GKS Tychy - Pogoń 6-3. Zawodnicy zdobyli cztery gole w... 44 sekundy!

10.10.2010
- Z każdą minutą widzieliśmy zupełnie odmieniony zespół. Zaczęło wychodzić nam niemal wszystko! - cieszył się Grzegorz Morkis, trener GKS-u Tychy, który z nawiązką odrobił straty w meczu z Pogonią.
- Każdy bał się pierwszy stracić gola. Na pewno nie była to reklama dobrego futsalu - podsumował pierwszą połowę trener gości, Gerard Juszczak. O niej można powiedzieć tyle, że... się odbyła, bowiem momentami tak bardzo wiało nudą, że można się było przeziębić.

Emocje przyszły wraz z gwizdkiem oznaczającym początek drugiej odsłony. Pierwsi do ataków przystąpili szczecinianie i po dwóch składnych akcjach prowadzili 2-0! Najpierw wprowadzony chwilę wcześniej Daniel Maćkiewicz zmieścił piłkę w okienku bramki Dariusza Dłużniewskiego, a później Michał Kubik sprytnym lobem z szóstego metra podwyższył rezultat. - Głupi błąd zaważył na tym, że musieliśmy odrabiać straty. W porę jednak pokazaliśmy charakter. W Zgierzu mieliśmy trzy stuprocentowe okazje i nie przyniosły one powodzenia. Dzisiaj wreszcie udało się stwarzane sytuacje zamieniać na gole - zaznaczył Rafał Harazim, zawodnik tyszan.

- Ewidentnie przeszkodził nam sędzia. Ustawialiśmy się do wykonania rzutu rożnego, a tymczasem rywal wznowił grę i zdobył kontaktową bramkę. Wkradła się nerwowa atmosfera i chaos, w którym nie mogliśmy się odnaleźć - denerwował się szkoleniowiec Pogoni po tym, jak GKS wziął się za gonienie rezultatu. Odpowiedzi Piotra Kubicy, Harazima i Mirosława Miozgi dały miejscowym głęboki oddech. - Z każdą kolejną upływającą minutą widzieliśmy zupełnie odmieniony zespół. Zaczęło wychodzić nam niemal wszystko! - cieszył się Grzegorz Morkis.

Zarówno opiekun gospodarzy, jak i wszyscy sympatycy futsalu zgromadzeni w tyskiej hali przecierali oczy ze zdumienia, gdyż obie drużyny w ciągu 44 sekund... zdobyły aż cztery bramki! Doszło do tego, że dziennikarze... nie nadążali z zapisywaniem nazwisk strzelców.

Kontaktowe trafienie padło łupem Mariusza Lewandowskiego, ale później ręce w geście triumfu podnosili już tylko zawodnicy GKS-u. Zirytowany takim obrotem sprawy Volodymyr Nudyk nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy, za co otrzymał drugą, a w konsekwencji czerwoną kartkę. Ukrainiec nie mógł pogodzić się z taką decyzją arbitrów i ostentacyjnie nie chciał opuścić parkietu. - Mimo zwycięstwa, w dalszym ciągu podkreślam, że w tym sezonie gramy tylko i wyłącznie o utrzymanie. Chcemy być niepokonani w "tyskiej twierdzy". O planach na resztę sezonu można rozmawiać dopiero po zakończeniu rundy - dodał szkoleniowiec zwycięzców.

autor: Krzysztof Dębowski

Przeczytaj również