Kasperczyk o wszystkim, co chcielibyście wiedzieć o Podbeskidziu... (cz. 2)

28.10.2012
- Obecny prezes prowadzi klub jak biznesmen. Nie mnie oceniać, ale życie chyba pokazuje, że trzeba trochę inaczej - mówi Robert Kasperczyk w drugiej i ostatniej części naszego "wywiadu-rzeki".

Latem - oprócz Patejuka - odeszło kilku innych zawodników. Ondrzej Szourek, jaki był, każdy widział. Ale np. Tomasz Górkiewicz był słabszy od Sławomira Cienciały, który tu został?

- Dobrze, że pan akurat o tę parę spytał. Tomkowi skończył się kontrakt, a Sławkowi kończy się dopiero teraz w grudniu. Żeby wybrać opcję pozbycia się Sławka, trzeba było negocjować z menedżerem i to się wiąże z kosztami. Może to jest przykre dla Tomka, ale on zszedł z kosztów... bez żadnych dodatkowych kosztów. Kompletnie nie dziwię się, że ma żal do mnie, bo ja tę decyzję musiałem podjąć. Ale ja uważam, że to jest niesamowite, co ten chłopak osiągnął. Że grał w ekstraklasie, strzelił bramkę w meczu z Legią. Biorąc pod uwagę jego perypetie różnej natury, zawsze będzie dla mnie przykładem jak można charakterem i własną pracą dojść do pewnego pułapu. Ale chyba się zgodzimy, że więcej od tego chłopaka nie można było oczekiwać.

Oprócz transferów, o których cały czas się mówi, dokonaliście też innych zakupów. Trafili do was Mateusz Niechciał i Damian Szczęsny. Co się dzieje z nimi?

- Z Mateuszem jest prosta sprawa. Mamy Niechciała i Króla. Jeżeli Król miałby słabszy okres, albo kontuzję, to po prostu wskoczyłby Mateusz. Tyle, że Krzysiek ma najlepszy czas w karierze. Z Lechią może nie zagrał za dobrze, ale podejrzewam, że to psychiczne sprawy, bo w tygodniu dość mocno dostał medialnie i na pewno mu to nie pomogło. Jeżeli chodzi o Damiana Szczęsnego, po pierwszych sparingach myślałem, że to pełnowartościowy zawodnik. W II lidze w GKS-ie Tychy cała gra ofensywna opierała się na nim. Przyszedł tutaj i pierwsze sparingi pokazywały, że też będzie brał na siebie grę. Treningi, coraz cięższe nogi spowodowały, że oklapł. Po dwóch sparingach wypowiedział się u was na portalu, że przeskok z II ligi do ekstraklasy to jest nic. Powiedziałem mu wtedy, nie spiesz się chłopie, z takimi ocenami, bo jeszcze zobaczysz. Liga cię może zweryfikować boleśnie. Chyba nie było meczu, w którym on dałby coś drużynie. Stać go chyba na coś więcej. Jeżeli on kiedykolwiek ma zaistnieć w ekstraklasie, to trzeba go dać albo na pół roku do I ligi, albo po prostu na niego postawić, kosztem innych, lepszych póki co zawodników.

Zimą odszedł natomiast Adam Cieśliński, o co kibice do dziś mają pretensje. Może czas dokładnie wyjaśnić, dlaczego był wtedy nie do zatrzymania?

- Odszedł z dwóch powodów. Po pierwsze, mało grał. Po drugie, urodziło mu się dziecko i bardzo chciał być przy żonie. On chciał ją ściągnąć do Bielska-Białej. Dlaczego tak się nie stało – nie wnikam. To sprawy prywatne. Wybrali opcję, że Adam będzie grał bliżej domu, jest z pełną rodziną i bliżej teściów. Ten aspekt był najważniejszy.

Dlaczego Michał Osiński był jedyną ofiarą feralnego meczu z Bełchatowem rok temu? On jako jedyny już nigdy później nie dostał szansy w ekstraklasie...

- Ależ rzeczy pan wyciąga! W pierwszym moim półroczu w Podbeskidziu Cienciała miał kontuzję i kapitanem był Osiński. Wywiązał się z tego zadania kapitalnie. Był bardzo dobrym motywatorem, świetnym duchem drużyny. W następnym roku też właściwie nie miał rywala na lewej obronie. W ekstraklasie trzeba było podnieść rywalizację. Po meczu z Bełchatowem było sześć, albo siedem zmian. Podjąłem decyzję, że trzeba szybko wejść na inne tryby gry, bo nie może być tak, że beniaminek wchodzi i dostaje „szóstkę” od zespołu, który wcale nie był tuzem. Sześciu zawodników zostaje odsuniętych i jak oni się zachowają? Trenerzy obserwują. Michał przegrał sam ze sobą. Nie był w stanie zaakceptować sytuacji, która go zastała. Inni zawodnicy czekali na swoją szansę, wiedzieli, że coś sknocili. I oni wrócili do tej drużyny. A on nie. Nie chcę mówić o szczegółach jego zachowania, bo bardzo go cenię, natomiast był tak sfrustrowany, że nie przekonał mnie do siebie od strony mentalnej.



Generalnie przez trzy lata trafiał pan z transferami, ale zdarzyły się też totalne niewypały. Skąd się wzięły wynalazki typu Serginho, Ivan Ćurić, Liad Elmaleach?

- Nikogo by nie bolały te transfery, gdyby oni zarabiali 4-5 tysięcy i mieli tak podpisane umowy, że w pierwszej rundzie musisz rozegrać określoną ilość meczów i dopiero wtedy siadamy dalej do rozmów. Ja podjąłem decyzję, żeby oni byli, ale nie ja prowadziłem negocjacje. Biorę na siebie odpowiedzialność za sportowy aspekt tych transferów – to były niewypały. Ale gdyby po pół roku można się było ich pozbyć, w ogóle nie byłoby tematu. Gorzej, jak ktoś ma gruby kontrakt na dwa lata...

Ale jak w ogóle ich pozyskano? Ktoś ich oglądał? Polecił?

- Procedura jest często taka, że przychodzi CV zawodnika z filmem, na którym są wycinki gry. Każdy by się chyba połakomił na tamtych graczy. Elmaleach w sparingach wyglądał dobrze, był poukładany, ale polska liga go przerażała. Grał z Koroną Kielce, dostał trzy razy po nogach i odechciało mu się ekstraklasy. Zapragnął powrotu do kraju. Natomiast szczytem możliwości Ćuricia była I-liga chorwacka. Nie wiem nawet, jak przyjąłby się w naszej I lidze. Przyszedł do nas zimą, gdy mieliśmy ciężkie nogi, a on był świeży. Miał dynamikę, dobrze grał głową, potrafił stworzyć sobie zawsze sytuację. Potem jednak, kiedy zawodnicy odzyskali dynamikę, było widać, że nie nadąża za graniem. Mocno odstawał. Ondrzej Szourek to był przerost płac nad tym, co dawał zespołowi. A Serginho? To był brazylijski serial. Nie pokazał się u nas, a jeździł po całej Europie. Nie zasługiwał nawet na miejsce w 18-tce meczowej na ekstraklasę.

Gdy przychodził pan do Bielska, mówiło się, że umie pan pracować z młodzieżą i kilku dobrych zawodników rzeczywiście pan wprowadzał. Dlaczego więc przez trzy lata Podbeskidzie prawie zawsze było jednym z najstarszych zespołów?

- Bardzo dużo na kanwie pracy z młodzieżą jest tutaj do zrobienia. Naprawdę. Porównywanie pracy z juniorami w Hutniku Kraków i tutaj nie ma sensu. Tu to jeszcze raczkuje, to nie jest to. Z młodzieżówki Hutnika wychodzili co roku Marcin Wasilewski, Krzysiek Przytuła, Marek Koźmiński, Łukasz Sosin, Michał Stolarz, Darek Romózga – to tylko kilka nazwisk. Co chwilę były jakieś „strzały”. Tu – umówmy się – nie ma takich talentów. Albo jest zła praca, albo nie ma talentów. Nie mówię już o sposobie zarządzania, bo nie jestem kompetentny, ale też widzę pewne rzeczy i wiem, jak to powinno funkcjonować. Jeżeli czegoś nie ma, to ciężko uszczęśliwiać kogoś na siłę. Pierwsze pół roku – najcięższe, jakie miałem w Podbeskidziu – gdy nikt jeszcze Kasperczyka nie znał, to była walka o utrzymanie w I lidze. Gdzie tu jest miejsce na młodzież? To jakaś abstrakcja. Rok później robiliśmy awans. Jedynym młodym zawodnikiem, który wtedy coś zagrał, był Damian Byrtek, który przyczynił się do przegranego meczu w Łęcznej. Pozostali, uważam, że nie zasługiwali. Zrobiłem pewien eksperyment, uchylając tym młodym drzwi w meczu z Radzionkowem, gdy mieliśmy już zapewniony awans. Mogli sobie na luzie grać, pokazać pełnię umiejętności. Jak się to skończyło, wszyscy wiemy (0-3 - przyp. MT). Nie kierujmy zarzutów od razu do trenera, tylko zacznijmy od podstaw.

Nie ma pan wrażenia, że gdy przychodził pan do Podbeskidzia – może pomijając pierwsze pół roku – była zupełnie inna atmosfera wokół klubu? Tu się budowało coś nowego, coś dobrego. Teraz atmosfera jest raczej taka, jakby za chwile ktoś miał zgasić światło...

- Jestem pewny, że prezydent Jacek Krywult, którego miałem zaszczyt poznać i jest strasznie zakochany w tym klubie, nie pozwoli na zgaszenie światła. Nie ma takiej możliwości. Nie po to się buduje piękny stadion, żeby ktoś myślał o czarnym scenariuszu. Ten człowiek, jako prezydent miasta, nie pozwoli, by ta drużyna zniknęła z mapy. Nie wiem, jaka będzie najbliższa przyszłość, bo są określone realia, w których trzeba się obracać, ale jestem pewien, że prędzej czy później to będzie feniks, który powstanie z popiołów. Tyle, że tych jeszcze na razie nie ma. Spokojnie, nie wariujmy.

A jak wyglądały pana relacje z kolejnymi prezesami? Czy coś wyglądałoby inaczej, gdyby prezesem nadal był Janusz Okrzesik?

- Nie mnie oceniać. Nie będę obiektywny, bo prezes Okrzesik mnie zatrudnił, postawił na mnie po pierwszej rundzie, gdy wielu chciało mojej głowy. On powiedział, że nie, że z tym trenerem zrobimy awans. Jak powiedział, tak zrobił. Dla mnie ten człowiek będzie w pamięci do końca życia. Mogę o nim mówić w samych superlatywach. Mieliśmy kilka ostrych rozmów, były różnice zdań, ale chyba o to chodzi, bo to było zawsze konstruktywne. Za krótko pracuję z aktualnym prezesem. Z tego, co zdążyłem go poznać, bardzo wszedł w sferę biznesową. Prowadzi klub jak biznesmen, natomiast życie pokazuje, że trzeba trochę inaczej. Nie mnie oceniać, ale życie nas brutalnie weryfikuje. Bardzo go szanuję. Moment rozstania i to, jak się wtedy zachowywał, bardzo mi zaimponowały. Widać było, że kompletnie się nie utożsamia z tą decyzją, wykonuje odgórne polecenie...

Czyja to więc była decyzja?

- Może nie aż tak. Inaczej – to nie jest tylko jego decyzja. Ale widziałem, ile go to kosztuje. Nie mam żadnych niesnasek z poprzednimi prezesami, także z poprzednich klubów, dzwonimy do siebie. Ja nie jestem w sobie zakochany. Czasami uprę się ze swoim zdaniem w sposób nielogiczny, ale cenię ludzi, którzy potrafią wyważyć między kijem a marchewką. Wydaje mi się, że wszyscy prezesi potrafili to zrobić. Z prezesem Wolasem pracowałem bardzo krótko. Zaznaczył się w barwny sposób, nie chcę tego komentować, bo czas zrobił swoje.

Chciałbym spytać o ocenę kilku zawodników, o których opinie są bardzo podzielone. Na początek Liran Cohen, człowiek, który ma świetną technikę i wydaje się, że mógłby być rozgrywającym z prawdziwego zdarzenia, tylko, że z jakiegoś powodu nie jest.

- Umiejętności techniczno-taktyczne ma na najwyższym poziomie. Chłopak grał w Lidze Mistrzów, ale umówmy się, do Podbeskidzia – z całym szacunkiem dla naszego kochanego klubu – nie przychodzą zawodnicy, którzy w swoich macierzystych klubach mają podstawowy skład. Rok temu, gdy wskoczył do jedenastki, dał tej drużynie dużo jakości. Akurat jesteśmy po meczu, gdy strzelił bramkę, swoją tak naprawdę pierwszą w Podbeskidziu. Wiosną też strzelił, ale wtedy wrzucał i przypadkiem wpadło. Cieszę się. Zgadzam się, że jest taką postacią, że można było dostać wścieklizny na ławce, gdy czasem trzy czy cztery piłki pod rząd stracił. Wierzę w niego, bo to chłopak bez układu nerwowego. Czy będzie grał o utrzymanie, czy o mistrzostwo, czy o puchary, będzie robił swoje i na niego zawsze można liczyć. Ma bardzo mocną psychikę. W meczu z Lechią to pokazał. Wejście Lirana było... wejściem konia. Drużyna nagle zaczęła grać w piłkę. On był przerażony agresywnością polskiej ligi. Jemu to nie pasowało. Proszę zwrócić uwagę, ile on chce wymusić fauli. Z 10 fauli, które on próbuje wymusić, z 6-7 jest niegwizdanych i z tego są kontrataki. Uważam, że jego możliwości nie uprawniają go do gry w 4-4-2. To jest chłopak na 4-2-3-1, żeby pracowało za niego dwóch defensywnych pomocników. Świetnie się nadaje na końcówkę, kiedy pracuje jeden defensywny. Ale chyba nie ma w ekstraklasie trenera, który od pierwszej minuty postawiłby na niego w systemie 4-4-2.

Nie ma pan wrażenia, że on ma trochę zbyt skomplikowaną wizję gry, jak na Podbeskidzie? Mam wrażenie, że gdyby miał partnerów, którzy rozumieją, o co mu chodzi, mógłby dawać zespołowi zdecydowanie więcej.

- Tak, coś w tym jest. Ale już nie chcę deprecjonować kogokolwiek.

Piotr Malinowski? Człowiek, który przez lata był ulubieńcem kibiców, a teraz za jego wystawianie był pan krytykowany.

- Rozmawiałem z nim wielokrotnie. Przesympatyczny, inteligentny człowiek. Powiedziałem mu, że takiego dżokera nigdy nie prowadziłem, gdziekolwiek nie pracowałem. Wnosił zawsze dynamikę, robił wiatr, może pomóc zespołowi w ciężkich momentach. Ale nie przekonał mnie na tyle, by grać od pierwszej minuty. W meczu z Lechią grał od początku, lecz wydaje mi się, że mógł dać więcej wchodząc z ławki. Nie wykluczyłem, że kiedyś zagra w pierwszym składzie, jednak zaznaczyłem, że zawsze będzie w osiemnastce, bo zawsze może coś dać drużynie. Bardzo szanuję tego chłopaka, dał nam dużo radości.

PRZECZYTAJ PIERWSZĄ CZĘŚĆ WYWIADU Z ROBERTEM KASPERCZYKIEM

Mariusz Sacha? Za jego wystawianie niejednokrotnie pana krytykowałem. Co sprawiało, że dostawał tyle szans?

- W każdym meczu dwóch-trzech zawodników kompletnie zawodziło. Choć przeczy temu statystyka, nie jestem trenerem, który ciągle miesza składem. Pewien trzon jest zawsze zachowany. Ale na poszczególnych pozycjach jakoś nie mogliśmy się wstrzelić w zawodników. Byłem pewien, że na tej lewej stronie Seba Ziajka to pociągnie po Patejuku. Nie przekonywał mnie. Próbowaliśmy różnych wariantów. Jednym z nich był Sacha. W Cracovii grał bardzo dobrze, strzelał bramki. Rok temu nam wygrywał mecze, strzelał na Jagiellonii, na Polonii Warszawa. Na Wiśle gonił, grał cały mecz, widać było, że chce. Poza tym, jest stąd. Co ma do stracenia? Wie, że tu zostanie. Liczyliśmy się z tym, że naszymi skrzydłowymi będą Sacha i „Ziaja”. I potem przychodzi mecz z Ruchem Chorzów. Pomimo tego, że został zmieniony, grał dobry mecz. Wracał, strzelał na bramkę, zmieniał strefy. Zmieniony został, bo chcieliśmy wpuścić świeżą krew. W mikrocyklach treningowych on nas często zachwycał. Mówiliśmy, że mamy fajnego gościa na prawą stronę. Przychodzi mecz, 21. minuta, a gościowi „odcinają prąd”. I co ja mam zrobić? A byłbym sobie w stanie dać za niego odciąć rękę. Jak mówił Pazura w „Chłopaki nie płaczą”: „I bym teraz nie miał ręki”. Myślałem, że da jakość. Czasami ciężko było za tymi chłopakami nadążyć. W tygodniu super, przychodzi mecz, usłyszy trzy hasła z trybun i gościa nie ma. To wyglądało czasem ohydnie. Nie chciałem mu robić wstydu, bo on był do zmiany w 25. minucie, ale poczekałem do przerwy. Oceniamy gości na bazie mikrocyklu. Jeżeli prezentuje się lepiej od rywala, to chyba każdy trener by go wystawił.

Chciałbym trochę porozmawiać teraz o panu. Jak zmieniło się pana życie, pana pozycja na rynku po trzech latach pracy w Bielsku?

- Naprawdę, cudowny czas. A 25 maja 2011 to najpiękniejszy obok ślubu dzień w moim życiu. Cudowne chwile. Człowiek jest wtedy królem świata, królem życia. Chciałbym to jeszcze gdzieś kiedyś przeżyć. Nie wiem, czy ludzie, którzy oglądają to z dystansu, wiedzą, co czują ludzie, którzy są w środku. To, co działo się w mieście, było przepiękne. Potem szybkie utrzymanie, co było dużym pozytywem. Nie musieliśmy się szarpać do ostatnich kolejek. Kolejny cel został zrealizowany, ale zabrakło jakiegoś zwycięstwa w końcówce dla kibiców. Natomiast niesamowitą zadrą jest ostatnie osiem meczów i to, że nie udało się odnieść żadnego zwycięstwa. Nie czuliśmy się gorsi ani w Kielcach, ani w Białymstoku. Gdybym prowadził taki mecz, jak z Lechią, to bym powiedział, że kolejny raz przegraliśmy przez błędy indywidualne. Bardzo dobry czas, poznałem tu fantastycznych ludzi, na czele z prezydentem Jackiem Krywultem. Wielu bardzo ciekawych ludzi, wielu przyjaciół. Nigdy nie spodziewałem się, że przy takim ciężkim okresie jak teraz, będzie tyle maili, smsów, telefonów ze wsparciem. Albo stanowisko niektórych dziennikarzy. Cudowne. Naprawdę, nie zdawałem sobie sprawy, że te trzy lata zostały tak cudownie odebrane. Mało kto oceniał przez pryzmat ostatniej serii, a za to, co zrobił Robert Kasperczyk.


Chyba słyszał pan, że pożegnali też pana kibice?

- Paulo Coelho pisał, że łzy są krwią duszy. Przyznam się szczerze. Gdybym był na meczu z Lechią, to bym się wykrwawił. Gdybym to usłyszał. To nie jest łechtanie próżności, absolutnie. To docenienie tego, co wspólnie zrobiliśmy. Piękne, naprawdę.

Myśli pan, że wskoczył pan teraz na ogólnopolską „karuzelę” trenerską?

- Nie wiem. Michał Probierz, którego bardzo cenię, powiedział, obejmując stanowisko trenera ŁKS-u, że trener pracuje tam, gdzie go chcą. Ja nie wysyłam CV gdziekolwiek, nie mam menedżerów, którzy mnie na siłę wciskają gdziekolwiek. Czekam cierpliwie i spokojnie. Wydaje mi się, że będzie mi łatwiej o pracę niż wcześniej.

Przyjmuje pan taką ewentualność, by kiedyś wrócić do Bielska?

Kiedyś w ratuszu – chyba przy odbieraniu „Harnasia”, którego sobie bardzo cenię – powiedziałem, że moim marzeniem jest prowadzić drużynę Podbeskidzia w europejskich pucharach na nowym stadionie. I niech tak zostanie.

Czyli nie wyklucza pan...

-... Nie. Absolutnie nie.

A czy z miastem związał się pan na tyle, że planuje pan tu zostać?

- Kupiłem mieszkanie w Bielsku i nie zamierzamy się z żoną w najbliższym czasie stąd wyprowadzać. Mam nadzieję, że to nikogo nie będzie razić. Będziemy się pokazywać w sklepach, galeriach. Gdybym dostał pracę gdzie indziej, to będzie mnie mniej w Bielsku, ale tutaj mam na razie swój dom.

Teraz planuje pan jakąś przerwę, ewentualnie staż?

- Pojadę na staż. Mam już dwie opcje. Jedną na Wyspach Brytyjskich, tylko tam trzeba mieć mocne znajomości. Próbuję się tam dostać. Chodzi mi o klub z Premiership, obojętne jaki. Druga opcja to klub ekstraklasy greckiej. Może nie jest to gigant, ale chciałbym zobaczyć, jak się pracuje w innym klimacie w jakimś fajnym klubie, podpatrzeć mikrocykl. Dużo mi dał pobyt w Brukseli i spodobało mi się. Kosztuje trochę, ale warto.

Ma pan teraz czas na analizowanie tego, co się stało w Podbeskidziu. Czy już teraz wie pan, że coś zrobiłby inaczej?

- Jeden z kolegów trenerów, który zna sytuację w Bielsku, powiedział: „Czasami nie myśl o pieniądzach, tylko zrezygnuj. Zrób utrzymanie i odejdź”. Tak mi poradził. Nigdy bym tego nie zrobił. Nie ze względu na pieniądze, ale po prostu nie wybaczyłbym sobie, gdyby ktoś miał pretensje, że utrzymałem zespół, a widząc, że się sytuacja pogarsza, uciekłem. Wziąłem to na siebie, wiedziałem, że będzie ciężko, ale nie sądziłem, że aż tak. Gdybym ja miał w drużynie siedmiu Marków Sokołowskich, byłoby zupełnie inaczej. Ten chłopak jest stąd, wie, że przy jakimkolwiek niepowodzeniu on tutaj będzie. Wiąże przyszłość z klubem, z miastem. Gdyby ci chłopcy mieli jego mentalność, gdyby się dało go sklonować, to w ogóle nie byłoby problemów z utrzymaniem. Powiedziałem kiedyś, że najlepszym piłkarzem, z jakim pracowałem, był Marek Sokołowski, za co jeden z portali mnie skrytykował. Trener nie ocenia tylko tego, kto ma lepszą lewą nogę, kto prawą, a kto się ile razy włączy. Chodzi o całość. Osobowość, zaangażowanie w to, co się robi. Marek nie jest postacią idealną, wszyscy wiemy. Ale jak wychodzi na mecz, to zostawia wszystko, co ma najlepszego. Czasami to wyjdzie, czasami nie. Gdybym miał siedmiu takich, to rozmawialibyśmy z innej perspektywy.

Kto w czasie pana pracy w Bielsku najbardziej się rozwinął?

- Ja myślę, że wielu. Sylwek Patejuk, Damian Byrtek, Damian Chmiel. Ten ostatni zrozumiał, co to znaczy taktyka w ekstraklasie. Sebastian Ziajka, który zawsze był w cieniu. Gdy tu przychodziłem, grał w Dolcanie Ząbki i był niechcianym dzieckiem. Piotrek Koman też. Doszli do pewnego pułapu, osiągnęli – jeżeli ktoś ma 28-30 lat – chyba szczyt możliwości. Cieszy mnie też – powiem przekornie – powrót na salony Darka Łatki. Jego pozycja w Jagiellonii po awansie była bardzo słaba, w Koronie jeszcze słabsza, bo wylądował w Młodej Ekstraklasie. Przygarnęliśmy go. Wielokrotnie mi to wypominano, dawano do zrozumienia, że to jakiś niepoważny transfer gościa, który miał trzydziestkę i długo nie grał w piłkę. Nie myliłem się ja, a ci krytycy. Darek pomógł zrobić awans i utrzymanie. Kompletnie nie ma znaczenia, co się stało między nami. Zawsze mu podam rękę, spojrzę w oczy i powiem, że to, co zrobiłem, to właściwie on sam sobie zrobił, bo jak się podpisuje regulamin, to się wie, co grozi za jego złamanie. Samo chyba pokazanie na arenie ekstraklasowej zawodników, którzy w CV nigdy jej nie mieli, jest fajnym osobistym osiągnięciem każdego trenera. Gdziekolwiek by potem nie grali, to debiutowali jednak przy mnie.

Czy pana zdaniem Podbeskidzie jest organizacyjnie przygotowane na ekstraklasę?

- Czytałem ostatnio wywiad z prezesem i tam padło stwierdzenie, że awans nie był przygotowany pod względem finansowym. Skoro nie był przygotowany finansowo, to znaczy, że sukces tej drużyny przerósł infrastrukturę i sferę organizacyjną. Jest wiele problemów. Ja uwielbiam prezesa Andrzeja Sadloka. Jest wspaniałym prezesem i człowiekiem, to co się dzieje w Dankowicach, to jest jego zasługa. Ale myślę, że nie obrazi się za to, co powiem. Dopóki Podbeskidzie nie będzie miało własnej bazy, nigdy nie będzie miało komfortu psychicznego. Mamy wejść tam, gdzie chcemy. Nieważne, czy pada deszcz, śnieg, czy są mrozy. My mamy wejść tam, gdzie chce pierwszy trener. A tu wielokrotnie było tak, że przez szacunek do tego, co robi prezes Sadlok, wybierało się wariant „podeszczowy”. Nie przystało nawet trenować w takich warunkach. Odnowę biologiczną każdy robi we własnym zakresie. Mówiłem to na radzie nadzorczej. Napisałem pismo, czego brakuje temu klubowi. Siłownia? Pracowaliśmy u pana Kłysa. Została zamknięta. Niektóre miejsca w Bielsku-Białej nie chcą nas przyjąć. Mało kto o tym wie. Pokłosiem jakiegoś złego zachowania młodych grup Podbeskidzia było to, że nie może wejść pierwsza drużyna. Ktoś narobił jakiś bałagan. Inni sobie wręcz nie życzą piłkarzy. I to takie chodzenie od Annasza do Kajfasza i szukanie kwadratowych hec nie powinny być robione na poziomie ekstraklasy. Myślę, że wraz z rozwojem stadionu, te rzeczy też będą szły w parze. Nowy trener też chyba zwróci na to uwagę.

Rozmawiał Michał Trela.

autor: Michał Trela

Przeczytaj również