Kasperczyk o wszystkim, co chcielibyście wiedzieć o Podbeskidziu... (cz. 1)
Chciałbym zacząć od spraw najbardziej aktualnych. Czy opadły już emocje po poniedziałkowym zwolnieniu pana z Podbeskidzia?
Robert Kasperczyk: - Na pewno nie są to najbardziej sympatyczne dni w moim życiu. Po raz pierwszy nie zostałem nie z własnej woli do końca kontraktu. Jak powiedział kiedyś ktoś bardzo mądry, pracujący w tym zawodzie, żeby być dobrym trenerem trzeba być zwolnionym trzy razy. Ja mam dopiero premierę za sobą. Na pewno boli. Nie ukrywam, że pierwsze dwa-trzy dni były najgorsze. Natomiast było czuć w powietrzu, że tak się stanie. Przed meczem z Bełchatowem zostałem zaproszony - celowo nie używam słowa wezwany - na radę nadzorczą i tam pani przewodnicząca nie owijała w bawełnę. Powiedziała, że mecz z Bełchatowem będzie ostatecznym probierzem. Doceniano mój wkład w to, co tu się udało zrobić, ale naciskali sponsorzy i akcjonariusze. Mimo tego, że się spodziewałem, na pewno w jakiś sposób zabolało.
Był taki moment, w którym na serio rozważał pan podanie się do dymisji?
- Istnieje takie bardzo modne ostatnio pojęcie "rozstanie za porozumieniem stron". Myślałem o takim rozwiązaniu. Nie myślałem o dymisji, bo - nie ukrywam - nie stać mnie na dymisję. Mówię szczerze, jako człowiek. Nie stać mnie i mojej rodziny na to żebym np. ponad rok nie pracował. Bardziej chciałem spotkać się gdzieś w środku, żeby obie strony były zadowolone. Patrząc na zaangażowanie chłopaków i na to, jak bardzo im zależy na premierowym zwycięstwie - a do dziś twierdzę, że to jest kwestia jednej wygranej - wierzyłem, że uda się to zrobić z moją osobą. Nie udało się, więc stało się, jak się stało.
Rzeczywiście widział pan w drużynie ten ogień i to zaangażowanie? Bo sygnałów o tym, że nie ma pan akceptacji szatni było sporo...
- Tak, tak. A propos tych anonimowych wypowiedzi... Wszyscy wiemy, kto to jest, bo to jest jeden piłkarz sfrustrowany odejściem trenera bramkarzy. Ale po co to rozdrapywać? Ma prawo się odezwać. Darek Łatka, który udzielił wywiadu 2x45.com.pl, pokazał tam swoją frustrację, to, że mu nie idzie. Moim zdaniem, już nie mówię o regulaminie i o tym, że nie powinien takich sformułowań używać, przynajmniej miał odwagę się podpisać pod tymi słowami. Nieważne, czy miał rację, czy nie. Ale się podpisał. To był Dariusz Łatka. Nie odnośmy się do anonimów, bo jeżeli ktoś nie ma odwagi powiedzieć, co go boli, to stoczył się na samo dno. Odnoszenie się do tego typu sformułowań jest żałosne, a poziom tej rozmowy niech nie schodzi na najniższe tory. Przez trzy lata pracy w Bielsku wyrobiłem sobie znajomości wśród ludzi, którzy piszą na temat Podbeskidzia i też mam kolegów, więc szybko się dowiedziałem, kto to jest.
Nigdy nie przyszło panu do głowy, że zawodnicy grają przeciwko panu?
- Wydaje mi się, że widać, że tak nie było. Może dwie, trzy osoby mąciły i zawsze należy ich szukać wśród tych, którzy nie grają. Jeżeli zawodnik gra i cieszy się zaufaniem trenera, nigdy nie będzie marudził. Tak było jest i będzie. Ja nie ukrywam, że sam czasem - gdy trenerzy sadzali mnie na ławce - miałem ogromny żal do szkoleniowca. Rozumiem ich oczekiwania i ambicje. 11 jest zadowolonych, siedmiu nie, plus ci, którzy nie złapali się do 18-tki. Tu nie trzeba robić spektakularnego śledztwa, żeby wiedzieć, z której strony były problemy.

Jak wyglądało pożegnanie z drużyną po takim czasie? Otrzymał pan jakieś dowody wsparcia?
- Tak. Bardzo mnie podbudowały rozmowy z Markiem Sokołowskim i z Bartkiem Koniecznym, który mnie zdziwił, bo nie trenował w ostatnim czasie. A to był jeden z pierwszych piłkarzy, którzy do mnie zadzwonili. Z niektórymi mam cały czas kontakt. Natomiast oficjalnego pożegnania na razie nie było. Jeżeli coś takiego będzie, to przy lepszym klimacie, jeżeli drużyna wygra. Bo nawet patrząc na mecz z Lechią Gdańsk, poziom frustracji jest tak duży, że to zatacza niebezpieczne kręgi. To nie jest klimat dobry do żegnania się. Mogę jednak spokojnie powiedzieć, że jestem dumny z tych ludzi, którzy zrobili awans, utrzymanie i z tych, z którymi pracowałem do ostatniego dnia. Nawet gdy byli troszkę sfrustrowani. Świat się nie kończy na jednym klubie i jest tak hermetyczny, że na pewno się spotkamy, zwłaszcza, że niektórzy planują kariery trenerskie. Obrzucanie się błotem w takim momencie nie jest dobre.
Jak wyglądała sprawa z asystentami Robertem Mioduszewskim i Tomaszem Świderskim?
- Nie wszystko wypada mówić. Czasami człowiek chciałby krzyknąć coś głośno, ale nie wypada. Na tę chwilę mogę powiedzieć, że ta sprawa już narastała - szczególnie z jednym z asystentów - do rozmiarów bardzo dużych. Miałem dwie rozmowy dyscyplinujące z jednym z nich. Nie pomogło. Nie chcę rozszerzać tematu. O fachowość nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń. Pewne sprawy zaszły jednak za daleko i trzeba było coś zrobić. Wszyscy staraliśmy się na siłę pomóc temu zespołowi. Jednym z czynników, które o tym zadecydowały, były także skargi zawodników. Najbardziej mnie bolało to, że nie do mnie, a do władz klubu i ja stamtąd dowiadywałem się, co się dzieje. Wydaje mi się, że jak zawodnik wyraża swoją opinię na temat asystenta i podpisuje się jako anonim i płacze za trenerem, to jest śmieszny, bo powinno się oceniać znając całą sytuację. W mediach słyszałem różne komentarze. Najbardziej mnie rozśmieszył komentarz z jednej z komercyjnych stacji, że zwaliłem winę za wyniki na asystentów. Jeżeli ktoś nie ma pojęcia o problemie, to niech nie zabiera głosu. Szczegóły nie są do podania.
Sporo pretensji w lokalnym środowisku zgłasza się też do Wojciecha Jarosza, innego z pana asystentów. Proszę wyraźnie wytłumaczyć, za co on odpowiadał...
- Czytając przez te właśnie lata, różne artykuły o tutejszym środowisku, zauważyłem, że są mocne sympatie i antypatie. Szczególnie trenera Jarosza upodobał sobie jeden portal, a właściwie jeden gość.
Sportowebeskidy.pl.
- Tak. Widać, że mają jakieś osobiste wycieczki do trenera. Pisząc te bzdury, często chwalą innego szkoleniowca. To jest naprawdę tak przejrzyste i głupie, że nie chciałbym ciągnąć tego wątku.
Wróćmy więc do sedna sprawy.
- To nie jest tak, że trener Jarosz odpowiadał za przygotowanie fizyczne. On odpowiada za przygotowanie funkcjonalne.
Czyli?
- Przygotowanie siłowe, dynamiczno-sprawnościowe. Natomiast jeżeli ktoś miał do niego jakiekolwiek pretensje o to, że zespół nie biega, to się mylił. Pretensje mogą być tylko do mnie. Cały program tlenowy w przygotowaniu motorycznym robiłem ja. Mam sprawdzone wzorce, które robiłem od wielu lat. W meczu z Lechią też było widać, że w drugiej połowie to ona traciła siły, a nie my. Nie da się w tydzień poprawić motoryki, a da się tylko ją zepsuć. Problem tkwi bardziej w taktyce, nastawieniu i umiejętnościach piłkarskich, a nie w tym, czy oni biegają tak, czy inaczej. Obarczanie trenera Jarosza winą za całość jest niesprawiedliwe. To musi mieć gdzieś ukryty cel.
W artykule na weszlo.com czytałem, że zawodnicy narzekają, iż mają za mało zajęć na siłowni, a za dużo treningów funkcjonalnych. Mógłby pan to merytorycznie wytłumaczyć?
- Problem jest szeroki. Polski piłkarz ma specyficzną mentalność. Proszę porozmawiać z jakimkolwiek Czechem czy Słowakiem, gdzie wzorce z Niemiec dotarły już dawno. Gdy przyszli do nas Franek Metelka, potem Matej Nather, Michal Piter-Buczko i wprowadziliśmy trening funkcjonalny, to mówili "no, nareszcie!". To było coś, co oni u siebie już dawno robią. To już przyszło dawno, dawno z zachodu. Program siłowy jest tak profesjonalizowany, że jest robiony pod daną dyscyplinę sportu. Dobór obciążeń na poszczególne partie mięśniowe, uderza w te ruchy, które nazywa się piłkarskimi. Siłownia jest bardzo ogólna. Można wybrać ćwiczenie na mięsień czworogłowy i pakować, ale ma to niewiele wspólnego z piłką nożną. Jak było dużo zajęć na siłowni, to było bardzo dużo kontuzji zwłaszcza mięśnia dwugłowego. My od okresu przygotowawczego nie mamy ani jednej "mięśniówki". Ani jednej! To jest fantastyczna praca trenera od przygotowania funkcjonalnego. Kilku zawodników kiedyś pracowało na siłowni i czuło się lepiej i być może oni byli w stanie zarazić tym też innych i zrobiła się z tego duża afera. Krzysiek Król nie bał się powiedzieć głośno przy drużynie, czym mi zaimponował, że czuje się bardzo dobrze. Ocenianie przygotowania fizycznego przez pryzmat własnej osoby jest dziwne. Lepsze byłoby podejście do trenera i spytanie, co można zrobić, by czuć się lepiej. To jest bardziej profesjonalne. A nie wypowiadanie się do prasy, robienie z tego afery, bo to jest takie dziecinne. Każdy z tych zawodników ma 20-parę lat, niektórzy 30., ale powinien dorosnąć do profesjonalnej piłki i takie sprawy załatwiać po męsku.
Pana winy w tym wszystkim nie ma?
- Jedyne, co mogłem zrobić wcześniej, a zrobiliśmy to dopiero w końcówce, to wpuścić ich na tę siłownie ze względu na... głowę. Załatwiliśmy w Jasienicy siłownię i tam byli dwa razy. Oczywiście buźki uśmiechnięte, szczególnie u tych największych malkontentów. Wyglądało to troszeczkę kabaretowo, ale jeżeli to miało pomóc chłopakom, to to zrobiliśmy. Ale ani w meczu z Lechią, ani z Bełchatowem nie pomogło.
Wyszła też niedawno sprawa badań, których wyniki otrzymał pan za późno. Dariusz Łatka we wspomnianym wywiadzie zwrócił uwagę, że kiedyś trenerzy dawali bez tego radę.
- Jak ja słyszę, że zawodnik mówi "dawniej, za króla Ćwieczka", to mi się odechciewa. Wydaje mi się, że jak Darek zostanie trenerem, to z tego, co teraz mówił, sam będzie się śmiał. Myślę, że siedzenie przez wiele lat przy różnych trenerach w latach, kiedy popularna była u nas szkoła wschodnia, sprawiło, że mogę się zgodzić, że kiedyś to dawało efekty. Ale odbywało się to kosztem kontuzji innych zawodników. Ten program był morderczy. Ja trenowałem w takich warunkach, że podejrzewam, iż wielu zawodników by tego nie wytrzymało. To było na początku lat 90. Z badaniami było tak, że mieliśmy je w pierwszy dzień okresu przygotowawczego, a wyniki przyszły po wielu tygodniach. Pierwsze tygodnie robiłem więc trochę "na nos". Wiadomo, że schodziliśmy wtedy z kosztów i nie były rzeczy regulowane na bieżąco. Ja też to rozumiem, skoro kasa była pusta. Parametry się jednak co roku zmieniają, a poza tym mieliśmy sporo nowych zawodników. Nie było to zbyt profesjonalnie robione, ale na bazie własnego doświadczenia tak to poprowadziłem, że jakoś z tego wyszliśmy. Nie robiłbym z tego afery. Trzeba było się z wieloma rzeczami pogodzić, wiedząc, że będzie obcinany budżet i to było tego pokłosiem. Kiedy badania doszły, wszystko zostało wyprofilowane i nie ma co do tego wracać.
Już latem wiedział pan, że będzie z drużyną tak źle, a robił jedynie dobrą minę do złej gry?
- Problemy się zaczęły wiosną. Zagraliśmy udaną rundę jesienną, rozpoczyna się okres przygotowawczy i nie ma środków, żeby jechać na zgrupowanie zagraniczne, więc byliśmy w Grodzisku i wszyscy wiedzą, jak tam było.
To już wiemy. A jak było z premiami za utrzymanie w ekstraklasie?
- Dochodziły sygnały, że pewne ustalenia, które mieliśmy z poprzednimi władzami, nie będą respektowane, bo nie były nigdzie zapisane. Nie chcę się tanio tłumaczyć, ale proszę wejść w naszą skórę. Był obiecany milion złotych za utrzymanie drużyny w lidze, zespół osiąga cel i dowiaduje się, że nagle tego nie będzie, bo nie jest to nigdzie zapisane, a tak w ogóle to cel minimalistyczny. Nie wiem, rok wcześniej Cracovia czy Arka Gdynia, kluby bogatsze i z większymi tradycjami jakoś potrafiły wykrzesać premię za utrzymanie. To mnie trochę zabolało, ale poszedłem normalnie do pracy. Były ogromne problemy finansowe. Nie podbudowało mi to zespołu od środka. Każdy sobie planował jakieś wakacje - może lepsze niż do tej pory - ale to się nie stało. Również inne ustalenia zostały zanegowane. Nie wiem, kto zawinił. Czy ktoś, kto tego nie spisał. Czy my mogliśmy przyszpilić poprzednie władze. Wina niech leży pośrodku.
A już latem jak wyglądały sprawy?
- Wiedziałem, na co sobie mogę pozwolić. Wiedziałem, że jesteśmy zadłużeni. Klub miał dwie drogi. Albo drastyczne cięcia i szybkie wyjście na zero. Albo, tak jak robią w innych klubach, chyba jednak lepiej, czas pokazuje, że nawet na pewno, rozłożyć to zadłużenie w czasie i by te cięcia nie odbyły się kosztem zespołu. Można obciąć inne rzeczy, ale w każdym klubie ekstraklasowym pierwszy zespół powinien być najważniejszy. Wiedziałem, że odszedł Patejuk. Że Konieczny ma kontuzję. Że Łatka będzie rok starszy. Że Nather nie będzie szybszy, silniejszy itd. Koniecznie chciałem Antoniego Łukasiewicza. Nie był drogi, nie był poza zasięgiem finansowym. Jak on ciągnął ŁKS, jak świetnie dyrygował. Włada kilkoma językami, jest superinteligentnym człowiekiem. Lubię takich zawodników. Trzy tygodnie negocjowaliśmy i klapa. Nie wnikam, kto zadecydował, że nie, ale bardzo mnie to zabolało. Opcje były różne, naprawdę znane nazwiska, ale żadne w naszym zasięgu. A Antek tak zszedł z oczekiwaniami, że bylibyśmy w stanie go wziąć, lecz się nie udało. Wszyscy przeszacowaliśmy ten zespół. Chyba nikt nie sądził, że Patejuka będzie nam aż tak brakować. Zespół gra słabiej, bo jest po prostu słabszy.
Widzi pan perspektywy utrzymania tej drużyny w ekstraklasie?
- Wiele warunków musi być spełnionych. Czas będzie pracował dla Darka Pietrasiaka i Irka Jelenia. To są wzmocnienia. Wiem, że Darek brał udział przy pierwszej bramce Bełchatowa i przy karnym dla Lechii, lecz to nie świadczy o tym, że on nie umie grać. Po prostu parę miesięcy w ogóle nie występował, za co płacimy cenę. Na takiego nas było stać. Ten zespół będzie przy jego pomocy dużo lepszy. Z Lechią Irek nie grał rewelacyjnego meczu, ale kilka zagrań pokazał fajnych i przyznam szczerze, że żałuję bardzo, że nie mogłem z nim popracować, bo do pewnego pomysłu na grę z nim przekonalibyśmy zespół. Nie pomylę się, ktokolwiek nie będzie nowym trenerem, że tu zimą może być tąpnięcie. Naprawdę. Może być ciężko niektórym zawodnikom. Weryfikacją ich umiejętności nie są ich aforyzmy, sentencje, czy pamiętniki sfrustrowanego, niedowartościowanego piłkarza, tylko boisko. A ono jest okrutne. Nawet mecz z Lechią bardzo przypominał poprzednie. W I lidze błędy indywidualne się nadrabiało, tu po nich przegrywa się mecze. Ten zespół musi być wzmocniony, definitywnie.
Pan poznał ten klub od środka i wierzy pan, że na takie wzmocnienia jest szansa?
- Trzeba podjąć bardzo niepopularne decyzje. Nowy trener zadecyduje, ale jeśli chce to ratować, to z kilkoma zawodnikami trzeba się rozstać. Nawet z tymi, którzy mają kontrakty. Dla dobra tego zespołu. Potrzeba też więcej odwagi władzom klubu. Czasami trzeba podjąć jakąś wariacką decyzję, żeby uratować to, co jest do uratowania. Albo przynajmniej próbować.
Czy nie sądzi pan, że w obecnej sytuacji drużynie trzeba psychologa? Rok temu z kimś takim współpracowaliście i chyba przynosiło to efekty.
- Współpracowaliśmy ostatnio z panem Henrykiem Pilarskim, trenerem couchingu mentalnego.
Ostatnio, czyli kiedy?
- W tej przerwie reprezentacyjnej przed meczem z Bełchatowem. On przekazał swoje spostrzeżenia mi i władzom klubu. Nie będę ich powtarzał, bo one nie wszystkim by się spodobały. Pan Pilarski pracuje w biznesie i bardzo wiele rzeczy jest wspólnych z psychologią sportu. Są jednak rzeczy bardzo odległe. Gdzieś się jednak rozmyły te ideały. Ciężko znaleźć takiemu trenerowi przełożenie na sprawy typowo piłkarskie. Bardzo wiele się dzięki panu Henrykowi nauczyłem i mam nadzieję, że zawodnicy też. Natomiast ja potrzebuję kogoś, kto byłby przy drużynie dzień w dzień, widział jej zachowania. Miałem już kiedyś kogoś takiego. Pracowałem w Hutniku z panią doktor UJ w Krakowie i przyznam się szczerze, że to był dla mnie szok. Nie miałem pojęcia, ile błędów może popełnić trener, wypowiadając się w taki, czy inny sposób. A propos tego, ostatnio zarzucono mi, że zapowiadałem grę o miejsce w dziesiątce. To jest rozmowa trenera z zawodnikami. Jeżeli rozpoczyna się sezon i trener mówi, że musimy się rozpaczliwie utrzymać, bo zespół mamy słabszy, czternaste miejsce będzie cudem, a powtórzenie wyniku sprzed roku to szczyt marzeń, to nie ma szans na sukces. Ja muszę przynajmniej udawać optymistę. Gdyby tego nie było, to boję się, że stosunek bramek mielibyśmy 1-23 i bylibyśmy naprawdę odległą „czerwoną latarnią”. A tak, ciągle jest tylko kilka punktów do bezpiecznej strefy i nie jest tak źle. Gdybym miał cofnąć czas, użyłbym dokładnie tych samych słów. Bo żeby osiągnąć jakiś cel, trzeba trafiać ponad cel, co powiedział Karol Bunsch. Tego się zawsze trzymałem.
Jutro na SportSlaski.pl druga część wywiadu z Robertem Kasperczykiem, w której porozmawiamy m.in. o transferach tych ostatnich i dawniejszych, o relacjach z każdym z kolejnych prezesów, o szkoleniu młodzieży, a także o tym, czy w Podbeskidziu będą wkrótce gasić światło, czy jednak nie.
Rozmawiał Michał Trela.