Dariusz Łatka: Nie obraziłbym się, gdyby syn grał jak Cantona
03.09.2013
Pomocnikowi Podbeskidzia Bielsko-Biała wczoraj rano przyszedł na świat długo wyczekiwany syn Eryk. To na cześć Erica Cantony, słynnego niegdyś zawodnika Manchesteru United. - Nie, to raczej żona wybierała imię, ale... nie obraziłbym się, gdyby grał jak Cantona - śmiał się defensywny pomocnik bielszczan.
Do pełni szczęścia zabrakło jeszcze tylko bramki w meczu z Koroną Kielce. Na samym początku doświadczony zawodnik miał wymarzoną okazję, by zdobyć pierwszego gola w Podbeskidziu, ale trafił prosto w Zbigniewa Małkowskiego. - Ech, gdybym ja jeszcze był skuteczny, to byłoby... fantastycznie. Nie wykorzystałem sytuacji, co boli, bo chciałem zdobyć bramkę. Mecz by się nam otworzył i grałoby nam się łatwiej - kręcił głową.
Powodów do zadowolenia jednak nie miał, bo Podbeskidzie zagrało tak, jak dawno. Bielszczanie potrafili zdominować rywala, rozgrywać akcje, grać wysokim pressingiem. - To prawda, sam się momentami dziwiłem, jak chłopaki wysoko łapią rywali. O to chodzi! Każdy chciał grać w piłkę, pracowaliśmy nad tym, żeby grać tak u siebie - narzucać swoje warunki na własnym boisku. Oby to szło dalej w tę stronę. Stworzyliśmy sporo sytuacji i najważniejsze, że wpadło. Wywarłem na chłopakach sporą presję, żebyśmy wygrali cokolwiek by się działo - podkreślał Łatka.
Po meczu Ryszard Kłusek, asystent Czesława Michniewicza, żartował, że skoro Podbeskidzie ma już sześć punktów... do stycznia musi odpoczywać. - (śmiech) Tak na pewno nie będzie. Wtedy targały nami różne wewnętrzne i zewnętrzne okoliczności. Teraz też średnio weszliśmy w sezon, przegraliśmy z czołowymi drużynami, ale teraz wracamy na właściwe tory - kończył optymistycznie Łatka.
Do pełni szczęścia zabrakło jeszcze tylko bramki w meczu z Koroną Kielce. Na samym początku doświadczony zawodnik miał wymarzoną okazję, by zdobyć pierwszego gola w Podbeskidziu, ale trafił prosto w Zbigniewa Małkowskiego. - Ech, gdybym ja jeszcze był skuteczny, to byłoby... fantastycznie. Nie wykorzystałem sytuacji, co boli, bo chciałem zdobyć bramkę. Mecz by się nam otworzył i grałoby nam się łatwiej - kręcił głową.
Powodów do zadowolenia jednak nie miał, bo Podbeskidzie zagrało tak, jak dawno. Bielszczanie potrafili zdominować rywala, rozgrywać akcje, grać wysokim pressingiem. - To prawda, sam się momentami dziwiłem, jak chłopaki wysoko łapią rywali. O to chodzi! Każdy chciał grać w piłkę, pracowaliśmy nad tym, żeby grać tak u siebie - narzucać swoje warunki na własnym boisku. Oby to szło dalej w tę stronę. Stworzyliśmy sporo sytuacji i najważniejsze, że wpadło. Wywarłem na chłopakach sporą presję, żebyśmy wygrali cokolwiek by się działo - podkreślał Łatka.
Po meczu Ryszard Kłusek, asystent Czesława Michniewicza, żartował, że skoro Podbeskidzie ma już sześć punktów... do stycznia musi odpoczywać. - (śmiech) Tak na pewno nie będzie. Wtedy targały nami różne wewnętrzne i zewnętrzne okoliczności. Teraz też średnio weszliśmy w sezon, przegraliśmy z czołowymi drużynami, ale teraz wracamy na właściwe tory - kończył optymistycznie Łatka.
Polecane
Ekstraklasa