Chcieli machać mu białymi chusteczkami, dziś skandują jego nazwisko
10.12.2010
W czerwcu ocena brzmiałaby niezbyt pochlebnie. Może nie diametralnie źle, bo Podbeskidzie jednak utrzymało się w I lidze, ale w sposób, którego nie można nazwać spokojnym. Cel postawiony przez prezesa Janusza Okrzesika nie został więc do końca wykonany. Drużyna do ostatniej kolejki grała o utrzymanie, nie miała swojego stylu, była anemiczna, bojaźliwa i bezradna. Transfery? Richard Zajac zrobił furorę, Jacek Broniewicz stał się mocnym punktem zespołu, a Krzysztof Świątek, po którym oczekiwano najwięcej... zawiódł na całej linii. To wcale nie wyglądało jak podwaliny pod ekstraklasę.
Zwolennikiem Kasperczyka nie byli też kibice. Chciano wymachiwać przed nim białymi chusteczkami, po bezbramkowym remisie ze zdegradowanym już dawno Motorem Lublin, wydawało się, że trener żywy ze stadionu nie wyjdzie. A jednak wyszedł... Wyszedł też cało z opresji już po zakończeniu sezonu. Zarząd klubu nie był jednomyślny, co do kontynuowania współpracy z Kasperczykiem. Postanowiono jednak dać mu szansę. Prawdopodobnie w mijającym roku nie było ważniejszej decyzji w bielskim piłkarstwie.
Tu zaczęło się bowiem półrocze sukcesów, prawdopodobnie największych w trenerskiej karierze Kasperczyka. Tym razem skuteczność co do transferów trener miał znakomitą. Każdy pozyskany latem zawodnik był bardzo ważnym punktem drużyny. Podbeskidzie nauczyło się wygrywać u siebie, nie tracąc przy tym umiejętności świetnej gry na wyjazdach. Strzelało dużo goli, ale też nadal mało traciło. Potrafiło być niezwykle efektowne, ale też zabójczo skuteczne. Oczywiście, nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, ale na dorobek i grę bielszczan jesienią mogą narzekać tylko malkontenci.
- Większym sukcesem było dla mnie utrzymanie tamtej wiosennej drużyny, niż z obecną zajęcie drugiego miejsca - deklaruje trener, nie pozostawiając wątpliwości, co do różnic personalnych między "obiema" drużynami. Kibiców już do siebie przekonał. Po kilku kolejkach po raz pierwszy skandowali imię i nazwisko szkoleniowca. Do końca rundy zdarzyło się to jeszcze nie raz. Takiego Podbeskidzia, jak to Kasperczyka, nie było chyba jeszcze nigdy. Jeśli podobne będzie na wiosnę, trener, który tak źle zaczynał, może stać się największym w historii bielskiego futbolu. Wiadomo, mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy...
Zwolennikiem Kasperczyka nie byli też kibice. Chciano wymachiwać przed nim białymi chusteczkami, po bezbramkowym remisie ze zdegradowanym już dawno Motorem Lublin, wydawało się, że trener żywy ze stadionu nie wyjdzie. A jednak wyszedł... Wyszedł też cało z opresji już po zakończeniu sezonu. Zarząd klubu nie był jednomyślny, co do kontynuowania współpracy z Kasperczykiem. Postanowiono jednak dać mu szansę. Prawdopodobnie w mijającym roku nie było ważniejszej decyzji w bielskim piłkarstwie.
Tu zaczęło się bowiem półrocze sukcesów, prawdopodobnie największych w trenerskiej karierze Kasperczyka. Tym razem skuteczność co do transferów trener miał znakomitą. Każdy pozyskany latem zawodnik był bardzo ważnym punktem drużyny. Podbeskidzie nauczyło się wygrywać u siebie, nie tracąc przy tym umiejętności świetnej gry na wyjazdach. Strzelało dużo goli, ale też nadal mało traciło. Potrafiło być niezwykle efektowne, ale też zabójczo skuteczne. Oczywiście, nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, ale na dorobek i grę bielszczan jesienią mogą narzekać tylko malkontenci.
- Większym sukcesem było dla mnie utrzymanie tamtej wiosennej drużyny, niż z obecną zajęcie drugiego miejsca - deklaruje trener, nie pozostawiając wątpliwości, co do różnic personalnych między "obiema" drużynami. Kibiców już do siebie przekonał. Po kilku kolejkach po raz pierwszy skandowali imię i nazwisko szkoleniowca. Do końca rundy zdarzyło się to jeszcze nie raz. Takiego Podbeskidzia, jak to Kasperczyka, nie było chyba jeszcze nigdy. Jeśli podobne będzie na wiosnę, trener, który tak źle zaczynał, może stać się największym w historii bielskiego futbolu. Wiadomo, mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy...
Polecane
I liga