Czesław Michniewicz: Lippi spadł z ligi, a później był mistrzem świata
Czy teraz, już po meczu z Koroną, życie toczy się trochę wolniej? Domyślam się, że w tym tygodniu czas leciał panu bardzo szybko...
Czesław Michniewicz, trener Podbeskidzia: - Miałem bardzo mało czasu. Przyjechałem i od razu trzeba było poznać niektórych zawodników, bo niektórych – tak jak Bartka Koniecznego – znałem. Generalnie, inaczej wygląda zespół od zewnątrz, a inaczej od środka. Trzeba się było też od razu zmierzyć z bielską rzeczywistością, bo wiadomo, że nie ma gdzie trenować. Musimy pracować na sztucznym boisku, co też na pewno zajęć nie ułatwia, ale na święta zostaję tutaj, więc mam czas spokojnie przez tydzień popracować. Wiem już, jak wszystko wygląda, więc myślę, że będzie OK.
W ekstraklasie w takim klubie jeszcze chyba pan nie pracował, z całym szacunkiem dla Podbeskidzia. Baza jest, jaka jest.
- Wiele dobrego słyszałem o ośrodku w Dankowicach. Tam podobno jest bardzo fajnie, więc z utęsknieniem spoglądam za okno, żebyśmy mogli tam potrenować. Wtedy moglibyśmy ćwiczyć dwa razy dziennie. Na sztucznej nawierzchni się tak nie da, bo to duży ubytek energii. Jest problem ze sztucznym boiskiem, na którym trenują zresztą inne zespoły. Generalnie bazy w Polsce są słabe. Podbeskidzie – jeśli chodzi o tę porę roku – jest na takim samym poziomie jak np. Jagiellonia i parę innych zespołów. Słyszałem, że w Dankowicach Marcin Brosz zaprojektował szatnię i kiedy będziemy tam trenować, to warunki będą dobre. Możesz zatrudnić najlepszego kucharza, ale jak nie dasz mu kuchni do dyspozycji od rana do wieczora, to on nic nie ugotuje i nie upiecze. Podobnie jest z trenerem. Ja mogę sobie gadać i gadać, ale tu trzeba trenować. Czasu jest mało. Przed meczem poświęciliśmy go na odprawy itd., ale co innego mówić, a co innego robić. To tak, jakby uczyć się pływać w basenie, w którym nie ma wody. Trzeba spróbować też z wodą. I tego nam troszeczkę zabrakło.
Ciężko było podjąć decyzję, żeby przyjąć propozycję prezesa Boreckiego?
- Na pewno. Zdaję sobie sprawę, że oczekiwania każdego trenera są, by grać o najwyższe cele, ale jak tak popatrzę na wielkich trenerów i ich losy, to oni też grali o utrzymanie. Ferguson pracuje w Manchesterze, ale wcześniej też pracował w klubach z dołu tabeli. Takie doświadczenie mi się również przyda. To tak, jak lekarz, który nie spróbuje przeprowadzić skomplikowanej operacji, nigdy nie będzie wiedział jak to jest. Nie jestem cudotwórcą i wiem jaka jest sytuacja. Chciałbym, żeby ten zespół do końca walczył o jak największą ilość punktów, a czy to wystarczy do utrzymania – nie wiem. Nie spodziewałem się, że jeszcze w tej rundzie będę pracował. Byłem w kontakcie z Michałem Probierzem i w grudniu już sobie mówiliśmy, że do czerwca to na pewno nie będziemy pracować. Wiadomo było, że Bełchatów i Podbeskidzie spadną. Tak wtedy mówiliśmy.
Trzy tygodnie temu widziałem wywiad w „Przeglądzie Sportowym”, w którym mówił pan, że Bełchatów i Podbeskidzie grają już tylko o dobre wrażenie.
- Tak wtedy uważałem. Ale inaczej jak patrzysz na to z boku, a inaczej jak wchodzisz do środka i widzisz, że gdzieś ta nadzieja, to złudzenie się tli. Być może to jest złe, ale z drugiej strony nie można tego odbierać tym chłopakom. To operacja na otwartym sercu. Jeden zły ruch i może być pozamiatane. Ktoś mi mówi, że w CV mogę mieć spadek. Marcello Lippi spadł z ligi włoskiej, a później został mistrzem świata, więc to też doświadczenie.
Z drugiej strony, Fabio Capello mówi, że jego siłą jest to, że zawsze obejmował mocne drużyny.
- Tak, to prawda. Capello wybierał silne kluby i od razu dokonywał trzech-czterech transferów, które podnosiły jakość. Tu takich możliwości nie ma. Ale optymistyczne było dla mnie to, że Podbeskidzie zagrało cztery dobre mecze na wiosnę. Widziałem w tym nadzieję, bo gdybym miał przyjść do Podbeskidzia, które gra tak, jak jesienią, przegrywa mecz za meczem, mijałoby się to z celem. A tak, jakaś nadzieja jest.
A samo pierwsze wrażenie z kontaktu z drużyną?
- Różne zespoły prowadziłem, były w nich mniejsze i większe gwiazdy. Tu gwiazd na pewno nie ma. Gwiazdą jest drużyna. To są chłopcy, którzy przez swoją postawę jesienią, skazali się na niebyt. Wydawało się, że nic w tym sezonie nie ugrają. Wchodząc do szatni powiedziałem, że w tym roku będzie się mówiło o tym, kto zdobędzie mistrzostwo Polski, puchar, miejsce pucharowe, ale oni też mogą być do tego dołączeni, jeśli się utrzymają. To będzie cud na miarę mistrzostwa Polski, dzięki któremu przejdą do historii. Mają taką szansę i chciałbym, żeby ją wykorzystali. Ja widzę tutaj bardzo pozytywnych zawodników. Miał pan okazję poznać tych Słowaków?
Tak. Wszyscy bardzo skromni, cisi, pracowici.
- Właśnie. Nikt nie gwiazdorzy. Wiedzą, że nie mogą, bo są na tym miejscu w tabeli, na którym są. To też jest motywacja do pracy. Bo jak masz kogoś, kto ma muchy w nosie i myśli bardziej o sobie niż o drużynie, mając na uwadze to, że jak się nie pokaże to za chwilę będzie grał klasę niżej, to może trenerowi przeszkadzać. Takiej sytuacji na razie nie zaobserwowałem.
A jak jest przygotowany ten zespół?
- Było widać nawet w starciu z kielczanami. To my byliśmy w końcówce zespołem, który lepiej wyglądał. Ta drużyna dobrze biega. Jeśli chodzi o przygotowanie motoryczne, jest dobrze. Wiadomo, że trener chciałby zawsze rozwiązać trochę inaczej kwestie taktyczne, stałych fragmentów gry, zachowania po stracie piłki i to chciałbym poprawić. Ale jeśli chodzi o pracę Darka Kubickiego, uważam, że była dobra. Rzadko się zdarza, że trener odchodzi po tak dobrych wynikach. Dlatego moja sytuacja jest o tyle łatwiejsza, że ja nie przychodzę reanimować trupa, bo ta drużyna nie umiera, tylko funkcjonuje. Walczymy dalej.
Jest też druga strona medalu. Gdy się przychodzi po trenerze, który wszystko przegrywał, nawet remis jest uznawany za sukces. Tu tak nie będzie...
- Wiem, bo słyszałem, że dużo osób jest niezadowolonych, że tylko zremisowaliśmy z Koroną. Nie zapominajmy, że Podbeskidzie wygrało dwa mecze z ostatnich dziewiętnastu i to się nagle nie zmieni. A Korona prawie wygrała ze Śląskiem, ograła Legię. To nie jest słaby zespół. Niewygodny rywal, który ma od dłuższego czasu tego samego trenera, więc wie jak ma grać. Myślę, że jeden punkt nie jest naszym szczytem marzeń, ale też nie róbmy z tego tragedii.
W meczu z Koroną nie zmienił pan nawet jednego zawodnika w meczowej osiemnastce. To było celowe, żeby nie próbować udawać, że coś się da zmienić w trzy dni?
- Tak. To była też oznaka zaufania z mojej strony do Darka Kubickiego. Pracował tu przez jakiś czas, widział tych zawodników. Wybrał ostatnią osiemnastkę, która zremisowała z mistrzem Polski. Nie było sensu tego burzyć. Ale teraz toczy się już rywalizacja praktycznie o dwa miejsca, bo poza kadrą zostali tylko Kołodziej i Gusić. Niewykluczone, że obaj się znajdą w kadrze na najbliższy mecz w Chorzowie, bo chcę, żeby każdy czuł się potrzebny. Każdy może w każdym momencie wskoczyć. Kołodziej wraca po kontuzji. To chłopak, który umie strzelić bramkę, a takich zawodników zawsze trzeba szanować i cenić.
W meczu z Koroną było widać, że piłkarze chętnie grali długą piłką, nie mieli innego pomysłu. To było spowodowane jakąś paniką, poczuciem zagubienia?
- Nie, nie, myślę, że styl Podbeskidzia się zbytnio nie zmieni, czy ja będę trenerem, czy ktoś inny. Umiejętności piłkarzy są, jakie są. Musimy mieć sposób na przedostanie się pod bramkę przeciwnika i nie mogą to być tylko stałe fragmenty gry. Z Koroną były rzuty rożne, ale nic z tego nie wynikało. Musimy umieć zbudować akcję, szybki kontratak. W czwartek było kilka takich prób. Każdy mecz ma swoją historię. My z kielczanami dostaliśmy cios w 10. minucie. Wszystko siadło na 20-25 minut, kiedy nie byliśmy w meczu. Całe szczęście, że nie straciliśmy kolejnej bramki. Ale 10 minut przed przerwą dało trochę nadziei. W szatni porozmawialiśmy i myślę, że w drugiej połowie mógł się podobać poziom zaangażowania, pozytywnej agresji. Pod tym względem nie odstawialiśmy od Korony, która jest uznawana za agresywnie grający zespół. Co do gry długimi podaniami, tak ona niestety wygląda. Ciężko na dziś to zmienić, choć będę na pewno próbować.
To jest kwestia umiejętności zawodników? W sumie widać w całej polskiej lidze, że kluby lubią grać długimi podaniami.
- Tak. Zwróćmy uwagę, jak gra Korona, która ma dużo więcej punktów niż my, a też szuka prostych środków. Jak jest trudna sytuacja, to grają długą piłkę za plecy obrońców. Analizowaliśmy to i kazaliśmy walczyć z Korzymem wręcz. To jest taki zawodnik, który pierwszy atakuje ciałem, a ja chciałem żeby „Pietras” i Bartek Konieczny robili to pierwsi, zanim on ich zdąży zaatakować.
Wyczekuje pan z utęsknieniem powrotu Błażeja Telichowskiego, z którym pracował pan już w Lechu?
- On jest bardzo pozytywny, idealnie pasuje do szatni Podbeskidzia. Miałem go w Lechu, ale pracowałem z nim też przez moment w Arce. Na pewno by się przydał, bo mamy tylko jednego bocznego obrońcę – i to nie lewego – Tomka Górkiewicza. W meczu z Koroną było widać, że prawa strona funkcjonowała na bardzo dobrym poziomie, a lewa, gdzie gra Piotrek Malinowski, też nie lewonożny, i Tomek, już nie. Brakowało dośrodkowań z tego sektora boiska. A przy takim zawodniku jak Demjan, musi być dużo dośrodkowań z obu stron. To fantastyczny chłopak.
Spośród zawodników rezerwowych widzi pan jakiegoś kandydata, który mógłby w najbliższym czasie wskoczyć do drużyny?
- Liczę na Wodeckiego. W debiucie myślałem o tym, żeby pozmieniać ustawienie i wpuścić go nawet na lewej obronie. Wierzę też w Kołodzieja. Nie jest może przygotowany na cały mecz, ale ma potężny młot w nodze i potrafi wykonać stały fragment gry. Zbyt dużego wyboru nie ma, bo trenuje nas raptem 19-20, ale zawsze kogoś z ławki można wyciągnąć.
Pana konikiem są stosunki interpersonalne w drużynie. W tej kwestii może być chyba dużo do ugrania. To właśnie poprawie motywacji służyły te płyty z bramkami Arsenalu, które wręczył pan zawodnikom przed meczem?
- Dużą wagę przywiązuję do wizualizacji. Jak coś komuś pokazujesz i jeszcze dodatkowo wy tłumaczysz, to ten pozytywny impuls może trafić na dobry grunt. Powiedziałem, że kto strzeli bramkę, ten dostanie płytę na własność. Także... mam jedną płytę mniej, bo Demjan chyba wybrał Bergkampa.
Nie obawia się pan, że w klubie, w którym prezesem jest człowiek z licencją trenerską UEFA Pro, mogą być jakieś naciski z góry?
- Gdyby prezes Borecki chciał być nadtrenerem, to by mnie nie zatrudniał, znalazłby kogoś innego. Nie ma takiej sytuacji. Łatwiej mi się z nim rozmawia, bo z reguły rozmowy z prezesami, to kontakt z ludźmi biznesu, a nie z ludźmi piłki. Prezes Borecki to człowiek piłki. Też dostrzega mankamenty, ale widzi realnie poziom drużyny i szanse tego zespołu, dlatego myślę, że współpraca układa się bardzo dobrze. Oby tak dalej.
Na mecz z Ruchem nie trzeba chyba nikogo mobilizować, bo to spotkanie ostatniej szansy?
- Wielki Piątek, tyle że tydzień później. Jesteśmy pod dużą presją, bo mała ilość punktów ciąży. Ale gdyby udało się wygrać dwa najbliższe mecze, to zrobi się ciekawie na dole. Nie będzie łatwo, bo Ruch potrafi grać w piłkę i ma kilku naprawdę niezłych piłkarzy. Chociaż, może będzie nam się grało łatwiej niż z Koroną?
Widzew czy Pogoń też zresztą zdobywają bardzo mało punktów.
- Tak, ale jeszcze nie widać ich na horyzoncie, jesteśmy tak daleko za zakrętem. Każdy patrzy w tabelę, kogo można gonić, ale to punkty będą goniły. A tak, większość klubów odetchnęła, widząc nasz wynik, bo mogą spędzić spokojne święta.
A pan będzie miał spokojne święta?
- Dużo pracy mnie czeka. Być może się przeprowadzę, bo życie w hotelu nie bardzo mi się podoba. Szukam mieszkania. Możliwe, że przejmę to po Darku Kubickim. A potem będę myślał o tym, jak wciągnąć zawodników na najwyższy poziom, na jaki mogą wejść.
Wszyscy byli chyba zdziwieni, że zdecydował się pan na półtoraroczny, a nie trzymiesięczny kontrakt. Dlaczego?
- Ja też potrzebuję trochę stabilizacji. Mówiłem prezesowi Boreckiemu, że możemy się utrzymać, ale nie musimy. I chciałbym wiedzieć, co dalej, bo ostatnio pracowałem krótko w Jagiellonii, krótko w Polonii, w Widzewie. Nie ma szans pokazać się w tak krótkim czasie. Podobnie jest tutaj. 11 meczów działa podobnie jak święcona woda. Każdy się łudzi, że to zadziała i ja też się łudzę, że tak będzie. Jeśli miasto buduje stadion i jest to klub miejski, a nie jakiegoś biznesmena, który może w każdej chwili się wycofać, to piłka tutaj będzie. Dlatego liczę na to, że nawet gdyby nie udało się utrzymać, to dostanę szansę zbudowania swojego zespołu i powrotu za rok do ekstraklasy.
Z drugiej strony, ma pan pewnie świadomość, że łatwiej się utrzymać niż awansować z powrotem?
- Popatrzmy choćby na poczynania Arki Gdynia, która spadła i wszyscy mówili: „za rok wracamy!”. Nie jest to takie proste. I liga jest specyficzna. Trzeba też wziąć pod uwagę, że nie wszyscy zawodnicy pewnie zostaną. Gdyby odszedł Demjan, jeden z najlepszych napastników w lidze, to byłby duży problem. Ale na razie nie ma co gdybać, bo jak na koniec sezonu się okaże, że gramy dalej w ekstraklasie, to będziemy mieli inne „zmartwienia”.
Planuje pan się tak w Bielsku osiedlić, żeby nawet ściągać rodzinę do tego miasta?
- Nie, ale obiecałem synom, że zaproszę ich do siebie. Może przylecą samolotem do Katowic lub Krakowa, stamtąd ich odbiorę i pokażę kiedyś okolicę. W tym tygodniu pierwszy raz byłem w Szczyrku. Piękna okolica. Nie ukrywam, że przychodząc tutaj, zadzwoniłem do Telichowskiego i zapytałem, jak wygląda sytuacja w Bielsku, jak drużyna itd. I on właśnie zachęcał mnie, mówiąc, że jest tu piękne miejsce do mieszkania, fajne życie i sympatyczni ludzie. Czuć w powietrzu życzliwość. Ci ludzie są trochę inni niż w innych regionach Polski.
A widzi pan w Bielsku-Białej klimat dla ekstraklasowej piłki? Na meczu z Koroną na trybunach było dwa tysiące osób, a rośnie stadion na 15 tysięcy...
- No, właśnie nie wiem, czy ktoś nie pomyślał zbyt optymistycznie. Ale wszystko będzie zależało od tego, kto będzie grał na tym stadionie i jak będzie to robił. Jeśli Podbeskidzie będzie mocne, to 10 tysięcy z tego regionu może się uzbierać. A to na 15-tysięcznym stadionie już źle nie wygląda. Na pewno lepiej niż w Gdańsku czy we Wrocławiu. Na pewno żadna akcja marketingowa nie przyciągnie kibiców na boisko lepiej niż wynik.
Często można usłyszeć czy przeczytać, że dla takich klubów jak Podbeskidzie nie powinno być miejsca w ekstraklasie. Co pan na to?
- Mnie to denerwuje. Wszyscy ludzie mają prawo do głosowania, a nie tylko blondyni albo bruneci. To nie jest sztuczny twór, tylko duże, piękne miasto, świetnie położone, z powstającym stadionem. Dlaczego ma być tak, że piłka ma być tam, gdzie opinii publicznej by się podobało? Jak jesteś dobry, masz odpowiedni poziom, to graj w ekstraklasie. Nic nikomu do tego.
Załóżmy, że po czterech kolejkach pracy w Bielsku-Białej otrzymuje pan propozycję pracy z II ligi rosyjskiej. Co by pan zrobił?
- Umówiliśmy się z trenerem Boreckim, że pracujemy do czerwca. Kontrakt jest na półtora roku, ale i ja i prezes wiemy, że wszystko będzie zależało od budżetu. Jeśli w czerwcu okaże się, że nie będzie realnej możliwości walki o awans, to zastanowimy się, czy jest sens dalej współpracować. O tym będziemy jednak dopiero myśleć w czerwcu.
A jako trener, co pan sądzi o postawie Dariusza Kubickiego względem Podbeskidzia?
- Darek wrócił do ekstraklasy, bo dostał szansę w Podbeskidziu. Ktoś na niego postawił, ktoś mu zaufał. Ci ludzie czują się dziś bardzo rozgoryczeni. Gdyby Darek przegrywał mecz za meczem, to nikt by za nim nie płakał, ale ten zespół prezentuje się całkiem przyzwoicie, mimo odejścia zimą 12 zawodników. Darek był tego twórcą. Nie chciałbym go oceniać. Wybrał taką drogę. Wiadomo, że to się wiąże z finansami. Rok temu miałem go okazję spotkać w Turcji, bo był tam z tym swoim zespołem na zgrupowaniu, a ja pojechałem do Antalyi pooglądać Werder Brema. Dobrze się czuł w Sybirze, więc niech mu się wiedzie. Tylko tyle.
Jak w dłuższej perspektywie ma wyglądać drużyna Podbeskidzia? Taki pana autorski zespół. W oparciu o jakich zawodników miałby być budowany, jak miałby grać?
- Musimy się zastanowić nad modelem drużyny. Rozmawialiśmy z prezesem Boreckim i idealne byłoby oparcie zespołu o kilku zawodników doświadczonych, pochodzących stąd, albo już związanych z regionem, żeby czuli więź nawet jak skończą karierę. To bardzo pomaga w budowie drużyny. Gdyby z tego zespołu nikt nie odszedł, można by powalczyć o powrót do ekstraklasy. Na pewno nie byłaby to jakaś widowiskowa piłka, ale Podbeskidziu łatwiej by się grało w niższej lidze. Czy to by starczyło na awans? Wydaje mi się, że brakuje trochę kreatywności. Zawsze mówię, że żeby dobrze grać w piłkę, potrzeba czterech kreatywnych piłkarzy. Jak dzisiaj popatrzymy na ekstraklasę, to chyba żaden klub nie ma takiej sytuacji. Reprezentację opieramy na kreatywnym Obraniaku. Ale on jest jeden! Podobnie jest w Podbeskidziu. Kreatywność nie jest główną zaletą tych zawodników. Nie umniejsza to jednak ich wartości, bo dają z siebie wszystko, co potrafią.
Trudno jednak zakładać, że w przypadku spadku nikt nie odejdzie. Taki Robert Demjan zasługuje na grę w ekstraklasie.
- Miałem okazję obserwować go jako trener drużyny przeciwnej, ale teraz widzę jeszcze lepiej, że ten chłopak naprawdę dużo potrafi. On cały czas szuka piłki, a co do innych miałem wrażenie w meczu z Koroną, że nie wszyscy szukają gry, stąd ona się nie klei i Pietrasiak czy Konieczny muszą grać długie piłki. To niczego dobrego nie wróży. My musimy rozgrywać, bo jak nie będziemy tego robić, to będziemy łatwym celem dla przeciwnika.
Sztabu szkoleniowego nie planuje pan zmieniać?
- Na razie nie. Mój asystent Marcin Węglewski pracuje teraz w Ruchu Chorzów. Byliśmy razem w Widzewie, Jagiellonii i Polonii. Kiedy rozstaliśmy się z „Czarnymi Koszulami”, dostał propozycję od Waldka Fornalika żeby pomógł jego bratu w Ruchu. Jak Tomek Fornalik odszedł, to Marcin został, bo miał jeszcze kontrakt i trener Zieliński jest z niego zadowolony. Myślę, że już niedługo, bo w czerwcu go zabierzemy stamtąd (śmiech). To wartościowy człowiek.
A obecni asystenci?
- Tomek Świderski i Rysiek Kłusek to chłopcy stąd, którzy bardzo się starają i prawdopodobnie cały czas będą związani z tym regionem. Współpraca też się OK układa. Rysiek jest pozytywny. Taka gaduła. Non stop mi „brzęczy” nad uchem i aż mu mówię: „nie gadaj więcej, nie gadaj!” (śmiech).
Pomagają panu w tych pierwszych dniach w drużynie?
- Zdecydowanie. Przed przyjściem zastanawiałem się też, cóż to za on? Mówię o tajemniczym, młodym trenerze bramkarzy. „Izi” - Izaak Stachowicz to bardzo pozytywny chłopak. Bardzo zaangażowany. Zaimponował mi na zgrupowaniu w Szczyrku – o co go poprosiłem, to zawsze chętnie zrobił, pomógł. Wiek może nie przemawia za nim, jako trenerem, bo jest młody...
Młodszy od Richarda Zajaca o 13 lat.
- Tak, ale kompetencjami może ująć zawodników. Patrzyłem na jego treningi. Są takie z pomysłem, zaplanowane. Widać, że ma pojęcie. Dla mnie na razie to pozytywne zaskoczenie.
Nie chciał pan pracować gdzieś bliżej domu? Wszak przeprowadzka na drugi koniec Polski wywraca życie dokumentnie.
- Chciałem kiedyś pracować bliżej domu. W maju dostałem propozycję z Lechii, wszystko było już dogadane, kontrakt przygotowany, lecz kibice uznali, że jako człowiek z Gdyni nie mogę tego robić. Szkoda. Pracuję tam, gdzie mnie chcą. Jestem młodym człowiekiem, pełnym energii. Pytał pan, dlaczego się zdecydowałem podjąć pracę. Jak siedzisz w domu jeden dzień, tydzień, miesiąc, pół roku, w sile wieku i nie pracujesz, to dołączasz do grona dwóch milionów bezrobotnych, którzy popadają w depresję. Nie chciałem, żeby mnie to spotkało, więc starałem się być czynny. Jeździć, podglądać, komentować mecze. Ale jak jest się trenerem, to trzeba też pracować. Dwa lata temu na pewno nie zdecydowałbym się na ten ruch, ale dzisiaj zdaję sobie też sprawę, jaki jest rynek. Trenerów ciągle przybywa, ciągle coraz młodsi... Gdy ja zaczynałem, byłem najmłodszym trenerem w ekstraklasie. Teraz widzimy np. Skowronka. Szkoda, że tak go potraktowali w Pogoni. To się będzie zmieniało. Obserwujemy powoli trochę inny trend. Pół roku - rok temu było modne stawianie na trenerów młodych, bez doświadczenia. Teraz myślę, że będzie to wracało. Być może zaraz wróci Maciek Skorża do Polski, wróci Michał Probierz. Nasze pokolenie będzie się bronić przed młodymi.
Doszło do takiej dziwnej sytuacji, w której „młodzi, zdolni” trenerzy, w ciągu pięciu-sześciu lat stali się starszym pokoleniem szkoleniowców.
- Wszyscy mówią o nas „starsze pokolenie” i że „trzeba dawać szansę młodym”. Ja myślę, że każdy na szansę musi pracować. Nie wierzę, że komuś trzeba coś dawać. Ja zapracowałem na swoją w niższych ligach i to doświadczenie było dla mnie ważne. Bartek Konieczny grał u mnie w III lidze w Amice Wronki. Jeśli wskakujesz na poziom ekstraklasy, nie będąc wcześniej nigdzie trenerem, tylko zawodnikiem, to jest ciężko, co pokazuje choćby przykład Tomka Hajty. Musisz się wszystkiego uczyć i to jest nauka bolesna. Każde twoje niepowodzenie czy zła decyzja jest szeroko komentowana, co też nie pomaga. W niższej lidze możesz sobie spokojnie poeksperymentować.
Nie ma pan wrażenia, że w ostatnich latach coś w pana trenerskiej karierze nie poszło dobrze? Pierwsze pięć lat w ekstraklasie – mistrzostwo z Zagłębiem, puchar z Lechem, Superpuchar z Lechem i Zagłębiem. A w ostatnich latach sukcesów już nie było.
- Dokonałem w życiu kilku nie najlepszych wyborów, podejmując pracę w tym czy w innym klubie i godząc się na pewne warunki rozwiązania kontraktu, jak gdyby zachęcając pracodawców do rozstania ze mną bez większych konsekwencji. To był błąd. Po mistrzostwie Polski z Zagłębiem poszedłem – z sentymentu, a także ze względu na dzieci, które nie mieszkały ze mną w Lubinie – do Gdyni. W Arce zaczęły się moje problemy. Później poszło w dół. Nie pracowałem w zespołach, które mogły walczyć o wyższe cele. Trafiłem do Widzewa i uważam, że to był dla mnie bardzo fajny moment. Zrobiliśmy dobry zespół, na wiosnę byliśmy chyba trzecią czy czwartą najlepszą drużyną w lidze. To było dobre. Ale później nie dość szczęśliwie wybierałem. Z drugiej strony, trener ma niewiele do powiedzenia. Pracuje tam, gdzie go chcą. Na pewno wolałbym teraz walczyć o mistrzostwo Polski, ale jestem tu, gdzie jestem i muszę z tego wyciągnąć jak najwięcej dla siebie i dla klubu.
Ciągnie się za panem dalej te 711 połączeń z „Fryzjerem”? Wiadomo, że sąd orzekł pana niewinność, ale często pojawia się zbitka „Michniewicz 711”.
- Żyjemy w takim kraju, że plotka jest silniejsza od prawdy i będzie niszczyć każdego. Pan mówi o sądzie. Ja nigdy w sądzie nie byłem! Nie mam zarzutów, nie jestem o nic podejrzany, a że i ja i pan znamy ludzi, którzy dochodzą wysoko i popadają w konflikt z prawem – taki nasz los. Nie pochwalam tego, co się działo wcześniej, ale nie mam sobie nic do zarzucenia. Gdybym naprawdę robił „to czy tamto”, to dziś byśmy tu nie siedzieli.
Na pana stronie widziałem, że pana marzeniem jest bycie selekcjonerem reprezentacji Polski. To marzenie jest wciąż żywe? Kiedyś wydawało się, że to kwestia czasu – tak bardzo był pan na topie. Teraz jest zdecydowanie dalej.
- Teraz jest chyba dalej niż z Gdyni do Bielska. Myślę, że marzenia warto mieć i o nie walczyć. Pamiętam, latem 2008 roku miałem propozycję pracy z Bełchatowa, właśnie przed Arką. Tam trenerem w Młodej Ekstraklasie był... Waldek Fornalik. Potem pracował w I lidze w Widzewie i w Polonii Warszawa. Teraz jest selekcjonerem! Te losy są strasznie pogmatwane. Mówiłem już kiedyś, że wystarczy zrobić dobry wynik, gdy jest problem z trenerem w kadrze. Nie wystarczy zdobyć mistrzostwa, bo jak jest dobry selekcjoner, to nie masz szans. Ja wygrywałem w Lubinie, gdy był Beenhakker i wszyscy byli w nim zakochani. Gdyby była taka sytuacja jak dziś czy wczoraj, to być może byłbym tym selekcjonerem. Ale... to i tak byłoby za wcześnie.
A zazdrości pan teraz Fornalikowi? Sam się przekonuje, jak trudna jest praca selekcjonera.
- Nie zazdroszczę. Współczuję mu i wspieram go. Przy okazji meczu z Urugwajem w Gdańsku, pojechałem do niego do hotelu i porozmawialiśmy. Traktuję go jako dobrego kolegę, bo przyjaciół w tym zawodzie nie ma, gdyż dziś jesteś ty, a jutro on. To jest trudna rola. Wszyscy krytykujemy trenera, ale on nie strzela bramek. Po meczu z Ukrainą też spadła na niego fala krytyki, pytania dlaczego grał ten, czy tamten. To niczego nie zmieni. Messi na ławce u nas nie siedział.
U nas najbardziej zyskują na wartości ci, którzy nie grają.
- Tak, dokładnie.
Pan miał ostatnio sporo czasu na analizowanie innych drużyn, komentowanie meczów. A jeśli chodzi o rozwój trenerski? Jakieś staże w ostatnim czasie?
- Zawsze mam w zwyczaju – jeśli nie pracuję – pojechać latem do Szwajcarii albo Austrii, żeby popatrzeć jak przygotowują się różne zespoły, ale w tym roku nie było sensu, bo z racji mistrzostw Europy kluby trenowały tam w rezerwowych składach. Rok temu byłem m.in. w Dortmundzie.
Da się coś z tego rzeczywiście wynieść?
- Jeśli jedziesz po receptę na sukces, to jej tam nie dostaniesz. Ale jeśli jedziesz poznać kierunek myślenia trenera, jego filozofię, to może otworzyć głowę. Podglądałem Beniteza i innych trenerów. Na pewno szczegóły, na które ci szkoleniowcy zwracają uwagę, pomagają. Ja nie jadę tam, żeby spisać treningi, przeprowadzić je w Polsce i myśleć, że będziemy grać jak Dortmund czy Liverpool. Uważam, że warto jeździć, ale nie przeceniałbym tego wielkiego mówienia o stażach. Dla mnie prawdziwym stażem był ten, który zrobili kiedyś Turcy. Wysłali pięciu czy ośmiu trenerów na cały rok do znaczących klubów europejskich, gdzie byli przez cały rok z drużyną, jeździli na zgrupowania, byli włączeni do sztabu. A tak, przyglądasz się z boku. Każdy trener ma jakieś tajemnice i za bardzo nie chce ich zdradzać. Nieprzypadkowo treningi są zasłaniane.
Do pana na staże też zresztą przyjeżdżają trenerzy. Był choćby wspomniany Kłusek, który dziś jest pana asystentem...
- Był w 2007 roku, kiedy pracowałem w Zagłębiu. Przyjechał z takim małym chłopcem w czapeczce. To był jego syn, którego ostatnio mi pokazywał na zdjęciach, jak bardzo wyrósł. Wielu trenerów w każdym klubie do mnie przyjeżdżało i starałem się im zawsze pomóc. Później miałem satysfakcję, bo kilku zaistniało w ekstraklasie. Pamiętam, przyjeżdżali do mnie Maciej Bartoszek, który wtedy pracował w Zdroju Ciechocinek, a później w Bełchatowie, Marcin Sasal. Bardzo mi się podobało, jak ten ostatni poszedł do Kielc i pierwsze, co zrobił po zatrudnieniu, to podziękował mi za staż. Powiedział, że przyjechał do mnie wtedy do Poznania i pewne rzeczy mu się w głowie otworzyły. Pamiętał, że dostawiłem mu krzesełko w szatni, żeby mógł się przebierać przy drużynie. Ja już tego nie pamiętałem i zrobiło mi się miło w tym momencie. Jak ktoś będzie chciał tutaj przyjechać, to nie będzie żadnego problemu.
Nie będzie panu teraz żal pracy komentatora? Wydaje mi się, że dobrze pan się w tym czuł.
- Rzeczywiście, sprawia to przyjemność. Ale – tak jak mówiłem – byłem w grupie ludzi bez pracy. Bardzo mi to doskwierało i chciałem za wszelką cenę coś robić. Nawet nie wiedząc jeszcze o tym, że będę w Podbeskidziu, dzień przed tym jak w Szczecinie wybrali Darka Wdowczyka na trenera, zadzwoniłem do Michała Probierza, słyszałem, że jechał samochodem, więc spytałem „Jaka pogoda w Szczecinie?”. On zdementował, powiedział, że jest na Śląsku u ojca, ale zauważył, że mnie już bardzo ciągnie do pracy. Miał trochę inaczej, bo mimo wszystko trochę więcej klubów trenował w ostatnim czasie. Nasze losy też są jakoś splecione. Wszyscy się zastanawiają, dlaczego ja i Michał wszędzie pracujemy krótko. To wynika z tego, że jesteśmy osobami bardzo wymagającymi. Nie pozwalamy na jakieś dziadostwo. Na tyle, na ile można, trzeba być profesjonalistą. Jak ktoś czegoś nie robi tak, jak byśmy chcieli, to mówimy o tym głośno. To jest nasza „przywara”, ale ona w dłuższej perspektywie się obroni. W każdym klubie, w którym pracowałem i pewne rzeczy zmieniałem, one funkcjonują do dzisiaj. Zawsze zwracam uwagę na warunki do pracy trenera, który nie ma żadnego gabinetu, w którym mógłby usiąść i porozmawiać. Mam pecha, bo wszędzie, gdzie zaczynam robić gabinet, zaraz mnie zwalniają. Zrobiłem w Lubinie – odszedłem. W Białymstoku, na Widzewie tak samo. Na Polonii nie było.
I też pana zwolnili.
- (śmiech). Za to w Podbeskidziu jest fajnie. Warunki w budynku klubowym może nie są komfortowe, ale pokój jest duży, można w spokoju pooglądać kilka meczów. Generalnie jestem zadowolony. Człowiek żyje, znowu oddycha! Nikt o tym nie mówi, ale najgorsze w zawodzie trenera jest to, jak kończy się runda, przychodzi listopad, grudzień, styczeń. Ktoś jedzie na obozy, a ty nie masz co ze sobą zrobić. Jakbym miał jakiś dodatkowy biznes, to bym się nim zajmował. Ale trener jest w trudniejszej sytuacji, bo pewnych rzeczy nie może robić, gdyż mu nie przystoi. Nie warto się przebranżawiać, ponieważ za chwilę będzie tak, jak z Agatą Wróbel, która przymuszona sytuacją wyjechała do Londynu i zaraz stała się pośmiewiskiem, że mistrzyni pojechała pracować na zmywaku. Ale takie jest życie.
Wspomniany Maciej Bartoszek miał podobnie.
- No właśnie. Mam też z nim kontakt. Dostał swoją szansę i za szybko go zaszufladkowano, choć robił w Bełchatowie dobre wyniki. Nie dostaje teraz kolejnej szansy. Trochę mi go szkoda. W Polsce nie ma takiej instytucji jak menedżer trenera. Gdybym kogoś takiego miał, to on szukałby mi pracy za granicą i w kraju. Problem jest taki, że menedżer ma też zawodników. Gdybym przyszedł do klubu i wziął – tak jak Mourinho od swojego menedżera Mendesa – kilku zawodników, to zaraz byłaby awantura. Dlatego ciężko nam wyjechać za granicę. Nie dlatego, że jesteśmy słabym trenerami, choć oczywiście wyniki reprezentacji i klubów nie zachęcają, by dać nam szansę. Taki trener Okuka był w Polsce, zrobił mistrzostwo z Legią, ale w Wiśle już nic nie zrobił, a cały czas pracuje. Ma dobrego mendżera, który umiejscowił go w Chinach i dziś został wybrany najlepszym trenerem ligi chińskiej. Rozmawiałem niedawno ze Skorżą. Mówił mi, jak to funkcjonuje w Arabii Saudyjskiej. Jest grupa menedżerów, którzy mają swoich zawodników i umieszczają ich w klubach. Ciężko się komuś z zewnątrz przebić.
Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do zmian, które planuje pan zrobić w Podbeskidziu. Gabinet już jest, ale prezes Borecki mówił mi, że od razu zarządził pan, by zawodnicy więcej czasu spędzali w klubie.
- Rzeczywiście. Dlatego tęsknię za dobrą bazą. Bo piłkarza można przetrzymać cały dzień w pracy, ale musi to czemuś służyć. Gdzie mam ich teraz umieścić na cały dzień? Chciałbym, żeby zawodnik czuł się piłkarzem przez 24 godziny na dobę. Miałem okazję tutaj w Bielsku poznać tego boksera, Grześka, który będzie walczyć o mistrzostwo...
Proksa?
- Tak, Proksa. Fantastyczny chłopak, bardzo zorientowany w piłce. W tygodniu siedzieliśmy sobie, nie znaliśmy się wcześniej. Powiedział bardzo fajną rzecz. Było jakieś jedzenie, ciastko, mówi, że nie może go zjeść. Pytam: „dlaczego, przecież masz jutro trening? Spalisz wszystko”. A on: „Nie, bokserem musisz być przez 24 godziny na dobę”. To mi się bardzo spodobało. Piłkarzom już to mówiłem. Żeby się utrzymać w ekstraklasie, musimy zrobić coś więcej niż inni, bo jeśli zrobimy to samo, to spadniemy. Czyli musimy więcej i lepiej pracować. Innej drogi nie ma. Dużą wagę przywiązuję do analizy każdego meczu. Za Darka Kubickiego ta analiza była trochę inna. On sam oglądał i tłumaczył zawodnikom, co było źle. Ja oglądam sam, zaznaczam fragmenty i pokazuję piłkarzom, żeby oni też widzieli. Trzeba wypracować styl, ale żeby to zrobić, trzeba wyćwiczyć i pokazać pewne elementy.
Nie obawia się pan, że polski piłkarz się zbuntuje, gdy ktoś zaordynuje mu trochę więcej pracy? Może to jest to, o czym pan mówił: dlaczego pan i Probierz wszędzie pracujecie krótko?

- Ani ja, ani on nie miał takiej sytuacji, żeby ktoś nas w trudnym momencie wsparł. Ja odchodziłem z Jagiellonii, gdy ona miała 22 punkty. To nie był zły wynik. A Adam Nawałka? Przyjechaliśmy w listopadzie 2011 roku do Zabrza i wszyscy mówili, że jak Górnik tego meczu nie wygra, to Adama zwolnią. Uratował się, bo wsparła go pani prezydent. Dzisiaj jest najdłużej pracującym trenerem. To typowy przykład, że jeśli trener dostanie władzę, zaufanie i będzie miał plan, to można nawet z piłkarzami, którzy nie są świetni, walczyć o czołowe lokaty w ekstraklasie. Czasami warto trenerowi zaufać. Fajnie mówił prezes Lechii, kiedy z nim rozmawiałem latem: „Zwalnianie trenera w momencie kryzysu jest najgorszą rzeczą, jaka może być. Jeśli dasz mu szansę, on ten kryzys pokona, to będzie lepszym trenerem. A jak go zwolnisz, to przyjdzie następny, znów będzie miał kryzys i znów będziesz musiał go zwolnić.”. On był za tym, żebym ja pracował długo w Lechii. Tak samo wspierał Tomka Kafarskiego i gdyby nie kibice to pewnie pracowałby do teraz. Ale wiem, że cierpliwość fanów i prezesów jest bardzo mała.
Prezesi często nie wytrzymują presji środowiska, także mediów.
- Nie jest łatwo bronić trenera, który nie ma wyników. Ale jak ktoś widzi, jak szkoleniowiec pracuje na co dzień i wie, że dzięki tej pracy drużyna posunie się do przodu, to czasami warto zaryzykować krótkotrwały konflikt z kibicami, w imię przyszłości. Tyle, że nie każdego na to stać, bo nie każdy potrafi realnie ocenić pracę trenera. Zazwyczaj zatrudniają nas ludzie, którzy potrafią zarabiać pieniądze, ale o piłce za dużo pojęcia nie mają.
W Podbeskidziu już kiedyś coś takiego trenera spotkało, bo przecież Roberta Kasperczyka właściwie jednoosobowo obronił prezes, a później ten sam szkoleniowiec awansował do ekstraklasy.
- Tak? Naprawdę? Przyznam, że tego nie pamiętam.
W pierwszej rundzie Kasperczyka Podbeskidzie o mało nie spadło z I ligi, a po przedostatnim meczu sezonu z Motorem Lublin, ochrona musiała go zasłaniać przed własnymi kibicami.
- Tak?! Szypuła był wtedy prezesem?
Nie, Okrzesik. Szypuła był wiceprezesem.
- A wie pan, że Szypuła do mnie dzwonił w 2009 roku. Siedziałem w Galerii Bałtyckiej, a on mnie bardzo namawiał, żeby przyjść do Bielska. Mówił, że w tym roku się Podbeskidzie utrzyma, a w następnym zagra o awans. A ja mówiłem, że nie, że daleko itd. Przekonywał bardzo, że jest tu piękny klimat i dzieci się będą dobrze czuły. Ale wtedy odmówiłem.
To nie był ostatni raz, bo jesienią zeszłego roku też był chyba taki temat, ale wtedy powiedział pan, że Podbeskidzie potrzebuje księdza a nie trenera.
- Tak, to samo powiedziałem o Bełchatowie, bo... byłem przeciwko zwalnianiu trenerów. Uważałem, że nie było sensu zmieniać Kieresia i wyszło na moje, bo teraz zatrudnili go znowu. Praca Kasperczyka też była dobra. Coś jednak jest w tym, że ten drugi sezon jest dla beniaminka najtrudniejszy. W pierwszym sezonie wyglądało to całkiem nieźle. Zremisowali z moją Jagiellonią 2-2, wygrali z nami w Białymstoku. Fajnie to funkcjonowało.
Dlatego budujący może być chyba przykład Piasta Gliwice, który w drugim sezonie spadł z ekstraklasy, ale wrócił i radzi sobie dobrze? Choć wrócił też nie od razu w pierwszym sezonie po spadku.
- Bo to jest ciężkie. Trauma po spadku jest duża. Cracovia też jakoś nie dominuje. Ona może awansować, bo ma największy potencjał, ale wcale nie rządzi I ligą. Tam się gra inaczej. Obyśmy nie musieli się tym zajmować.
Rozmawiał Michał Trela