Bramkarz Podbeskidzia ostro po meczu: Jestem wk... Wszystko poszło w ch...
04.05.2012
Panie Mateuszu, tuż po sytuacji, w której sędzia podyktował rzut karny dla poznaniaków, wydawało się, że rozszarpie pan Damiana Byrtka...
Mateusz Bąk: - Krzyczałem na Damiana, bo byłem na niego wściekły. W szatni też sobie pokrzyczeliśmy, ale potem przybiliśmy ze sobą piątki, gdyż nie chodzi o to, żeby się na kogoś obrażać na całe życie. Nie chodzi o to, żeby robić z niego jakiegoś kozła ofiarnego. Błędy się zdarzają. Chodzi tylko o to, żeby on umiał wyciągnąć z tej pomyłki wnioski. Chcecie, to możecie napisać, że to był mój błąd i, że zawaliłem cały mecz.
Jak ta feralna sytuacja wyglądała z pana perspektywy?
- Dałem sygnał głosowy. Krzyczałem: "pierwsza", co oznaczało, że dawałem znak do wybicia. Rozmawialiśmy z Damianem i ani ja, ani on nie wiemy, dlaczego tej piłki nie wybił. Miał zamysł, żeby to zrobić. Ja ustawiłem się do asekuracji, na wypadek jakby popełnił jakiś błąd techniczny. Nie wiem czemu to puścił. I w tym momencie zabrakło bloku z jego strony. Ja się tylko rzuciłem, na jakiś desperacki ratunek, ale zawodnik Lecha mnie uprzedził. Faul, karny, gol.
Z zewnątrz wygląda pan spokojnie, ale chyba w środku się pan gotuje?
- Jestem mocno zdenerwowany, bo to się powinno było skończyć na zero z tyłu. W tych wcześniejszych meczach, z Wisłą Kraków i Górnikiem Zabrze, też udawało nam się przetrzymać do pewnego momentu, a potem przychodzi ta 70., 80. minuta i wszystko w mordę strzelił. Cały wysiłek poszedł na marne. Wk... jestem, no. Wk..., bo miało być 0-0. Byłbym z takiego wyniku bardzo szczęśliwy, a poszedł, k..., ten karny i wszystko poszło w ch...
W ostatnich meczach przegrywacie, pan puszcza bramki, ale znów mógł pan w Poznaniu zostać bohaterem...
- Ja się ogólnie czuję w dobrej formie. Tym bardziej trudno to wszystko przełknąć. Nie chodzi o to, że byłbym bohaterem. Broń Boże. Jakbym obronił jeszcze z pięć "setek" to może i bym był, ale generalnie bohaterowie to byli na wojnie. Miałbym jakiś wkład w to, że zremisowaliśmy, ale ten wkład miał do 88. minuty każdy. Przypominaliśmy ten fajny zespół, który zagrał dobre mecze na Legii czy Wiśle.
Jaka jest przyczyna tego, że od końca marca nie możecie wygrać?
- Może ja to źle odbieram, ale nie wiem co się z nami dzieje, jak wychodzimy na druga połowę. Przeciwnik nas jakoś tak miażdży. Tak było w starciu z Wisłą, Górnikiem, no i z Lechem. Fakt, że po przerwie mieliśmy też swoje sytuacje. Po rzucie rożnym rozegranym świetnie przez "Sylwę" (Sylwester Patejuk - przyp. M.T) i "Saszkę" (Mariusz Sacha - M.T.), fantastycznie obronił Jasmin Burić. W końcówce było też totalne zamieszanie. Ja tego nie widziałem dokładnie, ale chłopaki mówili, że Liran Cohen miał dobrą okazję. Nie strzelamy tych ważnych sytuacji, jak z Wisłą czy z Górnikiem na 1-1. Brakuje tej skuteczności z przodu.
Z Lechem miał pan też sporo roboty...
- Czy Lech miał jakoś dużo sytuacji? Nie wydaje mi się. Artiom Rudniew raz trafił we mnie, raz strzelił nad poprzeczką, raz obok bramki.
A jaki wpływ na tę serię meczów bez zwycięstwa mają zaległości jeśli chodzi o wypłacanie premii?
- Pomidor.
Spytam więc o kolejny element gry. Często wybijał pan dziś auty bramkowe krótko, do najbliższego stopera, czego nie widzieliśmy w poprzednich meczach. Takie było założenie trenera?
- Lech pozwalał nam grać, totalnie odpuszczał środkowych obrońców, to grałem krótko. Jesteśmy w ekstraklasie, a nie w 5. lidze. Nie kopmy wszystkiego do tyłu. Uczmy się tej gry piłką, rozprowadzajmy ją. To nam doda pewności. Tak się gra w tej lidze.
Mówi pan już przyszłościowo. Myśli pan, że drugi sezon w ekstraklasie będzie dla was rzeczywiście trudniejszy niż pierwszy?
- Na pewno potrzebne są wzmocnienia, ale to nie jest moja rola. Mówi się, że ten drugi sezon jest trudniejszy. W pierwszym jest fala takiej pozytywnej energii, gra się do przodu, na hurra. I to już u nas było, ale w pewnym momencie się zacięło. Więc tak, przyszły sezon raczej będzie trudniejszy.
Na koniec zapytam o sytuację, w której rozwścieczył pan trybuny przy Bułgarskiej grą na czas. Dość wcześnie pan ją zaczął...
- Akurat w tym momencie wcale nie chciałem grać na czas. Po prostu wcześniej była już sporna sytuacja, kiedy moje wybicie piłki się przeciągnęło. Wtedy, gdy arbiter pokazał mi kartkę, ustawiłem sobie piłkę najpierw na boku pola bramkowego. Ale to boisko jest specyficzne. Twarde, a z wierzchu tak śliskie, że żadne buty do niego nie pasują. Proszę zwrócić uwagę, jak ślizgali się zawodnicy obu drużyn. No i zdecydowałem się przestawić na środek, żeby wykop był pewniejszy. A gdy już miałem wznawiać grę do Marka Sokołowskiego, to zobaczyłem, że rywal podszedł i zagrałbym piłkę na tzw. „konia“, więc w ostatnim momencie znów się wycofałem. I już podniosły się gwizdy, sędzia mnie ukarał. Bezsensowna żółta kartka, bo jakbym chciał grać na czas, to robiłbym to w 85. czy 87. minucie, a nie pół godziny przed końcem meczu...
Rozmawiał Michał Trela.
Mateusz Bąk: - Krzyczałem na Damiana, bo byłem na niego wściekły. W szatni też sobie pokrzyczeliśmy, ale potem przybiliśmy ze sobą piątki, gdyż nie chodzi o to, żeby się na kogoś obrażać na całe życie. Nie chodzi o to, żeby robić z niego jakiegoś kozła ofiarnego. Błędy się zdarzają. Chodzi tylko o to, żeby on umiał wyciągnąć z tej pomyłki wnioski. Chcecie, to możecie napisać, że to był mój błąd i, że zawaliłem cały mecz.
Jak ta feralna sytuacja wyglądała z pana perspektywy?
- Dałem sygnał głosowy. Krzyczałem: "pierwsza", co oznaczało, że dawałem znak do wybicia. Rozmawialiśmy z Damianem i ani ja, ani on nie wiemy, dlaczego tej piłki nie wybił. Miał zamysł, żeby to zrobić. Ja ustawiłem się do asekuracji, na wypadek jakby popełnił jakiś błąd techniczny. Nie wiem czemu to puścił. I w tym momencie zabrakło bloku z jego strony. Ja się tylko rzuciłem, na jakiś desperacki ratunek, ale zawodnik Lecha mnie uprzedził. Faul, karny, gol.
Z zewnątrz wygląda pan spokojnie, ale chyba w środku się pan gotuje?
- Jestem mocno zdenerwowany, bo to się powinno było skończyć na zero z tyłu. W tych wcześniejszych meczach, z Wisłą Kraków i Górnikiem Zabrze, też udawało nam się przetrzymać do pewnego momentu, a potem przychodzi ta 70., 80. minuta i wszystko w mordę strzelił. Cały wysiłek poszedł na marne. Wk... jestem, no. Wk..., bo miało być 0-0. Byłbym z takiego wyniku bardzo szczęśliwy, a poszedł, k..., ten karny i wszystko poszło w ch...
W ostatnich meczach przegrywacie, pan puszcza bramki, ale znów mógł pan w Poznaniu zostać bohaterem...- Ja się ogólnie czuję w dobrej formie. Tym bardziej trudno to wszystko przełknąć. Nie chodzi o to, że byłbym bohaterem. Broń Boże. Jakbym obronił jeszcze z pięć "setek" to może i bym był, ale generalnie bohaterowie to byli na wojnie. Miałbym jakiś wkład w to, że zremisowaliśmy, ale ten wkład miał do 88. minuty każdy. Przypominaliśmy ten fajny zespół, który zagrał dobre mecze na Legii czy Wiśle.
Jaka jest przyczyna tego, że od końca marca nie możecie wygrać?
- Może ja to źle odbieram, ale nie wiem co się z nami dzieje, jak wychodzimy na druga połowę. Przeciwnik nas jakoś tak miażdży. Tak było w starciu z Wisłą, Górnikiem, no i z Lechem. Fakt, że po przerwie mieliśmy też swoje sytuacje. Po rzucie rożnym rozegranym świetnie przez "Sylwę" (Sylwester Patejuk - przyp. M.T) i "Saszkę" (Mariusz Sacha - M.T.), fantastycznie obronił Jasmin Burić. W końcówce było też totalne zamieszanie. Ja tego nie widziałem dokładnie, ale chłopaki mówili, że Liran Cohen miał dobrą okazję. Nie strzelamy tych ważnych sytuacji, jak z Wisłą czy z Górnikiem na 1-1. Brakuje tej skuteczności z przodu.
Z Lechem miał pan też sporo roboty...
- Czy Lech miał jakoś dużo sytuacji? Nie wydaje mi się. Artiom Rudniew raz trafił we mnie, raz strzelił nad poprzeczką, raz obok bramki.
A jaki wpływ na tę serię meczów bez zwycięstwa mają zaległości jeśli chodzi o wypłacanie premii?
- Pomidor.
Spytam więc o kolejny element gry. Często wybijał pan dziś auty bramkowe krótko, do najbliższego stopera, czego nie widzieliśmy w poprzednich meczach. Takie było założenie trenera?
- Lech pozwalał nam grać, totalnie odpuszczał środkowych obrońców, to grałem krótko. Jesteśmy w ekstraklasie, a nie w 5. lidze. Nie kopmy wszystkiego do tyłu. Uczmy się tej gry piłką, rozprowadzajmy ją. To nam doda pewności. Tak się gra w tej lidze.
Mówi pan już przyszłościowo. Myśli pan, że drugi sezon w ekstraklasie będzie dla was rzeczywiście trudniejszy niż pierwszy?
- Na pewno potrzebne są wzmocnienia, ale to nie jest moja rola. Mówi się, że ten drugi sezon jest trudniejszy. W pierwszym jest fala takiej pozytywnej energii, gra się do przodu, na hurra. I to już u nas było, ale w pewnym momencie się zacięło. Więc tak, przyszły sezon raczej będzie trudniejszy.
Na koniec zapytam o sytuację, w której rozwścieczył pan trybuny przy Bułgarskiej grą na czas. Dość wcześnie pan ją zaczął...
- Akurat w tym momencie wcale nie chciałem grać na czas. Po prostu wcześniej była już sporna sytuacja, kiedy moje wybicie piłki się przeciągnęło. Wtedy, gdy arbiter pokazał mi kartkę, ustawiłem sobie piłkę najpierw na boku pola bramkowego. Ale to boisko jest specyficzne. Twarde, a z wierzchu tak śliskie, że żadne buty do niego nie pasują. Proszę zwrócić uwagę, jak ślizgali się zawodnicy obu drużyn. No i zdecydowałem się przestawić na środek, żeby wykop był pewniejszy. A gdy już miałem wznawiać grę do Marka Sokołowskiego, to zobaczyłem, że rywal podszedł i zagrałbym piłkę na tzw. „konia“, więc w ostatnim momencie znów się wycofałem. I już podniosły się gwizdy, sędzia mnie ukarał. Bezsensowna żółta kartka, bo jakbym chciał grać na czas, to robiłbym to w 85. czy 87. minucie, a nie pół godziny przed końcem meczu...
Rozmawiał Michał Trela.
Polecane
Ekstraklasa