Budował beskidzkie kluby, tworzył Flotę, teraz wziął się za Podbeskidzie!
01.04.2013
Zaglądam w pana CV i oczom nie wierzę. Naprawdę zaczął pan pracę trenerską w wieku 22 lat?! Nie grał pan w piłkę?
Ryszard Kłusek, asystent trenera Podbeskidzia Bielsko-Biała: - Zacząłem grać w BKS-ie w 1980 roku, kiedy miałem dziewięć lat. Tata zaprowadził mnie na pierwszy trening. W 1990 roku poszedłem na studia i na ich drugim roku, kiedy wciąż jeszcze grałem w BKS-ie, klub zaproponował mi pracę z dziećmi. Przejąłem rocznik 80/81 i z nim w 1993 od lipca zacząłem pracować, będąc po drugim roku studiów na AWF-ie, mając 22 lata. Działacze widzieli u mnie jakąś smykałkę. Dojeżdżałem z Katowic w poniedziałki, środy i piątki na treningi, w sobotę na mecze. Od października miałem trochę problemów, ale dawałem radę. Przy tym sam grałem jeszcze w piłkę, jednak występowałem w II drużynie, w okręgówce, a później w A-klasie. Miałem jeszcze epizod w BBTS-ie Ceramed, lecz już wtedy bardziej poświęcałem się pracy trenera.
Kiedy dostał pan pierwszą samodzielną pracę?
- Łączyłem dwie funkcje. Byłem trenerem drużyny z międzywojewódzkiej ligi juniorów i prowadziłem A-klasowy zespół z Godziszki. To był jednak epizod. Prawdziwą pracę dostałem w drużynie rezerw Podbeskidzia, gdzie zrobiliśmy awans do okręgówki. Pomagałem też nieoficjalnie Krzysztofowi Pawlakowi, trenerowi pierwszej drużyny, którego uznaję za mojego ojca chrzestnego, kogoś, kto na mnie postawił. To się miało jeszcze kiedyś okazać ważne.
Przy pierwszym zespole zaczął pan pracować w 2004 roku...
- Zostałem oficjalnie asystentem Jana Żurka. Ale po sezonie zadzwonił do mnie prezes IV-ligowego wówczas Beskidu Skoczów. Poszedłem do Żurka i powiedziałem mu, że chciałbym rozpocząć pracę na swój rachunek. Zgodził się i przejąłem Beskid. Klub miał wtedy - z dzisiejszej perspektywy - niezły skład, w którym grali Łukasz Hanzel (dziś Zagłębie Lubin - przyp. MT), Sławomir Cienciała (Etyr Wielkie Tyrnowo) czy Damian Szczęsny (GKS Tychy). Po pierwszej rundzie drużyna zajmowała 16. miejsce z dorobkiem 14 punktów. Ja skończyłem sezon mając ich 41. Umowa została przedłużona, ale zmieniło się kierownictwo w klubie i po 10 kolejkach następnego sezonu zostałem zwolniony.
Długo pan jednak nie pozostawał bez pracy.
- Zgłosił się do mnie Andrzej Sadlok, prezes Pasjonata Dankowice. Chciał mnie zatrudnić już wcześniej, bo... pasowałem im do nazwy! Dostrzegli we mnie pasjonata, który chciał robić treningi codziennie, a nie jak inni trenerzy, dwa-trzy razy w tygodniu. Starałem się pracować nad techniką, taktyką, motoryką, żeby te zajęcia miały ręce i nogi. Pracowałem tam dwa lata i łączyłem tę funkcję z posadą trenera kadry Śląska. Pracowałem z rocznikiem 1990. Byli u mnie Robert Trznadel (Polonia Bytom), Artur Sobiech (Hannover 96) czy Łukasz Tymiński (Ruch Chorzów).

Głośne nazwiska.
- Z Sobiechem jakoś tam się przyczyniłem. Rozmawiałem z Mirosławem Mosórem, dyrektorem Ruchu, o tym, że warto go ściągnąć z Grunwaldu Ruda Śląska do Chorzowa, gdy Artur miał 15 lat. Pewnie gdybym był menedżerem, to do dziś bym z tego czerpał profity.
Mimo to, wciąż obracał się pan jednak w klubach z Podbeskidzia.
- Tak, po Dankowicach trafiłem do Drzewiarza Jasienica, gdzie zajęliśmy piąte miejsce w okręgówce. Mogło być wyżej, ale zbuntował się bardzo dobry napastnik Paweł Rak. Brakowało nam go, ale ja jestem zwolennikiem twardej, systematycznej, a nie wybiórczej pracy.
Prawidziwego rozpędu zaczął pan chyba jednak nabierać w Czechowicach-Dziedzicach?
- MRKS przez kilka lat nie mógł awansować do IV ligi. Trafiłem tam i Stachursky "Typ Niepokorny", powiedział mi, że dają mi dwa lata na zrobienie awansu. Odeszło latem 10 zawodników. Zrobiłem casting, wyselekcjonowałem grupę, powiedziałem jej, żeby tak sobie ustawili pracę, naukę i życie osobiste, by byli w stanie trenować cztery-pięć razy w tygodniu. Tak się działo. A inni rywale trenowali po dwa-trzy razy. Stosowałem różne techniki motywacyjne związane z naszym działaczem. Puszczaliśmy w szatni jego piosenki "Pokaż, na co się stać" czy "Ja typ niepokorny". Zrobiliśmy awans w pierwszym sezonie. W IV lidze były jednak niesnaski, nie płacili mi i zawodnikom. W końcu się rozstaliśmy.
Góral Żywiec był przełomem.
- Tam też chłopaki kończyli pracę w browarze o 15 i byliśmy w stanie trenować częściej niż inni. W drugim sezonie awansowaliśmy. Ale ja w międzyczasie dostałem telefon od trenera Pawlaka. On pracował wtedy w GKP Gorzów Wielkopolski. Zaczęliśmy współpracę.
Już wtedy?
- Tak. Poprosił mnie, żebym prowadził mu bank informacji. Chodziłem na Podbeskidzie, jeździłem na GieKSę i analizowałem rywali. Byłem z nimi na zgrupowaniu w Wiśle, robiłem im badania wydolnościowe. To była praca społeczna, nawet do tego dokładałem, bo klub nie miał pieniędzy i do dziś Pawlakowi zalega 70 tysięcy, których na pewno nigdy nie odzyska. Wiedziałem jednak, że to może mi się do czegoś przydać.
I tak się stało.
- Latem 2011 roku, po awansie z Góralem z okręgówki do IV ligi, Pawlak zadzwonił do mnie i powiedział, że jedziemy pracować w MKS-ie Kluczbork. Kilka dni później, że jednak trochę dalej, do Floty Świnoujście. Co ja na to? Mówiłem, że zamiast 250 kilometrów zrobiło się 750 od domu. Musiałem się zastanowić, ale zdecydowałem się na to. Rzuciłem pracę w szkole, rzuciłem kadrę juniorów i pojechałem.
To był burzliwy okres, prawda?
- Początki były dobre. Pracowaliśmy i wyniki jakoś się układały. Pod koniec jesieni się jednak coś zacięło. Nie mogliśmy wygrać od 15. spotkań. Po porażce 0-4 z Sandecją Nowy Sącz nie mogłem spać. W końcu, stało się, trener Pawlak został zwolniony.
Zwyczajowo przyjęło się, że asystent odchodzi razem z trenerem. Pan nie odszedł. Dlaczego?
- Stało się trochę źle. Chciałem odejść, ale miałem jeszcze umowę w świnoujskim MOS-ie. To było tak rozwiązane, żeby Flota nie musiała płacić ZUS-u. Mieliśmy podpisaną tylko umowę o dzieło, a pieniądze dostawałem za pracę przy organizacji turniejów dla dzieci w piłce nożnej, koszykówce, siatkówce. Trenerzy byli uprzejmi i elastyczni, więc dało się to godzić z pracą w pierwszej drużynie aż do grudnia 2012 roku. Były głosy, że powinienem odejść. Długo się zastanawiałem. Nie przespałem kilku nocy. Straszny wybór: albo siadasz w pociąg i wracasz bez niczego, albo obejmujesz drużynę. W końcu się zdecydowałem zostać. Gdybym wtedy tego nie zrobił, nie byłbym teraz w Podbeskidziu i zostałbym pewnie na lodzie, bo nawet do pracy w szkole nie mogłem wrócić. Gimnazjum, w którym pracowałem, zlikwidowano. Gdzie indziej ciężko by było się załapać.
Jak przyjął to trener Pawlak?
- Wiem, że on czuje do mnie niesmak, ale tak się dzieje. Ulatowski był asystentem Michniewicza, a potem go zastąpił. Mam do Pawlaka niesamowity szacunek. Cały czas o nim myślę, chciałbym się z nim spotkać w cztery oczy i porozmawiać, bo nie mieliśmy okazji. Z zawodnikami też się nie pożegnał, bo mówił, że by nie wytrzymał i chyba by się rozpłakał.
Zbliżał się jednak kluczowy dla utrzymania mecz w Niecieczy. Co pan zrobił w tej sytuacji?
- Wziąłem zespół na rozmowy. Każdego z osobna, formacjami, całą drużyną. W trzy dni zrobiłem cztery treningi. Dokonałem też trochę zmian w zespole. Czytałem zawodnikom sms-y, które dostawałem od ludzi z całej Polski. Mówiłem, że cały kraj jest za nami. Musieliśmy wygrać, żeby nie spaść, a Termalica walczyła o awans. W 83. minucie przegrywaliśmy 1-2, ale potem strzeliliśmy na 2-2, a w ostatniej minucie po rzucie rożnym, które cały czas ćwiczyliśmy, Damian Misan - notabene chcieliśmy go zimą z Dariuszem Kubickim ściągnąć do Bielska - strzelił na 3-2 dla nas.
To chyba piękny moment?
- Była niesamowita radość. To mój najpiękniejszy moment w trenerskiej karierze. Nie do zapomnienia. Były śmiechy połączone z płaczem. W szatni był podwieszany sufit. Chłopcy w niego tak walili z radości, że musieliśmy płacić, bo się zwinął na cztery części...
Później były kolejne udane mecze... Udało się błyskawicznie odmienić drużynę.
- Wygraliśmy cztery spotkania z rzędu. Wykorzystałem to, co zostało mi dane. Trafiłem do tych chłopaków, czyli zrobiłem to, co udało się w Dankowicach, Czechowicach czy w Żywcu.
Mówi pan o tym tak, jakby praca w I lidze i w okręgówce niczym się nie różniła.
- Wszędzie udało mi się "kupić" zawodników. Byłem do dyspozycji 24 godziny na dobę. Chciałem pracować tak, żeby wszyscy mieli z tego przyjemność. Wszędzie jest inny materiał jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie, motoryczne, ale wszędzie są też te same głowy. W okręgówce wszyscy marzą o tym, żeby grać wyżej. W kadrze Śląska, o tym, żeby grać w reprezentacji Polski. W I lidze, by występować w ekstraklasie. Są duże rezerwy w kwestiach mentalnych. I na tym "jechałem".
Może pan zdradzić kilka swoich sposobów?
- Bazowałem na motywacji. Przed ostatnim meczem z Ruchem Radzionków, który wygraliśmy 5-1, na odprawie rzuciłem monety: złotówki i groszówki. I tak jak Chrystus mówił w świątyni: Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie. Tak ja powiedziałem: to, co dla sportu, ma iść dla sportu. A co się wam należy i tak dostaniecie. Nie możecie odpuścić, bo już macie pewne utrzymanie. Dla sportu się należy, żeby walczyć. Zakładałem im maski gladiatorów, jakieś waleczne serca. Przed meczem z Olimpią Grudziądz był motyw z grillem, który jak się smaży, to trzeba zalewać wodą. Powiedziałem, że ja mam zalewać wodą ten grill, bo ma w nim być tak gorąco. Już w Żywcu dziękowali mi za odprawy motywacyjne. Tam wieszałem jakąś flagę i puszczałem piosenkę "Bajmu", gdzie jest tekst "To twoja flaga, mój drogi przyjacielu". Trafiałem do nich. No i oczywiście ważna jest muzyka...
Sam pan ją dobiera?
- Czasem ja, czasem chłopcy sami przynosili i pytali czy mogą puścić. Koncentrowali się przy tym już w kadrze Śląska, do dziś wspominają. Nakręcali się pozytywnie.
Wróćmy jednak do pana osoby. Wygrał pan cztery mecze, było świetnie, ale na horyzoncie pojawiły się problemy.
- Już przed meczem z Radzionkowem rozmawiałem z Arturem Skowronkiem. Nie powiedział mi, że już jest dogadany z Pogonią Szczecin, a już wtedy był. Ale ostrzegał mnie, że mogę mieć problemy, żeby PZPN przyznał mi warunkową licencję na I ligę, bo mogło im się nie spodobać, że nie ustąpiłem razem z Pawlakiem. Przygotowywałem drużynę do sezonu i 7 lipca pojechałem do Warszawy.
Co się tam wydarzyło?
- Usłyszałem sporo cierpkich słów. Wojciech Łazarek mówił, że zachowałem się nieładnie, bo powinienem był ustąpić. Powiedziałem, że winni się tłumaczą. Wyjaśniłem, jaka była sytuacja. Ale licencji nie dostałem... Myślałem, że wrócę do Bielska, lecz namówili mnie, żebym wrócił do pozycji asystenta. Tuż przed sezonem...
Dominik Nowak przyszedł na gotowe?
- Przyszedł na tydzień przed ligą, ale zrobił parę ruchów. Przede wszystkim zdyscyplinował zespół. Do tego 7
lipca wszystko było dobrze, jednak jak powiedziałem chłopakom, że nie będę ich prowadzić, to wszystko się zaczęło rozłazić. Ten symulował kontuzję, ten narzekał. Nowaka w ogóle nie znałem. Wszystko mu powiedziałem uczciwie, szczerze o każdej formacji, o każdym zawodniku, o słabych i mocnych punktach, na czym się skupić. Bardzo długo siedzieliśmy i przekazałem mu wszystkie informacje. Powiedziałem, że do grobu tego nie wezmę. Ale rzekłem mu też prosto w oczy, że będzie mi ciężko, bo pracowałem już jako pierwszy trener i to jak posadzić Mourinho i Guardiolę na jednej ławce. Nie da się. Mimo to, zgodziłem się, a Flota wygrała 13 meczów. Współpraca była niesamowita. Były mocne burze mózgów, miałem swoje zdanie i nie puszczałem, on też i z tego wyszło 40 punktów. Zastrzeżenia zaczęły dopiero teraz wychodzić, słyszę, że on sobie przypisuje większość zasług.
Jak pan patrzy na degrengoladę Floty na wiosnę, to co pan sobie myśli?
- Ciarki mi przechodzą, bo zostawiłem tam niesamowicie dużo zdrowia. Wiedziałem, że jeżeli tam nie zrobię dobrego wyniku, to jest po mnie. Miałem tam taki komfort, że byłem tam sam. Mogłem się skupić tylko na pracy, mentalnie, merytorycznie, taktycznie, na obserwacji przeciwnika. To zaowocowało. Ale odczuwałem dyskomfort, jeśli chodzi o życie osobiste. Nie miałem innych obowiązków i robiłem, co do mnie należało. Kibice to widzieli i po przegranych meczach mam teraz gorącą komórkę. Na Facebooku dostaję wiadomości w stylu: "Rysia nie ma - Floty nie ma". Dzwonią do mnie i wszyscy mówią: "Wracaj". Czasu się już nie odwróci...
Dlaczego pan zrezygnował?
- Złożyło się wiele czynników, ale chciałem pracować na własny rachunek. Miałem ofertę z Zagłębia Sosnowiec, lecz ostatecznie tam nie trafiłem. Później przez sześć dni byłem trenerem Iskry Pszczyna...
To - w mniejszej skali - jak sytuacja z Dariuszem Kubickim i Podbeskidziem?
- W dużo mniejszej skali, bo cały czas mówiłem w Pszczynie, że jeśli dostanę propozycję z wyższej ligi, to idę. Wiadomo, jak jest w IV lidze. Nie mogą trenować, bo pracują, studiują, uczą się. Nie miałem tam podpisanej umowy. Zrobiłem jeden trening, badania wydolnościowe i odezwał się do mnie Wojciech Borecki, który zaprosił mnie na rozmowę. Pojechałem, trzy godziny rozmawialiśmy i chciał mnie jako drugiego trenera.
A więc to nie Dariusz Kubicki?
- Kubicki dostał mnie i Tomka Świderskiego w pakiecie. On chciał swoich ludzi, ale prezes się nie zgodził. Widać, że to dobry ruch, bo teraz Podbeskidzie zostałoby w ogóle bez trenerów.
Chciał pan pracować na własny rachunek, a znowu zgodził się pan być asystentem...
- Ale w ekstraklasie. To jest najwyższa klasa rozgrywkowa, więc też wielkie wyróżnienie i zaszczyt. Niesie też za sobą odpowiedzialność.
Na czym polegają pana obowiązki w sztabie?
- Za czasów trenera Kubickiego było tak, że raczej ja i Tomek skupialiśmy się na ogólnej pracy treningowej i przeprowadzaniu rozgrzewki. Kubicki praktycznie wszystko robił sam. Nie mieliśmy za dużo pracy. Czesław Michniewicz powiedział, że za dużo się nie napracowaliśmy, ale teraz to się zmieni. My przecież chcemy pracować. Za Kubickiego, praca nie była w ogóle podzielona. Czasem dostaliśmy jakąś część treningu do poprowadzenia. Nowy szkoleniowiec zapowiedział, że podzieli obowiązki. Z trenerem Michniewiczem znaliśmy się już wcześniej. Byłem u niego na stażu, a jeszcze wcześniej zgłaszałem się do niego, bo on ma wiele materiałów szkoleniowych, z których chciałem korzystać. Poza tym, komentował mecze I ligi.
Jest pan więc zadowolony z jego zatrudnienia?
- Szczerze powiedziałem prezesowi, że to dobry ruch. Michniewicz jest raptem rok starszy ode mnie, a osiągnął zdecydowanie więcej. Jest autorytetem. Od każdego zresztą można coś wyciągnąć. Od trenera Kubickiego też. Choćby sama metoda wpływu osobistego, jego uczestniczenie w zajęciach, to jest bardzo duży plus. On prowadził trening, i grał z zawodnikami. W metodyce nazywa się to metoda wpływu osobistego. Nie stał z boku, tylko cały czas był w środku, spocony schodził z boiska. To się podoba dzieciom, młodzieży i dorosłym zawodnikom też. Trener Michniewicz to znowu przedstawienia audiowizualne, myśl taktyczna, niesamowita analiza gry. Pod względem merytorycznym dużo się od niego nauczymy.
Spodziewał się pan odejścia Kubickiego?
- Nie, to był dla wszystkich szok. Nikt nie wiedział o co chodzi. Zresztą w meczu z Koroną było to widać. Nawarstwiły się dwie rzeczy - gol stracony w ostatniej minucie meczu ze Śląskiem i odejście trenera. Ta bramka we Wrocławiu sprawiła, że skrzydła opadły nam do połowy. Zawodnicy siedzieli w szatni, było cicho i smutno. A trzy dni później odszedł trener. Wtedy skrzydła już całkiem opadły. Zanim się otrząsnęliśmy, przegrywaliśmy już 0-1. Teraz myślę, że ten czas, jaki pozostaje przed meczem z Ruchem, święta, pozwolą na wyciszenie się i dojście do równowagi. Z Ruchem zagramy o być albo nie być.
Aż tak?
- Tu już nie można mówić, że ten mecz jest jak finał Ligi Mistrzów. Tego się już nie da porównać z niczym. O wszystko. Albo wygramy i będziemy walczyć dalej, albo przegramy i możemy pakować walizki.
Proszę jeszcze powiedzieć o tym, jak trener Kubicki pożegnał się ze sztabem.
- Rozstaliśmy się fajnie, porozmawialiśmy. Był żal, zastanowienie, ale w końcu dostał dobrą propozycję. Mimo wszystko, zrobił fajną atmosferę. Mieliśmy ograniczone pole działania, ale była atmosfera. Michniewicz myślę, że to podtrzyma. Cel nam się jednak oddala. W każdym z nas tkwi nadzieja, że się uda. Tyle, że tylko raz się udało wygrać. Czas pokaże, co będzie, ale teraz gramy najważniejszy mecz. Zawodnicy tak samo się muszą "sprzedać", żeby nie popaść w zapomnienie, tylko grać w ekstraklasie.
Coś wam w tej walce o utrzymanie przeszkadza?
- Smuci nas ilość kibiców na meczach w Bielsku. I nie chodzi tylko o spotkanie z Koroną, bo to był Wielki Czwartek i wiadomo, że wiele ludzi chodzi do kościoła. Ale wcześniej też nie było kolorowo. Zupełnie inaczej niż nie tylko na Legii czy Wiśle, ale też na Zawiszy czy Cracovii, klubach z niższych lig. Kibic to 12 zawodnik. Trzeba go szanować jak każdego ze składu. Przydałoby się, żeby było ich więcej.
We Flocie pana konikiem były stałe fragmenty gry. Pisał pan zresztą na ich temat pracę dyplomową. Będzie pan naciskał trenera Michniewicza, żeby znalazły się one w pana kompetencjach?
- Będziemy to robić wspólnie z trenerem. We Flocie faktycznie, od razu od tego zacząłem. Na każdym treningu przed meczem pracowaliśmy nad stałymi fragmentami. Wiadomo, we Flocie było wielu bardzo wysokich zawodników i mieliśmy wyspiarski styl - wrzuta i strzał głową. W tych czterech meczach, które sam prowadziłem, osiem z 12 goli zdobyliśmy po stałych fragmentach. Kubicki mnie zresztą też o to pytał, więc przekazałem mu moją pracę i się z nią zapoznał. Trener Michniewicz ma mnóstwo swoich rozwiązań rzutów rożnych, wolnych, rozpoczęcia gry. Coś też dołożę do warsztatu.
Tu będzie jednak trudniej o bardzo wysokich zawodników.
- Ale mamy Pietrasiaka, Koniecznego, Danczika, Górkiewicza i naszego "Ljuboję" - Fabiana Pawelę. Szkoda, że nie ma Telichowskiego. Oni wszyscy potrafią grać głową. W meczu z Jagiellonią strzeliliśmy trzy bramki po stałych fragmentach gry. We Flocie od razu to zauważyli i mówili: "Aha, Kłusek przyszedł do Podbeskidzia" (śmiech).
Widział pan już trochę piłkarskich szatni. Jaka jest ta Podbeskidzia? To są ludzie podłamani?
- Nie mamy się czym podłamywać, jest uśmiech na twarzach, są rozmowy, żarty. Nie ma przygnębienia. Na boisku naprawdę dobrze gramy, tylko niestety nie przekłada się to na ilość punktów. Wszyscy mówią o tym, że fajnie się prezentujemy, ale trochę szczęścia nam brakuje, żeby mieć 3-4 punkty więcej. Z Wisłą - różnie można mówić, bo gdyby sędzia gwizdnął ewidentnego karnego, pewnie byśmy przegrali, ale mogliśmy też wygrać. Musimy walczyć przynajmniej o 15. miejsce, bo różnie może być. Zawirowania mogą sprawić, że ktoś nie dostanie licencji i 15. miejsce się utrzyma.
Myśli pan o licencji UEFA Pro?
- Kiedy w lutym odbierałem licencję UEFA A, zaznaczyłem, że chcę się dalej rozwijać i spróbować UEFA Pro. Uśmiechnęli się i życzyli mi powodzenia. Nie otrzymałem konkretnej odpowiedzi, ale podobno jest dużo chętnych. W pierwszej kolejności będą brać pierwszych trenerów drużyn jak Skowronek, Rumak. Ten ostatni ma te same uprawnienia co ja, a prowadzi klub ekstraklasowy...
Myśli pan w przyszłości o samodzielnej pracy w Podbeskidziu?
- Niekoniecznie tylko w tym regionie. Trener dziś jest tu, jutro tam. Z miłą chęcią bym pracował np. w Świnoujściu. Wiem na pewno, że chcę pracować z zawodowymi piłkarzami i robić to profesjonalnie, a nie trzy razy w tygodniu z połową zespołu. Chcę mieć do dyspozycji wszystkich cały czas, żeby robić progres. Mam papiery na II ligę, Do końca czerwca bez względu na wszystko będę w Bielsku. Nie ma możliwości, żebym gdzieś odszedł. A co potem? Różne myśli przychodzą. Nie wiadomo, jak będzie się działo w Świnoujściu, ludzie są za tym, żebym wrócił. Rozeszliśmy się w zgodzie. Jak będzie szansa w przyszłości, to jestem otwarty na rozmowy i powrót żeby się realizować. Odchodząc stamtąd, zostawiłem sobie taką otwartą furtkę.
Rozmawiał Michał Trela.
Ryszard Kłusek, asystent trenera Podbeskidzia Bielsko-Biała: - Zacząłem grać w BKS-ie w 1980 roku, kiedy miałem dziewięć lat. Tata zaprowadził mnie na pierwszy trening. W 1990 roku poszedłem na studia i na ich drugim roku, kiedy wciąż jeszcze grałem w BKS-ie, klub zaproponował mi pracę z dziećmi. Przejąłem rocznik 80/81 i z nim w 1993 od lipca zacząłem pracować, będąc po drugim roku studiów na AWF-ie, mając 22 lata. Działacze widzieli u mnie jakąś smykałkę. Dojeżdżałem z Katowic w poniedziałki, środy i piątki na treningi, w sobotę na mecze. Od października miałem trochę problemów, ale dawałem radę. Przy tym sam grałem jeszcze w piłkę, jednak występowałem w II drużynie, w okręgówce, a później w A-klasie. Miałem jeszcze epizod w BBTS-ie Ceramed, lecz już wtedy bardziej poświęcałem się pracy trenera.
Kiedy dostał pan pierwszą samodzielną pracę?
- Łączyłem dwie funkcje. Byłem trenerem drużyny z międzywojewódzkiej ligi juniorów i prowadziłem A-klasowy zespół z Godziszki. To był jednak epizod. Prawdziwą pracę dostałem w drużynie rezerw Podbeskidzia, gdzie zrobiliśmy awans do okręgówki. Pomagałem też nieoficjalnie Krzysztofowi Pawlakowi, trenerowi pierwszej drużyny, którego uznaję za mojego ojca chrzestnego, kogoś, kto na mnie postawił. To się miało jeszcze kiedyś okazać ważne.
Przy pierwszym zespole zaczął pan pracować w 2004 roku...
- Zostałem oficjalnie asystentem Jana Żurka. Ale po sezonie zadzwonił do mnie prezes IV-ligowego wówczas Beskidu Skoczów. Poszedłem do Żurka i powiedziałem mu, że chciałbym rozpocząć pracę na swój rachunek. Zgodził się i przejąłem Beskid. Klub miał wtedy - z dzisiejszej perspektywy - niezły skład, w którym grali Łukasz Hanzel (dziś Zagłębie Lubin - przyp. MT), Sławomir Cienciała (Etyr Wielkie Tyrnowo) czy Damian Szczęsny (GKS Tychy). Po pierwszej rundzie drużyna zajmowała 16. miejsce z dorobkiem 14 punktów. Ja skończyłem sezon mając ich 41. Umowa została przedłużona, ale zmieniło się kierownictwo w klubie i po 10 kolejkach następnego sezonu zostałem zwolniony.
Długo pan jednak nie pozostawał bez pracy.
- Zgłosił się do mnie Andrzej Sadlok, prezes Pasjonata Dankowice. Chciał mnie zatrudnić już wcześniej, bo... pasowałem im do nazwy! Dostrzegli we mnie pasjonata, który chciał robić treningi codziennie, a nie jak inni trenerzy, dwa-trzy razy w tygodniu. Starałem się pracować nad techniką, taktyką, motoryką, żeby te zajęcia miały ręce i nogi. Pracowałem tam dwa lata i łączyłem tę funkcję z posadą trenera kadry Śląska. Pracowałem z rocznikiem 1990. Byli u mnie Robert Trznadel (Polonia Bytom), Artur Sobiech (Hannover 96) czy Łukasz Tymiński (Ruch Chorzów).

Głośne nazwiska.
- Z Sobiechem jakoś tam się przyczyniłem. Rozmawiałem z Mirosławem Mosórem, dyrektorem Ruchu, o tym, że warto go ściągnąć z Grunwaldu Ruda Śląska do Chorzowa, gdy Artur miał 15 lat. Pewnie gdybym był menedżerem, to do dziś bym z tego czerpał profity.
Mimo to, wciąż obracał się pan jednak w klubach z Podbeskidzia.
- Tak, po Dankowicach trafiłem do Drzewiarza Jasienica, gdzie zajęliśmy piąte miejsce w okręgówce. Mogło być wyżej, ale zbuntował się bardzo dobry napastnik Paweł Rak. Brakowało nam go, ale ja jestem zwolennikiem twardej, systematycznej, a nie wybiórczej pracy.
Prawidziwego rozpędu zaczął pan chyba jednak nabierać w Czechowicach-Dziedzicach?
- MRKS przez kilka lat nie mógł awansować do IV ligi. Trafiłem tam i Stachursky "Typ Niepokorny", powiedział mi, że dają mi dwa lata na zrobienie awansu. Odeszło latem 10 zawodników. Zrobiłem casting, wyselekcjonowałem grupę, powiedziałem jej, żeby tak sobie ustawili pracę, naukę i życie osobiste, by byli w stanie trenować cztery-pięć razy w tygodniu. Tak się działo. A inni rywale trenowali po dwa-trzy razy. Stosowałem różne techniki motywacyjne związane z naszym działaczem. Puszczaliśmy w szatni jego piosenki "Pokaż, na co się stać" czy "Ja typ niepokorny". Zrobiliśmy awans w pierwszym sezonie. W IV lidze były jednak niesnaski, nie płacili mi i zawodnikom. W końcu się rozstaliśmy.
Góral Żywiec był przełomem.
- Tam też chłopaki kończyli pracę w browarze o 15 i byliśmy w stanie trenować częściej niż inni. W drugim sezonie awansowaliśmy. Ale ja w międzyczasie dostałem telefon od trenera Pawlaka. On pracował wtedy w GKP Gorzów Wielkopolski. Zaczęliśmy współpracę.
Już wtedy?
- Tak. Poprosił mnie, żebym prowadził mu bank informacji. Chodziłem na Podbeskidzie, jeździłem na GieKSę i analizowałem rywali. Byłem z nimi na zgrupowaniu w Wiśle, robiłem im badania wydolnościowe. To była praca społeczna, nawet do tego dokładałem, bo klub nie miał pieniędzy i do dziś Pawlakowi zalega 70 tysięcy, których na pewno nigdy nie odzyska. Wiedziałem jednak, że to może mi się do czegoś przydać.
I tak się stało.
- Latem 2011 roku, po awansie z Góralem z okręgówki do IV ligi, Pawlak zadzwonił do mnie i powiedział, że jedziemy pracować w MKS-ie Kluczbork. Kilka dni później, że jednak trochę dalej, do Floty Świnoujście. Co ja na to? Mówiłem, że zamiast 250 kilometrów zrobiło się 750 od domu. Musiałem się zastanowić, ale zdecydowałem się na to. Rzuciłem pracę w szkole, rzuciłem kadrę juniorów i pojechałem.
To był burzliwy okres, prawda?
- Początki były dobre. Pracowaliśmy i wyniki jakoś się układały. Pod koniec jesieni się jednak coś zacięło. Nie mogliśmy wygrać od 15. spotkań. Po porażce 0-4 z Sandecją Nowy Sącz nie mogłem spać. W końcu, stało się, trener Pawlak został zwolniony.
Zwyczajowo przyjęło się, że asystent odchodzi razem z trenerem. Pan nie odszedł. Dlaczego?
- Stało się trochę źle. Chciałem odejść, ale miałem jeszcze umowę w świnoujskim MOS-ie. To było tak rozwiązane, żeby Flota nie musiała płacić ZUS-u. Mieliśmy podpisaną tylko umowę o dzieło, a pieniądze dostawałem za pracę przy organizacji turniejów dla dzieci w piłce nożnej, koszykówce, siatkówce. Trenerzy byli uprzejmi i elastyczni, więc dało się to godzić z pracą w pierwszej drużynie aż do grudnia 2012 roku. Były głosy, że powinienem odejść. Długo się zastanawiałem. Nie przespałem kilku nocy. Straszny wybór: albo siadasz w pociąg i wracasz bez niczego, albo obejmujesz drużynę. W końcu się zdecydowałem zostać. Gdybym wtedy tego nie zrobił, nie byłbym teraz w Podbeskidziu i zostałbym pewnie na lodzie, bo nawet do pracy w szkole nie mogłem wrócić. Gimnazjum, w którym pracowałem, zlikwidowano. Gdzie indziej ciężko by było się załapać. Jak przyjął to trener Pawlak?
- Wiem, że on czuje do mnie niesmak, ale tak się dzieje. Ulatowski był asystentem Michniewicza, a potem go zastąpił. Mam do Pawlaka niesamowity szacunek. Cały czas o nim myślę, chciałbym się z nim spotkać w cztery oczy i porozmawiać, bo nie mieliśmy okazji. Z zawodnikami też się nie pożegnał, bo mówił, że by nie wytrzymał i chyba by się rozpłakał.
Zbliżał się jednak kluczowy dla utrzymania mecz w Niecieczy. Co pan zrobił w tej sytuacji?
- Wziąłem zespół na rozmowy. Każdego z osobna, formacjami, całą drużyną. W trzy dni zrobiłem cztery treningi. Dokonałem też trochę zmian w zespole. Czytałem zawodnikom sms-y, które dostawałem od ludzi z całej Polski. Mówiłem, że cały kraj jest za nami. Musieliśmy wygrać, żeby nie spaść, a Termalica walczyła o awans. W 83. minucie przegrywaliśmy 1-2, ale potem strzeliliśmy na 2-2, a w ostatniej minucie po rzucie rożnym, które cały czas ćwiczyliśmy, Damian Misan - notabene chcieliśmy go zimą z Dariuszem Kubickim ściągnąć do Bielska - strzelił na 3-2 dla nas.
To chyba piękny moment?
- Była niesamowita radość. To mój najpiękniejszy moment w trenerskiej karierze. Nie do zapomnienia. Były śmiechy połączone z płaczem. W szatni był podwieszany sufit. Chłopcy w niego tak walili z radości, że musieliśmy płacić, bo się zwinął na cztery części...
Później były kolejne udane mecze... Udało się błyskawicznie odmienić drużynę.
- Wygraliśmy cztery spotkania z rzędu. Wykorzystałem to, co zostało mi dane. Trafiłem do tych chłopaków, czyli zrobiłem to, co udało się w Dankowicach, Czechowicach czy w Żywcu.
Mówi pan o tym tak, jakby praca w I lidze i w okręgówce niczym się nie różniła.
- Wszędzie udało mi się "kupić" zawodników. Byłem do dyspozycji 24 godziny na dobę. Chciałem pracować tak, żeby wszyscy mieli z tego przyjemność. Wszędzie jest inny materiał jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie, motoryczne, ale wszędzie są też te same głowy. W okręgówce wszyscy marzą o tym, żeby grać wyżej. W kadrze Śląska, o tym, żeby grać w reprezentacji Polski. W I lidze, by występować w ekstraklasie. Są duże rezerwy w kwestiach mentalnych. I na tym "jechałem".
Może pan zdradzić kilka swoich sposobów?
- Bazowałem na motywacji. Przed ostatnim meczem z Ruchem Radzionków, który wygraliśmy 5-1, na odprawie rzuciłem monety: złotówki i groszówki. I tak jak Chrystus mówił w świątyni: Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie. Tak ja powiedziałem: to, co dla sportu, ma iść dla sportu. A co się wam należy i tak dostaniecie. Nie możecie odpuścić, bo już macie pewne utrzymanie. Dla sportu się należy, żeby walczyć. Zakładałem im maski gladiatorów, jakieś waleczne serca. Przed meczem z Olimpią Grudziądz był motyw z grillem, który jak się smaży, to trzeba zalewać wodą. Powiedziałem, że ja mam zalewać wodą ten grill, bo ma w nim być tak gorąco. Już w Żywcu dziękowali mi za odprawy motywacyjne. Tam wieszałem jakąś flagę i puszczałem piosenkę "Bajmu", gdzie jest tekst "To twoja flaga, mój drogi przyjacielu". Trafiałem do nich. No i oczywiście ważna jest muzyka...
Sam pan ją dobiera?
- Czasem ja, czasem chłopcy sami przynosili i pytali czy mogą puścić. Koncentrowali się przy tym już w kadrze Śląska, do dziś wspominają. Nakręcali się pozytywnie.
Wróćmy jednak do pana osoby. Wygrał pan cztery mecze, było świetnie, ale na horyzoncie pojawiły się problemy.
- Już przed meczem z Radzionkowem rozmawiałem z Arturem Skowronkiem. Nie powiedział mi, że już jest dogadany z Pogonią Szczecin, a już wtedy był. Ale ostrzegał mnie, że mogę mieć problemy, żeby PZPN przyznał mi warunkową licencję na I ligę, bo mogło im się nie spodobać, że nie ustąpiłem razem z Pawlakiem. Przygotowywałem drużynę do sezonu i 7 lipca pojechałem do Warszawy.
Co się tam wydarzyło?
- Usłyszałem sporo cierpkich słów. Wojciech Łazarek mówił, że zachowałem się nieładnie, bo powinienem był ustąpić. Powiedziałem, że winni się tłumaczą. Wyjaśniłem, jaka była sytuacja. Ale licencji nie dostałem... Myślałem, że wrócę do Bielska, lecz namówili mnie, żebym wrócił do pozycji asystenta. Tuż przed sezonem...
Dominik Nowak przyszedł na gotowe?
- Przyszedł na tydzień przed ligą, ale zrobił parę ruchów. Przede wszystkim zdyscyplinował zespół. Do tego 7
lipca wszystko było dobrze, jednak jak powiedziałem chłopakom, że nie będę ich prowadzić, to wszystko się zaczęło rozłazić. Ten symulował kontuzję, ten narzekał. Nowaka w ogóle nie znałem. Wszystko mu powiedziałem uczciwie, szczerze o każdej formacji, o każdym zawodniku, o słabych i mocnych punktach, na czym się skupić. Bardzo długo siedzieliśmy i przekazałem mu wszystkie informacje. Powiedziałem, że do grobu tego nie wezmę. Ale rzekłem mu też prosto w oczy, że będzie mi ciężko, bo pracowałem już jako pierwszy trener i to jak posadzić Mourinho i Guardiolę na jednej ławce. Nie da się. Mimo to, zgodziłem się, a Flota wygrała 13 meczów. Współpraca była niesamowita. Były mocne burze mózgów, miałem swoje zdanie i nie puszczałem, on też i z tego wyszło 40 punktów. Zastrzeżenia zaczęły dopiero teraz wychodzić, słyszę, że on sobie przypisuje większość zasług.Jak pan patrzy na degrengoladę Floty na wiosnę, to co pan sobie myśli?
- Ciarki mi przechodzą, bo zostawiłem tam niesamowicie dużo zdrowia. Wiedziałem, że jeżeli tam nie zrobię dobrego wyniku, to jest po mnie. Miałem tam taki komfort, że byłem tam sam. Mogłem się skupić tylko na pracy, mentalnie, merytorycznie, taktycznie, na obserwacji przeciwnika. To zaowocowało. Ale odczuwałem dyskomfort, jeśli chodzi o życie osobiste. Nie miałem innych obowiązków i robiłem, co do mnie należało. Kibice to widzieli i po przegranych meczach mam teraz gorącą komórkę. Na Facebooku dostaję wiadomości w stylu: "Rysia nie ma - Floty nie ma". Dzwonią do mnie i wszyscy mówią: "Wracaj". Czasu się już nie odwróci...
Dlaczego pan zrezygnował?
- Złożyło się wiele czynników, ale chciałem pracować na własny rachunek. Miałem ofertę z Zagłębia Sosnowiec, lecz ostatecznie tam nie trafiłem. Później przez sześć dni byłem trenerem Iskry Pszczyna...
To - w mniejszej skali - jak sytuacja z Dariuszem Kubickim i Podbeskidziem?
- W dużo mniejszej skali, bo cały czas mówiłem w Pszczynie, że jeśli dostanę propozycję z wyższej ligi, to idę. Wiadomo, jak jest w IV lidze. Nie mogą trenować, bo pracują, studiują, uczą się. Nie miałem tam podpisanej umowy. Zrobiłem jeden trening, badania wydolnościowe i odezwał się do mnie Wojciech Borecki, który zaprosił mnie na rozmowę. Pojechałem, trzy godziny rozmawialiśmy i chciał mnie jako drugiego trenera.
A więc to nie Dariusz Kubicki?
- Kubicki dostał mnie i Tomka Świderskiego w pakiecie. On chciał swoich ludzi, ale prezes się nie zgodził. Widać, że to dobry ruch, bo teraz Podbeskidzie zostałoby w ogóle bez trenerów.
Chciał pan pracować na własny rachunek, a znowu zgodził się pan być asystentem...
- Ale w ekstraklasie. To jest najwyższa klasa rozgrywkowa, więc też wielkie wyróżnienie i zaszczyt. Niesie też za sobą odpowiedzialność.
Na czym polegają pana obowiązki w sztabie?
- Za czasów trenera Kubickiego było tak, że raczej ja i Tomek skupialiśmy się na ogólnej pracy treningowej i przeprowadzaniu rozgrzewki. Kubicki praktycznie wszystko robił sam. Nie mieliśmy za dużo pracy. Czesław Michniewicz powiedział, że za dużo się nie napracowaliśmy, ale teraz to się zmieni. My przecież chcemy pracować. Za Kubickiego, praca nie była w ogóle podzielona. Czasem dostaliśmy jakąś część treningu do poprowadzenia. Nowy szkoleniowiec zapowiedział, że podzieli obowiązki. Z trenerem Michniewiczem znaliśmy się już wcześniej. Byłem u niego na stażu, a jeszcze wcześniej zgłaszałem się do niego, bo on ma wiele materiałów szkoleniowych, z których chciałem korzystać. Poza tym, komentował mecze I ligi.
Jest pan więc zadowolony z jego zatrudnienia?
- Szczerze powiedziałem prezesowi, że to dobry ruch. Michniewicz jest raptem rok starszy ode mnie, a osiągnął zdecydowanie więcej. Jest autorytetem. Od każdego zresztą można coś wyciągnąć. Od trenera Kubickiego też. Choćby sama metoda wpływu osobistego, jego uczestniczenie w zajęciach, to jest bardzo duży plus. On prowadził trening, i grał z zawodnikami. W metodyce nazywa się to metoda wpływu osobistego. Nie stał z boku, tylko cały czas był w środku, spocony schodził z boiska. To się podoba dzieciom, młodzieży i dorosłym zawodnikom też. Trener Michniewicz to znowu przedstawienia audiowizualne, myśl taktyczna, niesamowita analiza gry. Pod względem merytorycznym dużo się od niego nauczymy.
Spodziewał się pan odejścia Kubickiego?
- Nie, to był dla wszystkich szok. Nikt nie wiedział o co chodzi. Zresztą w meczu z Koroną było to widać. Nawarstwiły się dwie rzeczy - gol stracony w ostatniej minucie meczu ze Śląskiem i odejście trenera. Ta bramka we Wrocławiu sprawiła, że skrzydła opadły nam do połowy. Zawodnicy siedzieli w szatni, było cicho i smutno. A trzy dni później odszedł trener. Wtedy skrzydła już całkiem opadły. Zanim się otrząsnęliśmy, przegrywaliśmy już 0-1. Teraz myślę, że ten czas, jaki pozostaje przed meczem z Ruchem, święta, pozwolą na wyciszenie się i dojście do równowagi. Z Ruchem zagramy o być albo nie być.
Aż tak?
- Tu już nie można mówić, że ten mecz jest jak finał Ligi Mistrzów. Tego się już nie da porównać z niczym. O wszystko. Albo wygramy i będziemy walczyć dalej, albo przegramy i możemy pakować walizki.
Proszę jeszcze powiedzieć o tym, jak trener Kubicki pożegnał się ze sztabem.
- Rozstaliśmy się fajnie, porozmawialiśmy. Był żal, zastanowienie, ale w końcu dostał dobrą propozycję. Mimo wszystko, zrobił fajną atmosferę. Mieliśmy ograniczone pole działania, ale była atmosfera. Michniewicz myślę, że to podtrzyma. Cel nam się jednak oddala. W każdym z nas tkwi nadzieja, że się uda. Tyle, że tylko raz się udało wygrać. Czas pokaże, co będzie, ale teraz gramy najważniejszy mecz. Zawodnicy tak samo się muszą "sprzedać", żeby nie popaść w zapomnienie, tylko grać w ekstraklasie.
Coś wam w tej walce o utrzymanie przeszkadza?
- Smuci nas ilość kibiców na meczach w Bielsku. I nie chodzi tylko o spotkanie z Koroną, bo to był Wielki Czwartek i wiadomo, że wiele ludzi chodzi do kościoła. Ale wcześniej też nie było kolorowo. Zupełnie inaczej niż nie tylko na Legii czy Wiśle, ale też na Zawiszy czy Cracovii, klubach z niższych lig. Kibic to 12 zawodnik. Trzeba go szanować jak każdego ze składu. Przydałoby się, żeby było ich więcej.
We Flocie pana konikiem były stałe fragmenty gry. Pisał pan zresztą na ich temat pracę dyplomową. Będzie pan naciskał trenera Michniewicza, żeby znalazły się one w pana kompetencjach?
- Będziemy to robić wspólnie z trenerem. We Flocie faktycznie, od razu od tego zacząłem. Na każdym treningu przed meczem pracowaliśmy nad stałymi fragmentami. Wiadomo, we Flocie było wielu bardzo wysokich zawodników i mieliśmy wyspiarski styl - wrzuta i strzał głową. W tych czterech meczach, które sam prowadziłem, osiem z 12 goli zdobyliśmy po stałych fragmentach. Kubicki mnie zresztą też o to pytał, więc przekazałem mu moją pracę i się z nią zapoznał. Trener Michniewicz ma mnóstwo swoich rozwiązań rzutów rożnych, wolnych, rozpoczęcia gry. Coś też dołożę do warsztatu.
Tu będzie jednak trudniej o bardzo wysokich zawodników.
- Ale mamy Pietrasiaka, Koniecznego, Danczika, Górkiewicza i naszego "Ljuboję" - Fabiana Pawelę. Szkoda, że nie ma Telichowskiego. Oni wszyscy potrafią grać głową. W meczu z Jagiellonią strzeliliśmy trzy bramki po stałych fragmentach gry. We Flocie od razu to zauważyli i mówili: "Aha, Kłusek przyszedł do Podbeskidzia" (śmiech).
Widział pan już trochę piłkarskich szatni. Jaka jest ta Podbeskidzia? To są ludzie podłamani?
- Nie mamy się czym podłamywać, jest uśmiech na twarzach, są rozmowy, żarty. Nie ma przygnębienia. Na boisku naprawdę dobrze gramy, tylko niestety nie przekłada się to na ilość punktów. Wszyscy mówią o tym, że fajnie się prezentujemy, ale trochę szczęścia nam brakuje, żeby mieć 3-4 punkty więcej. Z Wisłą - różnie można mówić, bo gdyby sędzia gwizdnął ewidentnego karnego, pewnie byśmy przegrali, ale mogliśmy też wygrać. Musimy walczyć przynajmniej o 15. miejsce, bo różnie może być. Zawirowania mogą sprawić, że ktoś nie dostanie licencji i 15. miejsce się utrzyma.
Myśli pan o licencji UEFA Pro?
- Kiedy w lutym odbierałem licencję UEFA A, zaznaczyłem, że chcę się dalej rozwijać i spróbować UEFA Pro. Uśmiechnęli się i życzyli mi powodzenia. Nie otrzymałem konkretnej odpowiedzi, ale podobno jest dużo chętnych. W pierwszej kolejności będą brać pierwszych trenerów drużyn jak Skowronek, Rumak. Ten ostatni ma te same uprawnienia co ja, a prowadzi klub ekstraklasowy...
Myśli pan w przyszłości o samodzielnej pracy w Podbeskidziu?
- Niekoniecznie tylko w tym regionie. Trener dziś jest tu, jutro tam. Z miłą chęcią bym pracował np. w Świnoujściu. Wiem na pewno, że chcę pracować z zawodowymi piłkarzami i robić to profesjonalnie, a nie trzy razy w tygodniu z połową zespołu. Chcę mieć do dyspozycji wszystkich cały czas, żeby robić progres. Mam papiery na II ligę, Do końca czerwca bez względu na wszystko będę w Bielsku. Nie ma możliwości, żebym gdzieś odszedł. A co potem? Różne myśli przychodzą. Nie wiadomo, jak będzie się działo w Świnoujściu, ludzie są za tym, żebym wrócił. Rozeszliśmy się w zgodzie. Jak będzie szansa w przyszłości, to jestem otwarty na rozmowy i powrót żeby się realizować. Odchodząc stamtąd, zostawiłem sobie taką otwartą furtkę.
Rozmawiał Michał Trela.
Polecane
Ekstraklasa