Jest tylko "żelaznym" rezerwowym... a jednak kibice go kochają

16.12.2010
Czy piłkarz, który w całej rundzie tylko trzykrotnie wybiegał w podstawowym składzie, może być idolem publiczności? Może, o ile nazywa się Piotr Malinowski i gra w Podbeskidziu Bielsko-Biała.
Niezależnie od wyniku, gdy dochodzi 60. minuta gry, a trener Robert Kasperczyk nie wypuszcza na boisko "ponaddźwiękowego" skrzydłowego, na trybunach, najpierw nieśmiało, później nierzadko już w formie zbiorowego skandowania, kibice głośno domagają się wejścia ulubieńca. Gdy Podbeskidzie nie może być pewne zwycięstwa, oczekują, że Malinowski odmieni oblicze gry. Jeśli natomiast bielszczanie mają już zapewnione trzy punkty, fani chcą oglądać byłego zawodnika Górnika Zabrze dla czystej przyjemności.

Skąd bierze się fenomen kieszonkowego 26-latka? Można go określić jako skrzydłowego w starym stylu. Jest w nim coś... romantycznego. "Malina" po prostu zabiera piłkę, z niesamowitą szybkością ucieka absolutnie wszystkim rywalom, raz na czas dryblując, po czym podaje do napastników, tudzież próbuje strzału, który jest akurat jego największym mankamentem. Trudno go raczej zobaczyć schodzącego do środka czy rozgrywającego akcje, czego coraz częściej wymaga się od bocznych pomocników. Bo we współczesnym futbolu grają boczni pomocnicy, Malinowski to zaś klasyczny skrzydłowy.

Na wiosnę Malinowski był pewniakiem w podstawowym składzie, obok Clemence'a Matawu, z którym często wymieniali się bokami. Po letnich wzmocnieniach, częstochowianin usiadł na ławce rezerwowych. Jego miejsce w podstawowym składzie zajął Sebastian Ziajka - pomocnik potrafiący piłkę rozegrać, pracujący mocno w defensywie, bardziej pasujący do dzisiejszego futbolu. Kibic Ziajkę docenia, ale kocha "Malinę". Jednak ostatniej jesieni dało się zauważyć pewną tendencję - gdy Malinowski zaczynał mecze w podstawowym składzie, grał raczej przeciętnie. Jeśli jednak wchodził na boisko na zmęczonych obrońców, nie dawał im szans.

Publiczność pokochała Malinowskiego, choć ten niczym pozasportowym jej nie "kupił". Haseł o miłości klubu nie wypowiadał, nie całował herbu. Tak naprawdę zawsze mało mówi i trzyma się na uboczu. To, co ma, pokazuje na boisku. Pierwsze szkoły pobierał w Częstochowie u Janusza Kały, społecznika i pasjonata futbolu, prowadzącego klub Beniaminek, dla chłopaków, którzy nie mieli pieniędzy bądź byli za słabi na grę w bardziej renomowanych - Rakowie, Victorii czy KS-ie. Beniaminek to klub bez boiska i właściwie bez pieniędzy. Cały dobytek mieści się w torbie Kały. Malinowski jest jego najbardziej znanym wychowankiem.

Gdy w 2007 roku przechodził z Rakowa Częstochowa do Górnika Zabrze, wróżono mu dużą karierę. W Zabrzu był jednak rezerwowym. Wypożyczono go do Bielska, gdzie został na dłużej. Dziś ma już 26 lat i świata już nie podbije. Wydaje się też, że jest typem piłkarza mniej cenionym przez trenerów. Można być jednak pewnym, że gdziekolwiek się pokaże, tam kibice będą z podziwu wstrzymywać oddech, a później gromko krzykną: "Malina!". Bo on to gwarant piękna na boisku.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również