"Górale" rehabilitowali Piechniczka, biorąc przykład z Valerengi
04.03.2011
Nic tak nie oddaje nastrojów, jak głos trybun. Kibic wypowiadający w emocjach, sądy, które w głębi czuje, potrafią powiedzieć o meczu więcej, niż ugrzecznione i wyprane z treści zdania niektórych piłkarzy czy trenerów. Skoro tak, to Podbeskidzie zrobiło dla promocji Bielska-Białej w Krakowie, więcej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. W ciągu półtorej godziny przepoczwarzyło się w oczach krakowskich fanów z pociesznego bezzębnego pluszowego niedźwiadka z prowincji w bezlitosnego i niezwykle groźnego potężnego, najprawdziwszego niedźwiedzia.
Kraków, ulica Reymonta, godzina 19:53. Do rozpoczęcia meczu 37 minut. - Arka grała dobrze, a i tak ją ograliśmy. Dzisiaj może być spokojnie cztery, pięć do zera - to zdanie jednego z miejscowych kibiców. - Trzeba to rozstrzygnąć w pierwszym meczu, żeby tam do nich wysłać rezerwy - inny fan Wisły wyrzekł te słowa tuż po rozpoczęciu gry. Po pierwszych fantastycznych dwudziestu minutach te same usta wypowiedziały już zupełnie co innego. - No, to ten mecz trzeba zagrać na 0-0, a w rewanżu powalczyć o jakąś bramkę i awans.
Tak, do Krakowa przyjeżdżałem lekko przytłoczony wielkością Wisły i świadomością małości Podbeskidzia. Przybijało mnie wspomnienie wielkich meczów krakowian w pucharach. Spodziewałem się cywilizacyjnej przepaści, także jeśli chodzi o otoczkę meczu. Tymczasem nowy stadion krakowian wywołał wrażenia raczej groteskowe. Dwie stojące już i gotowe trybuny nieczynne, bo nie prowadzą do nich klatki schodowe i odpowiednie wejścia. Akredytacje prasowe wydawane są w małej plastikowej budce, kojarzącej się raczej z punktem sprzedaży hot-dogów obok dworca kolejowego. Jeszcze większe wrażenie wywołują szatnie zawodnicze. Wisła przebiera się na terenie stadionu, w warunkach pewnie komfortowych. Zaś gości skoszarowano w ustawionym poza obiektem rozbudowanym baraku na hot-dogi. Takie obrazki, połączone z kompletną niewiedzą większości osób o lokalizacji poszczególnych miejsc na stadionie, uspokoiły mnie przynajmniej w jednej kwestii - organizacyjnie Wisła i Podbeskidzie są z tej samej planety.
A potem była frustracja gospodarzy, którzy nie mogli przeboleć, że w większości nieznani im zawodnicy, ogrywają ich gwiazdy. - Ja bym z Podbeskidzia wyhaczył z pięciu graczy do Wisły! I to Polaków, a nie jakichś Bułgarów czy Białorusinów - stwierdził jeden z miejscowych dziennikarzy. - Zaraz będziemy Piechniczka przepraszać, bo się okaże, że miał rację z polityką transferową. Podbeskidzie jest lepsze od Arki - dodał inny krakowianin.
A zwieńczenie? Piłkarze Podbeskidzia schodzą po meczu do szatni, a cała najgłośniejsza trybuna krakowian, zwrócona w ich kierunku, skanduje solidarnie: "Pajace! Pajace! Wyp...ć!". Po ostatnim gwizdku bielszczanie nie byli już jakimś tam Podbeskidziem, ale sprawili, że kilka tysięcy fanatyków poczuło się dotkniętych do żywego porażką z zespołem, po którym mieli się przejechać jak walec. Może "Górale" stworzyli w miejscowych piłkarzach wrażenie, że przyjechali prosto z Oslo i nazywają się Valerenga? Wszak ta norweska drużyna stała się prawdziwym przekleństwem krakowian - najpierw ograła ich kilka lat temu w pucharach, a ostatnio, w zimowym sparingu rozgromiła "Białą Gwiazdę" 4-0. Podbeskidzie wzięło z niej przykład, ale w kolejnych meczach to inne, ekstraklasowe drużyny będą się starały zagrać jak bielszczanie. I to ogromny, także marketingowy, sukces.
Kraków, ulica Reymonta, godzina 19:53. Do rozpoczęcia meczu 37 minut. - Arka grała dobrze, a i tak ją ograliśmy. Dzisiaj może być spokojnie cztery, pięć do zera - to zdanie jednego z miejscowych kibiców. - Trzeba to rozstrzygnąć w pierwszym meczu, żeby tam do nich wysłać rezerwy - inny fan Wisły wyrzekł te słowa tuż po rozpoczęciu gry. Po pierwszych fantastycznych dwudziestu minutach te same usta wypowiedziały już zupełnie co innego. - No, to ten mecz trzeba zagrać na 0-0, a w rewanżu powalczyć o jakąś bramkę i awans.
Tak, do Krakowa przyjeżdżałem lekko przytłoczony wielkością Wisły i świadomością małości Podbeskidzia. Przybijało mnie wspomnienie wielkich meczów krakowian w pucharach. Spodziewałem się cywilizacyjnej przepaści, także jeśli chodzi o otoczkę meczu. Tymczasem nowy stadion krakowian wywołał wrażenia raczej groteskowe. Dwie stojące już i gotowe trybuny nieczynne, bo nie prowadzą do nich klatki schodowe i odpowiednie wejścia. Akredytacje prasowe wydawane są w małej plastikowej budce, kojarzącej się raczej z punktem sprzedaży hot-dogów obok dworca kolejowego. Jeszcze większe wrażenie wywołują szatnie zawodnicze. Wisła przebiera się na terenie stadionu, w warunkach pewnie komfortowych. Zaś gości skoszarowano w ustawionym poza obiektem rozbudowanym baraku na hot-dogi. Takie obrazki, połączone z kompletną niewiedzą większości osób o lokalizacji poszczególnych miejsc na stadionie, uspokoiły mnie przynajmniej w jednej kwestii - organizacyjnie Wisła i Podbeskidzie są z tej samej planety.
A potem była frustracja gospodarzy, którzy nie mogli przeboleć, że w większości nieznani im zawodnicy, ogrywają ich gwiazdy. - Ja bym z Podbeskidzia wyhaczył z pięciu graczy do Wisły! I to Polaków, a nie jakichś Bułgarów czy Białorusinów - stwierdził jeden z miejscowych dziennikarzy. - Zaraz będziemy Piechniczka przepraszać, bo się okaże, że miał rację z polityką transferową. Podbeskidzie jest lepsze od Arki - dodał inny krakowianin.
A zwieńczenie? Piłkarze Podbeskidzia schodzą po meczu do szatni, a cała najgłośniejsza trybuna krakowian, zwrócona w ich kierunku, skanduje solidarnie: "Pajace! Pajace! Wyp...ć!". Po ostatnim gwizdku bielszczanie nie byli już jakimś tam Podbeskidziem, ale sprawili, że kilka tysięcy fanatyków poczuło się dotkniętych do żywego porażką z zespołem, po którym mieli się przejechać jak walec. Może "Górale" stworzyli w miejscowych piłkarzach wrażenie, że przyjechali prosto z Oslo i nazywają się Valerenga? Wszak ta norweska drużyna stała się prawdziwym przekleństwem krakowian - najpierw ograła ich kilka lat temu w pucharach, a ostatnio, w zimowym sparingu rozgromiła "Białą Gwiazdę" 4-0. Podbeskidzie wzięło z niej przykład, ale w kolejnych meczach to inne, ekstraklasowe drużyny będą się starały zagrać jak bielszczanie. I to ogromny, także marketingowy, sukces.
Polecane
I liga