Ireneusz Jeleń: Nie dość, że nam nie idzie, to jeszcze kibice przeszkadzają

27.11.2012
- Żeby myśleć o utrzymaniu, potrzebujemy wzmocnień i to - wydaje mi się - na każdą pozycję. Ja wiem, że na meczu z Lechem byli mnie oglądać przedstawiciele zachodnich klubów - mówi Ireneusz Jeleń.
Ostatnio pojawiły się sygnały o zainteresowaniu pana osobą klubów z USA. Jest taki temat?

Ireneusz Jeleń, napastnik Podbeskidzia: - Nie mówmy o tym. Mamy teraz w Podbeskidziu trudną sytuację, skupmy się na tym, żeby drużyna zdobywała punkty. Ja w meczu z Lechem za bardzo chciałem. Zdarzają się takie spotkania. Nie tacy jak ja nie strzelali karnych. Graliśmy w dziesiątkę i gdybym strzelił na 2-2, to na pewno dostalibyśmy wiatr w żagle.

Jak pan ocenia pracę sędziego?

- Mylił się w jedną i w drugą stronę. Karnego dla nas też nie było. Znajdowałem się blisko tej sytuacji i wydawało mi się, że Kamil Adamek w ogóle nie został dotknięty. Sam się zresztą później do tego przyznał. Szkoda, że sędzia tak prowadził mecz i co chwilę odgwizdywał faule, bo to było złe dla widowiska.

Chyba nie tak wyobrażał pan sobie powrót do polskiej ligi? To już pięć meczów bez gola...

- Ja nie miałem okresu przygotowawczego i widać braki. Staram się to nadrabiać w treningach. Z meczu na mecz wychodziło mi to wszystko coraz lepiej. Było widać znaczącą poprawę w spotkaniu z Piastem Gliwice. Szkoda, bo wtedy miałem sytuacje, teraz miałem sytuacje, a dalej piłka nie chce wpaść do bramki. Nie mogę się przełamać. Myślę, że gorzej już nie może być i teraz w meczu z Pogonią w końcu zdobędę gola.

Pamięta pan kiedykolwiek takie problemy ze zdobywaniem bramek?

- Szczerze? Nie. Takiej serii - przy tylu sytuacjach - nie pamiętam. Szkoda. Bardzo tego żałuję. Przyszedłem tu, żeby pomagać drużynie i nie chowam głowy w piasek, tylko mamy następny mecz i będę robił wszystko, by zmazać tę plamę.

We Francji strzelało się z zamkniętymi oczami?

- Jak było się w formie, to wszystko wychodziło. Widać, że brakuje mi pewności. Bardzo czekam na tę jedną bramkę, bo później będzie mi łatwiej. Nie oszukujmy się, pięć miesięcy indywidualnych treningów, jest to kawał czasu. Potrzebuję jednej bramki, by uwierzyć, że dalej umiem wykorzystywać sytuacje. W Lubinie nie wykorzystałem sam na sam, z Piastem kiwnąłem bramkarza i w ostatniej chwili wybił obrońca. Wtedy wydawało mi się, że już gorzej nie może być. Przydarzył mi się jednak taki mecz, jak z Lechem. Całą winę biorę na siebie. Mogę jedynie poprosić kolegów z drużyny, by dalej mi ufali.

Jeśli będą rzuty karne, podejdzie pan jeszcze do ich wykonania?

- Jeśli będę wyznaczony, to tak.

Wierzycie jeszcze w utrzymanie? Wy musicie, ale wokół coraz mniej osób daje wam szanse.

- Mamy dziewięć punktów straty do bezpiecznego miejsca. Wiadomo, że nasza sytuacja jest z meczu na mecz coraz trudniejsza i musimy wierzyć do końca sezonu. Jeśli poddamy się bardzo szybko, to te drużyny, które są nad nami, będą sobie grały spokojną piłkę.

Jak wyglądała atmosfera w szatni po meczu z "Kolejorzem"?

- Byliśmy źli na siebie i na sędziego. Niesłuszna czerwona kartka ustawiła mecz. Ciężko się gra przeciwko takiej drużynie, która długo gra piłką, jak Lech w osłabieniu. To było widać.

Rzeczywiście czujecie się osamotnieni przez to, że kibice was nie dopingują?

- Na pewno. Przy stanie 1-1 i grze w dziesiątkę, kibice powinni nam pomóc. Zamiast tego, nie tylko na moją osobę, ale też na pozostałych kolegów, leciały jakieś wyzwiska, wyśmiewanie się. To dociera do zawodników. Wszyscy jesteśmy na to źli, bo piłka jest dla kibiców, my dla nich gramy. Są momenty dobre i bardzo trudne, jak ten, w którym jesteśmy. Powinniśmy mieć wsparcie od fanów. Z dopingiem możemy coś zrobić. A tak... nie dość, że nam nie idzie, to jeszcze nam kibice przeszkadzają.

Zanim pan przeszedł do Podbeskidzia, był pan blisko Lecha Poznań. Jak blisko?

- Było minęło. Jestem w Podbeskidziu i to jest najważniejsze. Skupiam się na pomocy tej drużynie. To, co było wtedy, już dawno za mną. Walczyłbym o inne cele, ale w tamtym momencie podpisanie kontraktu z Podbeskidziem wydało mi się najlepszym rozwiązaniem i decyzji nie żałuję.

Ale na pewno spodziewał się pan, że będzie to wyglądać lepiej?

- Wiedziałem, że drużyna jest w dołku i ciężko jedną osobą coś zrobić. To musi być kolektyw, musimy wzajemnie sobie pomagać. Nie załamuję się tym, jak jest. Są fajne momenty - jak te we Francji, gdy ze strefy spadkowej dźwignęliśmy się do eliminacji Ligi Mistrzów i weszliśmy do fazy grupowej - i są takie jak ten teraz.

Coraz więcej ludzi zaczyna chwalić waszą grę. Wy też czujecie, że idzie to do przodu?

- Przeciwko Lechii graliśmy chaotycznie, zupełnie niepoukładanie. Przyszedł trener i od tego momentu jest lepiej. Z Zagłębiem obie drużyny miały sytuacje, dopisało nam szczęście. Z Polonią graliśmy defensywnie i później wyciągnęliśmy wnioski. W Gliwicach byliśmy lepszą drużyną, mogliśmy tam wygrać. Teraz też nie graliśmy źle.

Kiedy pan podejmie decyzję, co dalej z pana karierą?

- 9 grudnia mamy ostatnią kolejkę. 11 grudnia mamy badania wydolnościowe, a później w okresie świątecznym będzie czas na myślenie nad przyszłością. Mam kontrakt do czerwca. Na pewno będę rozmawiał z działaczami Podbeskidzia. Z trenerem miałem już bardzo pozytywną rozmowę. Spokojnie. Musimy się skupić na tych dwóch meczach, a potem myśleć o tym, co będzie dalej. Na pewno wzmocnienia będą, a jakie to się okaże. Na pewno będą rozmowy. Trener obejmował drużynę, spodziewając się, co tu się dzieje. Żeby myśleć o utrzymaniu potrzeba wzmocnień, wydaje mi się, że na każdą pozycję.

Przedstawiciele zachodnich klubów dzwonią?

- Słyszałem, że na meczu z Lechem byli. Nie wiem, z jakiego klubu, ale wiem, że mnie oglądają. Nie interesuję się, kto mnie ogląda. Wiem tylko, że ktoś ma przyjeżdżać na te ostatnie trzy mecze.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również