Ireneusz Jeleń: Dużo nam jeszcze brakuje do dobrej gry

27.10.2012
- Zdaję sobie sprawę, że moja osoba może stanowić jakąś motywację dla młodych chłopaków, dlatego staram się od początku różne rzeczy im podpowiadać - mówi Ireneusz Jeleń po debiucie w Podbeskidziu.

Po zdobyciu gola na 1-1, to chyba wy byliście bliżsi zwycięstwa. Tymczasem straciliście głupiego gola i wszystko wzięło w łeb...

Ireneusz Jeleń, napastnik Podbeskidzia: - Dokładnie, strasznie szkoda tej drugiej bramki, zwłaszcza straconej w takich okolicznościach. Nasz bramkarz popełnił niestety błąd. Przeszkodziły mu mocno warunki. My, wychodząc na drugą połowę, też wiedzieliśmy, że musimy często strzelać na bramkę, bo w takim deszczu trudno złapać piłkę. Przeciwnik to wykorzystał. Uderzył, błąd bramkarza i stało się 2-1. Po tym golu obawiałem się, że będzie po mecz, ale błąd popełnił z kolei golkiper drużyny przeciwnej, strzeliliśmy na 2-2, poszliśmy za ciosem. Szkoda tego kontrataku. Niepotrzebnie Darek Pietrasiak poszedł „na raz”.

No właśnie, czy to nie jest dziwne, że niemal najbardziej doświadczony zawodnik w drużynie w ostatniej minucie meczu fauluje w polu karnym?

- On ratował, bo chciał zapobiec wrzutce w pole karne. Zawodnik Lechii dostał dobre prostopadłe podanie i Darek podjął ryzyko. Zrobił błąd. Trzeba się wziąć w garść, potrenować i w Lubinie powalczyć o punkty.

Chyba nie tak wyobrażał pan sobie debiut w Podbeskidziu i powrót do polskiej ekstraklasy?

- Wiadomo, że chciałem pokazać się z jak najlepszej strony i tej drużynie pomóc. Niestety, jak się przegrywa mecz, to nie można debiutu zaliczyć do udanych. Brakuje mi rytmu meczowego, wierzę w to, że w każdym spotkaniu będzie lepiej i zespół będzie ze mnie zadowolony. Chcieliśmy u siebie przełamać tę złą passę. Niestety, przegraliśmy i musimy o tym meczu jak najszybciej zapomnieć, po to by w sobotę z Lubina wywieźć punkty, bo to drużyna w naszym zasięgu.

Czeka was tam kolejny mecz o „sześć punktów”...

- Tak, bo to nasz sąsiad w tabeli. Trzeba walczyć dalej, bo jeszcze nic straconego.

Nie miał pan problemów, by wytrzymać kondycyjnie te 90 minut?

- Trener ciągle pytał, czy dalej się dobrze czuję. 90 minut wytrzymałem. Brakowało mi tylko zgrania z drużyną i to było w kilku sytuacjach wyraźnie widać.

W 12. minucie miał pan dobrą sytuację, gdy strzelił pan z ostrego kąta w krótki słupek...

- Można to było lepiej wykorzystać, bo... chciałem strzelać po długim rogu. Trochę się pospieszyłem w tej sytuacji. Dopiero wchodzę do gry i będę robił wszystko na treningach, by złapać zrozumienie z drużyną.

W pierwszej połowie nie trzymał się pan wcale środka ataku, ale często wracał się pan po piłkę. Takie było założenie, czy to była pańska „oddolna” inicjatywa?

- Wracałem, bo miałem za mało piłek. To pierwszy mecz z drużyną. Wierzę, że w kolejnych będzie dużo lepiej.

Jest pan w Podbeskidziu nowy, ale z drugiej strony takiego doświadczenia nie ma prawie nikt. Zaczął pan już instruować w szatni młodszych kolegów?

- Nie no, od tego jest kapitan. Ale wiadomo, że moja osoba dla niektórych młodych chłopaków jest mobilizująca i sam na miarę możliwości też staram się podpowiadać.

W meczu z Lechią wiele osób narzekało na arbitra. Pan jak oceni jego pracę?

- Nie chciałbym go osądzać. Rzut karny wydaje mi się, był ewidentny. My mieliśmy grać swoje, staraliśmy się i na tym się skupiałem. W pierwszej połowie to nie wychodziło, w drugiej było lepiej, ale brakuje nam jeszcze dużo do dobrej gry.

Co pana zdaniem trzeba poprawić?

- Trzeba grać kolektywem, bo widać było, że szczególnie w pierwszej połowie, Lechia tak konstruowała kontrataki, że spokojnie mogła podwyższyć prowadzenie. Graliśmy za szeroko i za nerwowo. Trzeba nad tym pracować.

Mimo że jest pan nowy w drużynie, widać było wyraźnie, że sporo piłek grano na pana. Zaskoczyło to pana?

- Drużyna po takiej serii bez zwycięstwa potrzebowała świeżej krwi. Ja w piątek podpisałem kontrakt i chciałem zmobilizować drużynę moją osobą na ten dzisiejszy mecz. Było widać, że koledzy mnie szukali, ale brakowało nam zrozumienia. To jednak kwestia czasu.

Rozmawiał Michał Trela.

 

autor: Michał Trela

Przeczytaj również