"Jest żal do Marcina Brosza. Miał pretensje, że za długo się leczę"
27.02.2011
Urodził się w Wadowicach 26 lat temu. Jako pierwszy klub w CV ma zapisany Strumień Polankę Wielką, ale od 15 roku życia gra w Podbeskidziu. Zaczynał w juniorach, a później szukał swojej szansy w szeregach pierwszego zespołu. Świetnie pamięta swój pierwszy raz w osiemnastce meczowej: - To było jeszcze za czasów Wojciecha Boreckiego. Mecz w deszczu, u siebie z Cracovią. Przegraliśmy 0-3, a ja całe 90 minut przesiedziałem na ławce - wspomina.
Ale debiutu już do końca nie pamięta. Wie, że było to za czasów Jana Żurka, kiedy o miejsce w składzie było szczególnie trudno. - Budowany był bardzo mocny skład na ekstraklasę. Mówiło się o nas "galacticos". Wiadomo, do zespołu przyszedł młody chłopak. Ciężko było zaistnieć na dłużej. Chciałem się pokazać, ale trener nie dawał mi szansy. Pojawiłem się na kilku treningach, ale trener stwierdził, że lepsze będzie wypożyczenie - wyjaśnia. Górkiewicz wylądował w Walcowni Czechowice-Dziedzice. Nie ostatni raz...
Ponownie trafił tam w 2009 roku. To była już decyzja Marcina Brosza. - Mam żal do trenera. Graliśmy mecz w Pucharze Polski, w Sanoku. Złamałem tam rękę. Co prawda nad kondycją pracowałem, mogłem biegać, ćwiczyć, ale ręka była unieruchomiona. To tak jak dziś z Jackiem Broniewiczem. Z dłonią problem, ale z pełnych treningów i tak jest wyłączony - zauważa.
Nie była to jednak jedyna kontuzja, która prześladowała Górkiewicza. - Wróciłem, zagrałem kilka końcówek i zaczęliśmy przygotowania, a wtedy skręciłem staw skokowy. Męczyłem się z tym dwa miesiące. Brosz miał do mnie pretensje, że zbyt długo się leczę, po czym stwierdził, że chce mnie wypożyczyć, bym się odbudował. Nie dostałem żadnej szansy, by mu się pokazać - podkreśla obrońca.
Po zmianie szkoleniowca wrócił jednak do drużyny. Zagrał w dziewięciu meczach i świetnie zastąpił kontuzjowanego Sławomira Cienciałę. Strzelił nawet dwie bramki. - Konkuruję ze Sławkiem Cienciałą. Jest kapitanem i ma pewne miejsce w składzie. Liczyłem, że jesienią dostane więcej szans, ale przytrafiła mi się kontuzja przywodziciela. Trudno się dziwić trenerowi, że nie zmieniał zwycięskiego składu. W końcu świetnie nam szło. W pucharach szanse dostawałem, tak jak wszyscy ci, co nie grali. Ciężko jest jednak wejść w mecz, kiedy tak długo siedzi się na ławce. Nic nam nie zastąpi pełnych 90 minut na boisku.
Minęło już ponad 10 lat, od kiedy Górkiewicz pojawił się w Podbeskidziu. Przypomina sobie też, że była okazja, by spróbować zaistnieć gdzieś wyżej, może nawet i w ekstraklasie. Dziś jednak nie żałuje decyzji, którą wtedy podjął. - Za czasów Krzysztofa Tochela otrzymałem telefon od Tomka Jodłowca z Groclinu. Dał mi do słuchawki ich kierownika. Ten powiedział wprost, że chcą mnie na swoim obozie w Niemczech. Nie wiedzieli jednak, że ja byłem wtedy w autokarze, w drodze na obóz Podbeskidzia. W Groclinie nic nie było pewne. Bałem się, że pojadę tam, nie przekonam do siebie trenerów i zostanę bez klubu. Nie zaryzykowałem. Później pojawiły się jakieś spekulacje, że Widzew Łódź mnie obserwuje, ale ja nie zastanawiałem się nad tym. Wiem, że nie grałem tyle, ile bym chciał. Przeważnie byłem z boku. Mam jednak taki charakter, że poza karierą piłkarza są też inne, ważne cele. Związałem się z Podbeskidziem. Do tego miałem tutaj szkołę, studia. Nie chciałem ruszać się nigdzie dalej.
Ale debiutu już do końca nie pamięta. Wie, że było to za czasów Jana Żurka, kiedy o miejsce w składzie było szczególnie trudno. - Budowany był bardzo mocny skład na ekstraklasę. Mówiło się o nas "galacticos". Wiadomo, do zespołu przyszedł młody chłopak. Ciężko było zaistnieć na dłużej. Chciałem się pokazać, ale trener nie dawał mi szansy. Pojawiłem się na kilku treningach, ale trener stwierdził, że lepsze będzie wypożyczenie - wyjaśnia. Górkiewicz wylądował w Walcowni Czechowice-Dziedzice. Nie ostatni raz...
Ponownie trafił tam w 2009 roku. To była już decyzja Marcina Brosza. - Mam żal do trenera. Graliśmy mecz w Pucharze Polski, w Sanoku. Złamałem tam rękę. Co prawda nad kondycją pracowałem, mogłem biegać, ćwiczyć, ale ręka była unieruchomiona. To tak jak dziś z Jackiem Broniewiczem. Z dłonią problem, ale z pełnych treningów i tak jest wyłączony - zauważa.
Nie była to jednak jedyna kontuzja, która prześladowała Górkiewicza. - Wróciłem, zagrałem kilka końcówek i zaczęliśmy przygotowania, a wtedy skręciłem staw skokowy. Męczyłem się z tym dwa miesiące. Brosz miał do mnie pretensje, że zbyt długo się leczę, po czym stwierdził, że chce mnie wypożyczyć, bym się odbudował. Nie dostałem żadnej szansy, by mu się pokazać - podkreśla obrońca.
Po zmianie szkoleniowca wrócił jednak do drużyny. Zagrał w dziewięciu meczach i świetnie zastąpił kontuzjowanego Sławomira Cienciałę. Strzelił nawet dwie bramki. - Konkuruję ze Sławkiem Cienciałą. Jest kapitanem i ma pewne miejsce w składzie. Liczyłem, że jesienią dostane więcej szans, ale przytrafiła mi się kontuzja przywodziciela. Trudno się dziwić trenerowi, że nie zmieniał zwycięskiego składu. W końcu świetnie nam szło. W pucharach szanse dostawałem, tak jak wszyscy ci, co nie grali. Ciężko jest jednak wejść w mecz, kiedy tak długo siedzi się na ławce. Nic nam nie zastąpi pełnych 90 minut na boisku.
Minęło już ponad 10 lat, od kiedy Górkiewicz pojawił się w Podbeskidziu. Przypomina sobie też, że była okazja, by spróbować zaistnieć gdzieś wyżej, może nawet i w ekstraklasie. Dziś jednak nie żałuje decyzji, którą wtedy podjął. - Za czasów Krzysztofa Tochela otrzymałem telefon od Tomka Jodłowca z Groclinu. Dał mi do słuchawki ich kierownika. Ten powiedział wprost, że chcą mnie na swoim obozie w Niemczech. Nie wiedzieli jednak, że ja byłem wtedy w autokarze, w drodze na obóz Podbeskidzia. W Groclinie nic nie było pewne. Bałem się, że pojadę tam, nie przekonam do siebie trenerów i zostanę bez klubu. Nie zaryzykowałem. Później pojawiły się jakieś spekulacje, że Widzew Łódź mnie obserwuje, ale ja nie zastanawiałem się nad tym. Wiem, że nie grałem tyle, ile bym chciał. Przeważnie byłem z boku. Mam jednak taki charakter, że poza karierą piłkarza są też inne, ważne cele. Związałem się z Podbeskidziem. Do tego miałem tutaj szkołę, studia. Nie chciałem ruszać się nigdzie dalej.
Polecane
I liga