"Jeszcze wiele nam brakuje, aby marzyć o mianie potentata ligi"
29.09.2009
To miał być sezon Podbeskidzia Bielsko-Biała. Ale nie jest. Wcześniejsza porażka z Górnikiem Zabrze czy ta niedzielna, z Widzewem Łódź, pokazują, że na równorzędną walkę z najlepszymi "Górali" na razie nie stać. - Jeszcze wiele nam brakuje, aby marzyć o mianie potentata ligi - przyznaje trener Marcin Brosz, ale podkreśla również, że wie, gdzie leży największy problem zespołu. Jego zdaniem, jest nim brak stabilizacji w linii defensywnej.
- Ta formacja potrzebuje, by grać jak najwięcej w tym samym zestawieniu. Tylko wtedy możemy mówić o pełnym zrozumieniu wszystkich ogniw - tłumaczy Brosz. Przedwczoraj od początku spotkania było z tym elementem całkiem dobrze. Przeszkodą nie okazało się nawet to, że pauzującego za kartki Sławomira Cienciałę zastąpił na prawej stronie bloku nominalny środkowy pomocnik, Łukasz Matusiak. - Zagrał na zupełnie dla siebie nowej pozycji i to jeszcze przeciw liderowi. Spisywał się jednak bardzo dobrze - zaznacza szkoleniowiec bielszczan.
Ale Matusiak zaraz na początku drugiej połowy musiał z powodu kontuzji opuścić boisko... - I dokładnie w tym momencie zaczęły się nasze kłopoty. Szybko okazało się, że w obronie nie jesteśmy już tak pewni siebie. W konsekwencji Widzew zdobył po chwili zwycięskiego gola - wskazuje Brosz, który zmuszony był posłać w bój Bartłomieja Koniecznego.
- To było ogromne ryzyko. Bartek ostatnio dużo się leczy i nie jest jeszcze w pełni przygotowany do gry. Szkoda chłopaka... - rozkłada ręce opiekun Podbeskidzia. Zdecydowanie więcej powodów do zadowolenia ze swoich defensorów miał nieoczekiwanie Paweł Janas. Dlaczego nieoczekiwanie? Bo w składzie łodzian zabrakło przecież żelaznej pary stoperów: Jarosław Bieniuk - Ugochukwu Ukah, którą zastąpili Sebastian Madera i Łukasz Juszkiewicz.
Trener gości nie starał się nawet zresztą ukrywać, że o postawę tej dwójki mocno się obawiał. - Grali przecież ze sobą po raz pierwszy. Mało tego. Dla Łukasza to była w ogóle premierowa przygoda ze środkiem obrony - zauważył "Janosik".
- Ta formacja potrzebuje, by grać jak najwięcej w tym samym zestawieniu. Tylko wtedy możemy mówić o pełnym zrozumieniu wszystkich ogniw - tłumaczy Brosz. Przedwczoraj od początku spotkania było z tym elementem całkiem dobrze. Przeszkodą nie okazało się nawet to, że pauzującego za kartki Sławomira Cienciałę zastąpił na prawej stronie bloku nominalny środkowy pomocnik, Łukasz Matusiak. - Zagrał na zupełnie dla siebie nowej pozycji i to jeszcze przeciw liderowi. Spisywał się jednak bardzo dobrze - zaznacza szkoleniowiec bielszczan.
Ale Matusiak zaraz na początku drugiej połowy musiał z powodu kontuzji opuścić boisko... - I dokładnie w tym momencie zaczęły się nasze kłopoty. Szybko okazało się, że w obronie nie jesteśmy już tak pewni siebie. W konsekwencji Widzew zdobył po chwili zwycięskiego gola - wskazuje Brosz, który zmuszony był posłać w bój Bartłomieja Koniecznego.
- To było ogromne ryzyko. Bartek ostatnio dużo się leczy i nie jest jeszcze w pełni przygotowany do gry. Szkoda chłopaka... - rozkłada ręce opiekun Podbeskidzia. Zdecydowanie więcej powodów do zadowolenia ze swoich defensorów miał nieoczekiwanie Paweł Janas. Dlaczego nieoczekiwanie? Bo w składzie łodzian zabrakło przecież żelaznej pary stoperów: Jarosław Bieniuk - Ugochukwu Ukah, którą zastąpili Sebastian Madera i Łukasz Juszkiewicz.
Trener gości nie starał się nawet zresztą ukrywać, że o postawę tej dwójki mocno się obawiał. - Grali przecież ze sobą po raz pierwszy. Mało tego. Dla Łukasza to była w ogóle premierowa przygoda ze środkiem obrony - zauważył "Janosik".
Polecane
I liga