Adam Cieśliński: Nie jestem piłkarzem jednej rundy

07.11.2011
Niemal równo rok temu, Adam Cieśliński zgarniał wszystkie możliwe nagrody indywidualne i był jednym z najlepszych strzelców I ligi. Wiosną mocno przystopował, a w ekstraklasie strzelił dopiero drugiego gola.
W 1. kolejce przeciwko Jagiellonii Białystok wykorzystałeś rzut karny, zaliczając pierwsze trafienie w ekstraklasie. Na gola z akcji trochę jednak musiałeś poczekać...

- Dokładnie tak. Sytuacji miałem dużo, ale skuteczność była - niestety - fatalna. Cieszę się, że w końcu trafiłem i to z akcji, co już dość dawno mi się nie zdarzyło. Na początku cieszyłem się z tego, że dochodziłem do sytuacji i mówiłem sobie, że w końcu musi wpaść. Tyle, że w późniejszych meczach mnie to blokowało. Za bardzo chciałem strzelić, a jak się za bardzo chce, to nie wychodzi.

Czy można więc powiedzieć, że Adam Cieśliński wraca do strzeleckiej formy?

- Nie wiem, czy to nie byłoby nadużycie. Bardzo bym jednak chciał, żeby tak było. Mam nadzieję, że teraz zacznę strzelać jak w I lidze, że kryzys mam już za sobą. Nie chciałbym mówić, że teraz będę strzelał seryjnie, co mecz. Po prostu cieszę się, że w końcu tego gola zdobyłem i liczę, że w kolejnych meczach znów będę miał sytuacje i znów je wykorzystam. Dobrze, że ta bramka dała teraz chociaż punkt.

Twój dołek nie przeszedł jednak bez echa. Z podstawowego zawodnika, stałeś się notorycznym rezerwowym. Ponadto jesteś trochę "ofiarą" zmiany ustawienia - w pierwszych meczach po awansie Podbeskidzie grało dwoma napastnikami i miejsce dla ciebie się znajdywało. Teraz trener Robert Kasperczyk ustawia już zespół systemem 4-5-1 i o grę w podstawowym składzie chyba trudniej?

- Nie ma co ukrywać, Robert Demjan jest masywniejszym i dużo silniejszym zawodnikiem ode mnie. Przede wszystkim jednak, świetnie radzi sobie jako typowa "dziewiątka". Trener ma do dyspozycji dwóch zawodników, którzy rywalizują o miejsce w składzie. Ja się nie obrażam, walczę i jak będę wchodził z ławki i strzelał gole, pomagając w ten sposób drużynie, to też będę zadowolony. Od napastnika wymaga się przecież bramek.

Jesień zeszłego roku miałeś fantastyczną, strzelałeś dużo goli. Wiosną było już dużo słabiej, a teraz po 13 kolejkach masz tylko dwa gole. Pojawiają się głosy, że jesteś piłkarzem jednej rundy. Co ty na to?

- Kibic ma prawo powiedzieć wszystko i to jest normalne. Ja w pierwszej rundzie w Podbeskidziu starałem się tak samo mocno jak później. Chciałem grać jak najlepiej, ale wiosną miałem problemy z kontuzją i to się na pewno odbiło na mojej formie. Mam jednak nadzieję, że kibice szybko cofną to zdanie, a w ponownym przekonaniu ich do siebie pomoże mi bramka z Górnikiem. Bo piłkarzem jednej rundy nie jestem...

W odniesieniu do Podbeskidzia funkcjonuje tzw. syndrom drugiego meczu. Po wielkich wygranych z potężnymi - jak na polskie warunki - rywalami, tracicie punkty z teoretycznie łatwiejszymi rywalami...

- Na pewno coś takiego jest. Pokazał to choćby mecz z Ruchem Chorzów, który przegraliśmy, po ograniu Legii w Warszawie. Nam się po prostu zdecydowanie trudniej gra na własnym boisku. To my musimy prowadzić grę, bo rywale się cofają, tak jak w piątek Górnik i trudniej nam konstruować akcje. A na wyjazdach schodzi z nas ta presja rozgrywania akcji, możemy się nastawić na grę z kontry, co przynosi efekty.

I nawet obecność Lirana Cohena, który był ściągnięty po to, by poprawić grę w ataku pozycyjnym, wam nie pomaga?

- Nie to, że nie pomaga. Po prostu nie każdy ma takie wejście do drużyny, jakie rok temu mieliśmy ja z Robertem, kiedy strzelaliśmy gola za golem od samego początku i pomogliśmy w awansie do ekstraklasy. Liran to jest bardzo dobry zawodnik, ale czasem po prostu się nie strzela tych bramek, nie wszystko wychodzi, jak by się chciało. Trzeba ten moment przeczekać i forma wróci...

Rozmawiał Michał Trela.
autor: Michał Trela

Przeczytaj również