momencie dla drużyny. Jeżeli chodzi o naszą współpracę, to ja nie widziałem większych problemów - zapewnia Rybarski.
Ostatecznie umowa między Kocianem a Podbeskidziem została rozwiązana dopiero w październiku. W międzyczasie stery na trenerskiej ławce przejął Adam Nocoń. Bałagan bez wątpienia miał jednak wpływ na kiepski start drużyny w rozgrywkach. - Moje problemy zdrowotne pojawiły się już wcześniej. Wystarczy porozmawiać z masażystą i fizjoterapeutą, którzy pracują w bielskim klubie. Oni dawali mi lekarstwa, bo czułem się źle (...). Nie wymyśliłem choroby, a mój kontrakt z Podbeskidziem został rozwiązany z winy klubu. Coś już w tej piłce zrobiłem, mam doświadczenie a za swoją pracę w Bielsku-Białej nie mam się co wstydzić - zapewnia były trener m.in. Ruchu Chorzów i Pogoni Szczecin. - Niestety nie mieliśmy żadnej wiedzy z tego zakresu. Pan Kocian nie przedstawił takich informacji ani mnie, ani prezesowi. Pierwszą informacją o problemach zdrowotnych było przedstawienie L4 trzy dni przed rozpoczęciem rozgrywek - kontruje Andrzej Rybarski.
Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że na rozstaniu Słowaka z Bielskiem zaważyły przede wszystkim relacje z dyrektorem sportowym. - Prowadziliśmy rozmowy, jak mi się wydawało, kierując się przede wszystkim interesem klubu. Jeżeli pan Kocian kierował się innymi celami, to nie może być tu mowy o braku porozumienia, ale naruszeniu podstawowej zasady, jaką jest interes samej drużyny. Nieprawdą jest, że rekomendowani przez Kociana piłkarze nie zasilali drużyny. Należy jednak podkreślić, że rekomendacja trenera nie może uzasadniać zatrudnienia kontuzjowanego zawodnika, promowanego przez trenera, co dla samego zainteresowanego mogło stanowić problem. Nie mogłem się zgodzić na takie propozycje - tłumaczy na łamach SportowychBeskidów Rybarski. Słowak chciał ponoć sprowadzić do Bielska swoich rodaków, był też rozczarowany choćby odejściem z zespołu Nermina Haskicia, wracającego po wypożyczeniu z Zyliny.
Ale narzekanie na brak możliwości porozumienia z dyrektorem sportowym to zdaniem Rybarskiego tylko "strategia obrony". - Takie stwierdzenie jest dla mnie nowością, ponieważ nigdy pan Kocian nie wskazywał na niemożliwość naszego porozumienia. Mam wrażenie, że jest to z góry obrana strategia obrony, polegająca na próbie przerzucania odpowiedzialności za wyniki drużyny, które spowodowane zostały nielojalnym zachowaniem samego zainteresowanego. Fakt jest taki, że zespół został bez sterów trzy dni przed rozgrywkami, a nic wcześniej nie sugerowało, że taka sytuacja może nastąpić, co pozwoliłoby doraźnie znaleźć rozwiązanie w tak newralgicznym momencie dla drużyny. Jeżeli chodzi o naszą współpracę, to ja nie widziałem większych problemów - zapewnia Rybarski.
Polecane
I liga