"Gdybym oglądał ten mecz, po pierwszej połowie chciałoby mi się rzygać"

24.08.2013
- W pierwszej połowie zagraliśmy jak piknikowa drużyna, która przyjechała na mecz z ekstraklasowym zespołem. Gdybym był kibicem Podbeskidzia i oglądał ten mecz, to chciałoby mi się rzygać - mówi Marek Sokołowski.
Gdy się przegrywa 0-2 do 77. minuty, to chyba nie można narzekać na remis?

Marek Sokołowski, prawy obrońca Podbeskidzia Bielsko-Biała: - Powiem tak: gdybym był kibicem Podbeskidzia i oglądał ten mecz, to po pierwszej połowie chciałoby mi się rzygać. Wyglądaliśmy wtedy jak piknikowa drużyna, która przyjechała grać z ekstraklasowym zespołem. W szatni padły ostre słowa i w drugiej połowie pokazaliśmy już, że potrafimy jednak walczyć, prowadzić grę i być drużyną. Mogliśmy się pokusić nawet o zwycięstwo, bo w końcówce Wodecki miał sytuację, w której chyba faulował go Strąk. Cieszymy się z tego wyniku, bo wyciągnęliśmy go z 0-2, co dobrze powinno wpłynąć na naszą psychikę.

Pojawia się tylko pytanie, dlaczego po raz kolejny gracie tylko jedną połowę?

- Nie wiem. Wkrada się w naszą grę jakaś bojaźń. Jakbyśmy musieli najpierw dostać ochrzan, żeby zacząć grać. Jeśli zaczniemy grać 90 minut, tak jak gramy 45, to będziemy naprawdę całkiem niezłą drużyną. Cieszy, że potrafimy kondycyjnie wytrzymać mecz, wydaje mi się, że nawet lepiej od przeciwnika, bo w końcówce biegaliśmy dużo więcej i dużo szybciej niż Zawisza.

Kluczowe momenty tego meczu były chyba dwa. Najpierw pana gol, a później stuprocentowa sytuacja Jakuba Wójcickiego, który miał piłkę na 3-1...

- Przeważnie tak bywa. Pierwsza bramka dla Zawiszy padła w momencie, gdy "Malina" miał sytuację, by podać wzdłuż linii bramkowej i tam byłby strzał do pustej bramki. Coś nie wyszło, poszła kontra i straciliśmy gola. Tu było tak samo - Zawisza nie wykorzystał i strzeliliśmy na 2-2. Taka jest piłka. Najważniejsze są momenty, gdy ma się sytuację i się jej nie strzela. Trzeba być wtedy maksymalnie skoncentrowanym, podobnie jak po zdobyciu gola.

Wiele do waszej gry wniosło chyba wejście Aleksandra Jagiełły?

-
Taka była taktyka. W pierwszej połowie "Malina" miał zmęczyć Lewczuka. On cały czas włącza się do akcji ofensywnych, a tu musiał wracać za "Maliną", który jest bardzo szybki. Na zmęczonego Lewczuka miał właśnie wejść Jagiełło. Olkowi się grało bardzo dobrze, zaliczył udane wejście. Widać, że można na niego liczyć w ciężkich momentach. Widać, że chłopak się nie boi, tylko bierze ciężar gry na siebie i przynosi to efekty.

Proszę jeszcze powiedzieć o sytuacji z rzutem karnym. Radosław Osuch, prezes Zawiszy, był wściekły na sędziów. Jak pan to widział?

- Ja byłem trochę po przekątnej, ale widziałem styk nóg, więc wydaje mi się, że karny był, zwłaszcza, że sędzia stał jeszcze bliżej. Sam nie wiem, czy w końcówce nie było jeszcze jednego karnego, bo Wodeckiego ciągnął Strąk. Mógł to podyktować, ale Marcin się nie przewrócił, chciał do końca strzelić bramkę i to się nie udało.

Po pierwszych kolejkach macie trzy punkty. To chyba nie jest satysfakcjonujący rezultat?

- Na pewno nie. Musimy się przełamać i będziemy mieć teraz ku temu okazję w meczu u siebie. Początek rozgrywek mieliśmy trudny, bo graliśmy z bardzo dobrymi rywalami, ale spodziewaliśmy się, że chociaż jeden mecz wygramy. Tak się jednak nie stało i mamy trzy punkty. Dobrze, że dziś tu nie przegraliśmy i to wysoko, bo naprawdę mogłaby być wtedy katastrofa. Wiem z doświadczenia, że po takim czymś byłoby bardzo ciężko się podnieść.

A dlaczego nie był pan dzisiaj kapitanem?

- Taka była decyzja trenera. Nikt tego ze mną, ani z Bartkiem nie konsultował. Wszedłem do szatni, a kierownik powiedział, że Bartek jest kapitanem. Przyjąłem to normalnie.

Był pan tym zaskoczony?

- Może trochę, na początku... Ale to nie jest tak, że zawsze muszę z tą opaską latać po boisku. Chcę, żeby drużyna wygrywała i nie ma dla mnie znaczenia, kto ją nosi.

Rozmawiał Michał Trela.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również